Tyle piszesz o różnych rzeczach , czemu nie opiszesz  tej zabawnej historii  -której bohaterem był Wiktor Parwanicki?                                                                                                                                                   -No właśnie czemu? Odpowiadam po chwili . Mobilizuję się wewnętrznie -biorę długopis i zaczynam pisać. Początek jest zawsze trudny- nie wiem jak zacząć.Tytuł już mam i nie zamierzam go zmieniać. Każdy piszący wie , że aby zainteresować swoich czytelników – trzeba im treść podać w takiej formie , która nie tylko będzie interesująca , ale zmusi do pewnych przemyśleń. A to nie jest łatwe.                                                                                                                              Lata 70 w Polsce, a właściwie lata późnego Gierka  - to okres złagodzenia” twardej komuny ” i lekkiego uchylenia drzwi na świat. Wyjazdy – władzy i ludności za granicę [ szczególnie do "demoludów "] zaczynają być – na porządku dziennym.W zakładzie „Korab” Ustka[ w którym pracowałem] J. Sokolnik z ramienia Almaturu organizował wycieczkę  do Gurzufu nad morzem Czarnym. Po drodze mamy zwiedzać Mińsk i Kijów.Przygotowania do wyprawy zaczęliśmy tydzień przed datą wyjazdu – kupując dżinsy , sweterki damskie , koszulki adidasa i.t.p..Wszystko  w celach pozyskania jak największej ilości rubli. Podróż pociągiem relacji  Słupsk -Warszawa minęła bez większych emocji. Przesiadka do kuszetek  jadących do Mińska przebiegła równie sprawnie jak i dalsza podróż . Pierwszy przystanek w Brześciu -tam zmieniają nam podwozia wagonów na te szerokotorowe – przy okazji odprawa celna , która przeszła bezproblemowo.Towarzystwo rozbawione  wódeczką , która sączy się prawie w każdym przedziale – wesołości nie ma końca.Gala piosenki biesiadnej trwa jeszcze przynajmniej dwie godziny do wyczerpania zapasów -wódeczki. Mińsk wita nas niezbyt  ładną pogodą.  Autokar wiezie nas do jakiegoś podrzędnego hotelu i tu przeżywam pierwszy szok. Po rozlokowaniu w pokojach i rozpakowaniu bagaży idę do W.C. Tam zaskoczył  mnie drażniący nos  odór  jakiegoś środka odkażającego – maskujący smród  wydobywający się z  otworu kloacznego , gdzie załatwianie „swoich potrzeb ” odbywało się  w kucki. Po załatwieniu i stosownym użyciu papieru – ten należało wrzucić do stojącego obok drucianego kosza.Tak nakazywał stosowny przepis .W związku z powyższym wizyta w  ”toalecie” jawiła nam się jako niezapomniane  przeżycie [węchowo-wzrokowe]. Dopiero później -dowiedziałem się o co chodzi z tym papierem toaletowym . Rury w ” toaletach”  miały za mały przekrój i  od tego „delikatnego” papieru [ porównywalnego z gramaturą kartonu] -zapychały się tak często , że stąd wzięła się potrzeba tak nietuzinkowych rozwiązań. Następnego dnia nasz rosyjski przewodnik w sali konferencyjnej hotelu informuje , że przyjmuje zapisy osób chcących odwiedzić mauzoleum martyrologii ludności białoruskiej wymordowanej przez hitlerowskich okupantów , a znajdujące się w miejscowości  Chatyń. Po chwili wstaje z sąsiedniego krzesła Wiktor i kierując się w stronę przewodnika wypowiada te słowa cytuję : Do Chatynia to ja nie pojadę – natomiast bardzo chętnie pojechałbym do miejsca pomordowania tysięcy polskich oficerów w Katyniu. Cisza jaka przez chwilę zapanowała  i konsternacja  , zgromadzonych  i przewodnika nie wróżyła nic dobrego. Przewodnik  wybrnął  [bardzo cwanie] z  dwuznacznej    sytuacji  - udając , że nie rozumie co do niego się mówi . Po zakończeniu zebrania w pokojach trwała nadal dyskusja nad prowokacyjną   propozycją Wiktora . Niektórzy   w strachu -snuli czarne wizje , że nas tu wszystkich do” pierdla” wsadzą . W najlepszym wypadku ,  zamiast nad Morzem Czarnym – wycieczka skończy  się w łagrze nad   Morzem Białym! Witek miał inne zdanie w tej sprawie. Twierdził ,  że z  nimi trzeba dyskutować ostro ,bo  są tak „podszyci strachem”  , że nie zareagują  na   żadne tego typu prowokację .  Okazało się, że w tej materii miał całkowitą rację .  Nazwa Chatyń  [po ang. Khatyn] miała na celu zmylenie -niezbyt zorientowanych ludzi z zachodu. Pomnik pomordowanych przez Niemców mieszkańców  polskiej wsi pod Mińskiem   miał za zadanie utrwalenie kłamstwa katyńskiego . Szereg premierów i prezydentów  dało się na to  nabrać – w tym prezydent U.S.A. Nixon , który w 1974 r.[ podczas wizyty w ZSRR ] złożył kwiaty pod pomnikiem.                                                                                                                                                   Po dwudniowym  pobycie odlot do Kijowa . Zatrzymujemy się w hotelu  ”Europa” o nieco lepszym standardzie wyposażenia – normalne są przynajmniej toalety. Na każdym piętrze  sprzątaczka – u której można za niewielką opłatą zamówić herbatę .Tajną rolą sprzątaczki było donoszenie milicji o tym co  dzieje się w hotelu.  Były agentkami  o czym przekonaliśmy się niebawem. Kijów- stolica  Ukrainy  jest miastem  bardzo rozległym , usytuowanym po dwóch stronach Dniepru z dziesiątkami mostów spinających oba brzegi . Dawna stolica Rusi Kijowskiej  ma[ na swym terenie] szereg zabytków klasy światowej, w tym słynną Kijowską Ławrę  ze złotymi kopułami cerkwi i podziemnymi kryptami prawosławnych świętych.Następny dzień pobytu  był czysto  handlowy ,w końcu trzeba zacząć upłynniać  przywiezione „dobra „.                 Z nawiązaniem kontaktów handlowych też  nie było najmniejszego problemu. Przed hotelem znajdowały się osoby , które zaczepiały  wchodzących pytaniem -czy macie coś na sprzedaż?      Z taką propozycją i ja się spotkałem – odpowiadając na nią pozytywnie. Umówiliśmy się na spotkanie ,w najbliższej bramie kamienicy za 15 minut. Przyszedłem z torbą pełną rzeczy na sprzedaż – potencjalny kupiec długo oglądał , pytał się o ceny i  targował się .W pewnym momencie wychylił się z bramy i patrzy na zewnątrz ulicy  mówi cytuję: -Milicjoner  idziot [milicjant idzie ] szybkim ruchem oddał mi torbę z rzeczami  i powiedział -przyjdź tu za 10 minut to ja wszystko kupię. Oddalił się w głąb bramy . Wychodzę z torbą  na ulicę w odległości 30 metrów zbliża się mężczyzna w kurtce,mijamy się nie zwracając na siebie uwagi. Po minionym czasie wracam do w/w bramy i czekam na klienta . Czas płynie  nieubłaganie, a  kupującego jak niema, tak niema. Coś mnie tknęło żeby zajrzeć do torby, a tam nie ma połowy rzeczy –  w mordę jeża , ale mnie skurwiel zrobił. Nie mogłem sobie  darować , że taki chłystek w biały dzień mnie okradł . Po pewnym czasie analizując całą  sytuację  doszedłem do wniosku , że był to  majstersztyk kradzieży . Złodziej był świetnym psychologiem – wykorzystującym w sposób fenomenalny strach przed milicją . Nie zaobserwowałem momentu kradzieży, ale teraz wiem , że odbył się w czasie kiedy  [za namową kupca] wyjrzałem z bramy na ulicę . Łup prawdopodobnie schował pod  luźną kurtką którą miał na sobie . Dzień następny to dzień  mocnych wrażeń . Nauczony smutnym doświadczeniem  [ potencjalnych kupców ]- zapraszam  do hotelu. Trochę się krygują , boją się , że zostaną rozpoznani [ tubylcy mają niepisany zakaz wstępu do hotelu z obcokrajowcami]. Przekonuje ich , że będę mówił do nich tylko po polsku to nikt się nie zorientuje . Biorę klucz z recepcji  i w trójkę idziemy do pokoju . Po zamknięciu drzwi i grzecznościowej wymianie zdań , zaczynamy konkretne rozmowy handlowe. Dyskusję przerywa gwałtowne pukanie – ogólna konsternacja [chowam do szafy torbę z ciuchami] . Podchodzę  do drzwi .                                                                                                                                                        -Kto tam?                                                                                                                                                                              -Atwierajcie  dzwiery – milicja [Otwórzcie drzwi milicja].                                                                               – Szto słucziłoś [Co się stało] pytam dwu funkcjonariuszy milicji -wchodzących do pokoju .            -Nu wsie wy pajedziecie s nami na kamiendu tam pogawarim  [Wy wszyscy pojedziecie z nami  na posterunek tam porozmawiamy].                                                                                                                         Ubieram kurtkę i w asyście  milicjantów schodzimy do stojącej na parkingu  ”milicyjnej suki”,  tam zostajemy zamknięci  [w trójkę] z tyłu na „pace”. Atmosfera nerwowości wkradła się na stałe pośród nas. Ratujemy się dodawaniem sobie otuchy i uzgadniamy co będziemy mówili na przesłuchaniu. Po 20 minutach jesteśmy na posterunku. Tam nas rozdzielają i osadzają w różnych pokojach z lustrami weneckimi. Po chwili do pokoju wchodzi  funkcjonariusz  t.zw „zły milicjant” i zaczyna straszyć konsekwencjami , które mnie spotkają jeśli się  nie przyznam .  Jak mantrę  powtarzam to co uzgodniliśmy podczas transportu i „palę głupa”, że nie wiem o co chodzi.On swoje – ja swoje . Nie zrobiliśmy nic takiego co mogłoby skutkować aresztowaniem nas – rozmawialiśmy owszem o sportowcach i piłce nożnej, a to nie jest chyba zabronione. Po konsekwentnym obstawaniu przy swoim stanowisku – przesłuchujący wyszedł .Do pokoju wkracza „dobry milicjant” , który krytycznie wypowiada się o swoim koledze i sympatycznym głosem proponuje przyznanie się do winy . Jakiej winy- zapytuję ? No nielegalnego handlu! Gdzie widzieliście ten nielegalny handel ? Na to pytanie nie uzyskałem odpowiedzi . Po spisaniu stosownego protokołu i jego podpisaniu – poinformował mnie , że jestem wolny i mogę  iść do hotelu.                                                                                                                                                                                     -Słuszajcie  ja nie pajdu w gastinicu. [Słuchajcie ja nie pójdę do hotelu]                                                     -Pacziemu ?[ Dlaczego]                                                                                                                                                     -Patamu  czto ja nie znaju tak bolszowo goroda kak  Kijew. Nie znaju kuda jesć  maja gaścinica.  [ Dlatego , że ja nie znam tak dużego miasta jakim jest Kijów .Nie wiem gdzie jest mój hotel.] Kak wy mienia prywieźli  tak nada mienia tam odwieźić! [Jak wy mnie tu przywieźliście  to trzeba mnie teraz odwieźć.]  Potworne  zaskoczenie – szczyt bezczelności. Facet nie cieszy się , że został wypuszczony z aresztu , ale ma jeszcze jakieś pretensje i stawia warunki! Coś podobnego.No nie prawdopodobne! Przez kilka chwil stali jak zamurowani. Niesamowite żądanie sparaliżowało ich na chwilę . W końcu do jednego z nich , dotarły sensowne argumenty, że Kijów to metropolia licząca przeszło 2 mln. mieszkańców  i mnie obcokrajowcowi trudno się w niej poruszać. Zawołał kierowcę i kazał mnie odwieźć, ale już nie  z tyłu w zamkniętej budzie , ale   w kabinie obok szofera.      C.D.N.