Urban – Historie z Życia…

Autentyczne historie ludzi i ich przeżyć na tle mijającego czasu.

Wpisy z tagiem: Wspomnienia

Telewizja to pożeracz czasu – fakt nie podlegający dyskusji, ale nie udawajmy stanowi część naszego szarego żywota. Seriale – którymi żyjemy. Dzienniki  - dostarczające nam  ciągle nowych wiadomości z życia otaczającego nas świata . Piosenki i piosenkarze , których słuchamy z mniejszą lub większą satysfakcją .To wszystko dzieje się jak w Matrixie, zaprogramowanym przez Najwyższego. Żyjemy niby swoim życiem , a jednak  Ktoś nam je ciągle zmienia  i kształtuje – według własnych upodobań. Nikt tego nie lubi, ale co zrobić  c,est la vie ! Dzwonek telefonu przerywa rozmyślanie . Dzwoni Ewa z komórki informując , że za kilka minut będzie w Ustce. Widzisz jak to dobrze , że odkurzyłeś pokój – informuje mnie żona.Wyjmuje szklanki i wstawia wodę na herbatę. Za chwilę słyszę jej głos -przyjechali , przyjechali! Podchodzę do okna w kuchni i widzę jak  z czerwonego VW wysiada Ewa z Heńkiem. W drzwiach wita ich najgłośniej Figo – ujadając jak cholera . Siadamy przy stole popijamy herbatkę , przegryzamy ciasteczka – prowadzimy niezobowiązującą dyskusję. W pewnym momencie Ewa tajemniczo zwraca się do męża – powiemy im ? Uzyskuje  jego aprobatę ,informują nas , że  Heniek za trzy dni wyjeżdża do pracy w Szwecji.  Magda  [córka ] załatwiła mu legalną pracę .Fakt , że tylko na 7 miesięcy, ale Heniek jest  niepoprawnym optymistą i wierzy , że będzie dobrze. Podziwiam go za to!  Jutro ostatni dzień pracy , a w sobotę promem płynie do Karlskrona. W sobotę  bardzo silny wiatr do 130 km/h  stan morza 9 w skali Beauforta – prom wychodzi w morze.Biedny Heniek , ale go wykołysze-współczuje! Podziwiam jego odwagę i determinację w dążeniu do poprawy bytu . Wyjazd na stałe w wieku 58 lat jest  dosyć ryzykowny – niewątpliwym handikapem  jest kilkuletni pobyt Magdy i głębokie zakorzenienie się jej w szwedzkiej rzeczywistości. Praca ,praca ,praca – kształtuje byt człowieka – szczególnie ta dobrze płatna ! Przypominam sobie stan wojenny ,kiedy pozbawiony jej przez komisarza wojskowego [za podjęcie nielegalnej działalności ]- wylądowałem w szpitalu, żeby nie trafić do więzienia. Po wyjściu ,nie wypadało już człowieka prześladować – bo dostał już za swoje. Siedzę z żoną  przy stole i tak mówię : Gosia, a może by tak napisać ogłoszenie do New York Timesa lub Washington Post ogłoszenie takiej treści- zamienię życie w ciekawych czasach na życie w dobrobycie ! Może znajdzie się jakiś wariat i odpisze na mój anons . Znów trudno nie  odnieść się do otaczającej nas rzeczywistości . Oglądając  ”Szkło kontaktowe ” zapamiętałem jeden z SMS  wysłany przez telewidza  o treści : Raz Lenin , raz Stalin , Rasputin.  Nic dodać ,nic ująć .Bandzior Putin  znów oszukał i wystrychnął na dudka cały świat  [włącznie z USA]. Przeprowadził w stylu Adolfa Hitlera aneksję  Krymu, ba lepiej bo bez żadnego wystrzału – o czym nie  omieszkał się pochwalić w swoim przemówieniu akcesyjnym . Szlak człowieka trafia – jak jeden KGB-ista , robi w konia pół świata,  praktycznie bez żadnych konsekwencji. Oglądam jego „mowę tronową” i reakcję zafascynowanego  tłumu słuchaczy , gotowych poświęcić  swoje życie  dla „cara Putina”. Wszystko mu można zarzucić, ale trzeba przyznać że charyzma jego jest porównywalna do Adolfa Hitlera. Porywa tłumy i staje się ich bohaterem. Dobroczynny Ojczulek Narodu – przywracający  Rosji Krym. Przychodzi czas seriali – „Na Wspólnej „, „M jak Miłość” czy „Prawo Agaty”. Żona w krytycznych słowach  : Znów oglądasz te informacje o Ukrainie – skończyłbyś  z tym , jak można………..Przecież to też serial  tyle ,że autentyczny  a nie wymyślony przez scenografa! Tu ugryzłem się w język. Tak naprawdę , to z tym autentyzmem też nic pewnego. Może  Putin  wraz ze swoimi doradcami – to wszystko wymyślił? Dziś nie wiadomo  - co jest prawdą , a co fałszem . Wierzymy w to co widzimy – oni też tak mówią . Różnica jest tylko taka , że ich informacje są zmanipulowane , a nasze prawdziwe.Dziś wizytuje nas dr Ewa ,  która ostatnio awansowała z funkcji lekarza osobistego na lekarza rodzinnego . Wczoraj min.  Arłukowicz  docenił jej kompetencje i poszerzył zakres  jej obowiązków – równocześnie podwyższając uposażenie. Grzecznie pogratulowałem podwyżki – usłyszałem w odpowiedzi jej perlisty śmiech . Leczenie żony trwa . Zalecona kuracja picia wody z solą i z dodatkiem wody utlenionej – rzetelnie stosowana. Mam tylko obiekcje , czy ta kuracja nie spowoduje utlenieniu organizmu małżonki ,do tego stopnia , że stanie się  niewidzialna. Bo tego bym nie przeżył. Mam solidne zapewnienia ,że nie   „więc śpię spokojnie O.R.M.O. czuwa”. Jak już jesteśmy przy tematach medycznych – przypomina mi się historia pewnej kuracji – przeprowadzonej na znajomym przez jego małżonkę. Pewnego dnia przyszła do mnie  Kasia [ znajoma z sąsiedniej ulicy] skarżąc się na męża , a właściwie na jego alkoholowe hobby. Rozmowa z moją narzeczoną Alicją P. wyglądała tak:                              -Cześć Alicja !                                                                                                                                                   -Cześć Kasiu – wejdź, co Cię sprowadza w nasze progi?                                                                          -Mam problem z którym nie mogę sobie poradzić .                                                                                  -Siadaj – zaparzyć kawę czy herbatę ?                                                                                                          -Może być kawa , ale nie taki „szatan”jak ostatnio .                                                                                  -Dobrze – zrobię Ci kawkę z jednej łyżeczki .Pijesz z cukrem.                                                               -Tak .Jedna łyżeczka wystarczy?                                                                                                                      -Proszę -kawa gotowa – teraz mów jak na spowiedzi  co ci leży na sercu , a ja w miarę    możliwości    postaram się  pomóc.                                                                                                                -Alicja mam problem    z Jankiem !                                                                                                               -Jakiej natury jest ten problem?                                                                                                           –   Skunks od    jakiegoś czasu przychodzi prawie codziennie   „naprany” i wiesz staje się coraz  bardziej agresywny .Jak tylko powiem co myślę o tym – bierze się do bicia.                     -Próbowałaś  zawiadomić  milicję?                                                                                                                 -Próbowałam , ale on ma tam swoich kumpli od kieliszka ,  którzy twierdzą , że w sprawach wojskowych – nie są władni do interwencji. Co by tu zrobić żeby przestał pić!. Odwyk nie wchodzi w rachubę – bo on na to nie pójdzie ! on nie jest alkoholikiem  żeby musiał się leczyć!      -Wiesz Kasiu – myślę , że trzeba mu coś zaaplikować – co spowodowałoby  u niego odruch  niechęci do wódki.                                                                                                                                           -Ale co?                                                                                                                                                          -  Spróbuj podawać mu po  przepiciu tabletkę laxigenu  [lek przeczyszczający]-zobaczysz    jaka będzie reakcja !                                                                                                                                     -Jak mam mu dać tą tabletkę – przecież dobrowolnie on jej nie weźmie !                                              -Na jakim świecie ty żyjesz , kto mówi o dobrowolności, on nie może wiedzieć , że faszerujesz go laxigenem. Weź  zrób kompot z rabarbaru , lub z wiśni  dodaj parę tabletek laxigenu – postaw w lodówce  i czekaj [ na jego  kaca]. Pewne jest jedno, że  ”faszerowany napitek” znajdzie bez problemu . Ponieważ skutek po laxigenie nie jest natychmiastowy , trwa to kilka godzin , to łajza nie skojarzy sobie reakcji przeczyszczającej  z kompotem.                          -Zrobię tak jak radzisz !                                                                                                                                    -Tylko  przyjdź  za jakiś czas i poinformuj mnie o skutkach metody laxigenowej.                    -Masz to u mnie jak w banku.                                                                                                                         Po kilkunastu dniach w drzwiach staje uśmiechnięta Kaśka z pudełkiem czekoladek w ręku.        -Alusia [podając czekoladki] masz prezent za twoją dobrą radę !                                                             -Powoli -wejdź i opowiedz wszystko po kolei.                                                                                 -Dobra , tylko nie mam za dużo czasu , a więc muszę się streszczać. Tak jak mi doradziłaś ugotowałam „kompocik” i wstawiłam do lodówki . Mój  pan i władca przyszedł oczywiście fest zalany . Do tego stopnia , że do domu odwiózł go jakiś trzeźwy znajomy. Następnego  dnia  pyta się  się czy mam coś do picia ,bo kac go męczy . Wskazałam mu kompot w lodówce. Wypił 3 szklanki i po jakimś czasie wylądował w kiblu – z którego nie wychodził  dobre pół godziny. Tak było przez kilka kolejnych dni – wódeczka ,kacyk, kompocik i rewolucja żołądkowa. Któregoś dnia wychodząc z kibla powiedział:Kaśka   kurwa mać, coś jest z moim kałdunem nie w porządku. Jak tylko się napije , to na drugi dzień, tak mnie czyści , że o mało  mnie dupy nie rozerwie. Niestety nie mogę już pić wódeczki, organizm nie przyjmuje……..

PROWOKATOR część III.

0

Zwiedzamy Liwadyjski Pałac Potockich – przyglądamy się obrazom wielkiej trójki z postacią Stalina w środku . Przewodniczka  [ładna Ukrainka] rozwodzi się nad zaletami -wodza,  ja myślę kiedy to wszystko się skończy ,  bo  noga zaczyna   boleć na dobre . Siadam na najbliższym krześle .Nagle słyszę przerażający krzyk , który zmroził mnie na chwilę . Zrywając się z krzesła odczułem  przeszywający  ból w nodze i przechodzące  ciarki. Nie wiem czy  od krzyku przewodniczki , czy może nieopatrznie usiadłem na krześle Stalina  tego wcielonego  szatana – mordercy mojego stryja [ w Katyniu]. Po zakończeniu zwiedzania całą grupą  udajemy się na promenadę Jałtańską  biegnącą wzdłuż  brzegu Morza  Czarnego . Na nabrzeżu rzucają się nam w oczy dwie długie stojące kolejki.  Pierwsza- do sprzedawanych z przyczepy  traktora arbuzów. Stajemy grzecznie w kolejce , która szybko się przemieszcza i kupujemy – każdy po dwa arbuzy . Nie przygotowani do jakichkolwiek zakupów zmuszeni jesteśmy do transportowania ich pod pachami rąk. Wygląda  śmiesznie  jak tak  duża grupa pań i panów przemieszcza się z dużymi arbuzami do następnej  znacznie dłuższej  kolejki. W tej drugiej stoi  około 90-100 osób w większości  mężczyźni. Kolejka porusza się bardzo wolno . Podchodzimy bliżej i widzimy olbrzymi zbiornik [  na przyczepie samochodu ciężarowego]  z napisem SUCHOJE – młode wino. Przy kranie spustowym stoi facet w przybrudzonym białym kitlu , który do trzech grubych litrowych kufli  do piwa- nalewa winko . Pełna kultura picia ! Stojący w długiej kolejce dopingują tych pijących okrzykami  -  tempo , tempo, tempo!  .Ci chcąc sprostać ich zachętom – piją na czas, kto  szybciej ! Niektórzy podczas picia zachłystują się  i część winka wylatuje nosem . Po wypiciu- kufelek jest elegancko przepłukiwany w stojącym obok wiaderku i dalej jazda . Przez godzinną   obserwacje  kolejki, nie zauważyłem , żeby wodę w wiaderku ktoś wymieniał. Kolejka porusza się w tak wolnym tempie , ponieważ trzy kufle , które trzeba opróżnić – blokują jej szybkość . Mądrzejsi tubylcy przychodzą z litrowymi słoikami i podchodzą bez kolejki,  co spotyka się niezbyt przychylną reakcją kolejkowiczów i wprowadza niepotrzebny ferment. Kochani koledzy stwierdzili kategorycznie, że stanie w kolejce z arbuzami pod pachą jest bardzo niewygodne .W związku z powyższym  [ ponieważ chory pić winka nie może] powierzamy ci bardzo odpowiedzialne zadanie – będziesz pilnował naszych arbuzów. Nie czekali na moją zgodę , posadzili mnie na  ławce i obłożyli arbuzami. Sami stają w gigantycznej kolejce .Obłożony arbuzami  staję się obiektem zainteresowań  przechodniów , którzy myślą , że jestem handlarzem i co rusz pytają  się – po ile są te arbuzy? Muszę  się gęsto tłumaczyć , że  nie sprzedaję – tylko pilnuje. Odchodzą srodze zawiedzeni , a ja mam dosyć  pytań. Po godzinie stania, koleżeńska grupa  zaczyna  tankować winko , również ponaglana do szybkiego opróżnienia kufli  . Jedni piją po jednym kufelku , inni nawet po dwa. Wraz z ilością wypitego trunku , rośnie atmosfera ogólnego rozluźnienia. Palące słońce , w sposób znaczący przyśpiesza ten proces. Picie młodego winka przebiegało w atmosferze ogólnego podniecenia wywołanego nie tylko tempem picia , ale również kłótniami o kufle. Szczególne pretensje miano do  ”repetentów” , którzy kolejny litr napitku spożywali w tempie znacznie wolniejszym od zakładanej normy. Zdarzały się przypadki wyrywania sobie kufli z rąk  i dochodziło do szarpaniny i nieprzyjemnych przepychanek. Harmider i kłótnie  towarzyszyły tej szczególnej atmosferze . Nie była to uczta za stołem w w sali Bachusa ,  raczej w jego chlewie  w towarzystwie  chrumkających , kwiczących , cisnących  się do koryta świnek.  W pewnym momencie – dochodzi do rozłamu [wśród pijących] jedni mają dosyć a  drudzy chcą jeszcze raz stanąć w kolejce po kufelek winka. Sytuację uzdrawia przewodniczka – informując , że nie ma czasu” na  powtórkę z rozrywki”bo autokar do Gurzufu  odjeżdża za 30 minut. Odgłosy niezadowolenia [ grupy niedopitych ]  towarzyszyły nam , aż do drzwi  autobusu.  Towarzystwo zaczyna się zbierać wokół mojej ławki, każdy bierze swoje arbuzy i chwiejnym krokiem zmierza w stronę  autokaru. Witek przychodzi jako jeden z ostatnich , bierze pod paszki swoje kawony i udaje się w ślady  pozostałych.W pewnym momencie jeden z arbuzów wypada mu z rąk  na ziemię. Nie  podnosi go , lecz zaczyna  toczyć po chodniku jak piłkę – wzbudzając u pozostałych falę wesołości . Nagle z stojących , przy barierce grupy Rosjanek odrywa się  jedna  krzyczy , klnie i gestykuluje rękoma – podbiega do Wiktora : To wy Polacy -swołocz takaja- to ja za was w czasie wojny krew przelewałam , a wy tak marnujecie pracę ludzkich rąk ! Pada stek rosyjskich przekleństw [ których tu nie przytoczę]. Riposta  Witka jest natychmiastowa :               -Martw się lepiej babo tymi  tonami winogron , które tam na zboczach [w waszych kołchozach] gniją na krzakach , bo nie ma kto ich zbierać!                                                                                                      Baba klnie jeszcze więcej ,  grupa krokiem trochę chwiejnym , ale co ważne – porusza się do przodu. Na końcu orszaku Bachusa – kulając swojego arbuza idzie nasz prowokator Wiktor. Wsiadanie do autokaru przebiega bez większych problemów – nie licząc trzech rozbitych arbuzów . Witek swojego dokopał w całości . W końcu ‚wesoły autobus” rusza z miejsca. Wewnątrz rozbawione towarzystwo zaczyna śpiewać piosenki biesiadne, a   kulające  po podłodze arbuzy , dopełniają  atmosferę super wesołości. Upalny dzień – nagrzał blachy autokaru – towarzystwo zaczyna otwierać okna . Po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyboistymi drogami [ kilka osób z tych co więcej wypili] zaczyna spłacać dług Bachusowi. „Haftują” w reklamówki  i wyrzucją [na szosę]przez  okna . Zapach taniego wina i wymiocin rozchodzi się po autokarze. Część kobiet , zmienia miejsca siedzenia , widząc jak jej sąsiadowi zbiera się na wymioty. Pomimo otwartych okien i przeciągu , wspomniane  zapachy pozostają wewnątrz autokaru, bo niektórzy koledzy nie trafiali do reklamówek , lub  tylko częściowo. Czas mija z  łbów uczestników libacji , aż się ” kurzy’, a wesoły autobus jedzie dalej. ” Góralu czy ci nie żal ” kończy pijacki repertuar utworów biesiadnych. Po 45 minutach jesteśmy w Gurzufie. Rozbawione towarzystwo  [ trochę chwiejnym krokiem]  wysiada z arbuzami  i tak mi się wydaje, że z jadącej grupy mężczyzn dwóch było tylko trzeźwych – kierowca  i ja.                             Kolejny dzień pobytu jawi nam się  jako  ”dzień trzeźwienia” i leczenia kaca . Następnego dnia wyjeżdżamy do Soczi . W dniu wyjazdu- w ośrodku  ogólny rozgardiasz  autobusy stoją przed wejściem .  Pakujemy torby i lokujemy się w ich wnętrzach. Wśród kolegów biorących udział w wyjeździe  jest Czesiek L. – sympatyczny młodzian , który w trakcie pobytu poderwał recepcjonistkę o imieniu Tania . Imię to w języku polskim ma niezbyt dobre konotacje . W pijanym widzie podczas „tokowania”  , grami wstępnymi  a pójściem do łóżka – obiecał jej [w obecności jej koleżanki ] , że się z nią ożeni. W trakcie pobytu – Czesiek był  dwukrotnie przywoływany do spełnienia  przyrzeczenia . Tania obiecankę ożenku wzięła na serio i twardo obstawała przy swoim . Czesiek też jest spakowany , wychodzi na balkon  z którego chce zrobić pożegnalne zdjęcie okolic ośrodka. W pewnym momencie zaobserwował  stojącą przed  schodami wyjściowymi [swoją ulubienicę]   Tanie  w towarzystwie wujka milicjanta . Milicjant i wściekła  ”narzeczona” – to może być  ”mieszanka wybuchowa”. Sprawa wygląda na tyle poważnie ,  że efekt końcowy jest nieprzewidywalny. Co tu robić? Po szybkim przeanalizowaniu sytuacji podejmuje decyzję . Prosi kolegę [ z pokoju]  o zaniesienie j bagażu do pierwszego autokaru [stojącego najdalej od drzwi wejściowych], sam schodzi na wysoki parter i  z balkonu   na tylnej ścianie budynku skacze  na okalający budynek – kwietnik. Przemieszczając się pod tylną ścianą budynku , wsiada niezauważony do pierwszego autokaru . Tam czeka na niego bagaż – informuje kolegę ,że do chwili odjazdu  będzie siedział w kucki na podłodze pomiędzy siedzeniami . Miał przeczucie bo Tania wraz z wujem  dwukrotnie obchodzili autokary , przed ich ostatecznym odjazdem. Nie zdecydowali się jednak na sprawdzenie  wnętrza. W końcu ruszamy z miejsca – żegnani rozczarowanym wzrokiem Tani i jej wuja. Nie mogli zrozumieć , gdzie się  mógł podziać  Czesiek L. jej „niedoszły narzeczony”. Droga strasznie się dłuży , choć mijane krajobrazy są bardzo malownicze. W połowie trasy , kierowca zatrzymuje się  przed przydrożnym kioskiem z napojami. Wysiadam z Józkiem i  jako pierwsi  podchodzimy do kiosku.  Z wnętrza kiosku wyłania się postać  faceta o ciemnej karnacji [ Gruzin myślę ]. Patrzę w głąb kiosku i oczom własnym nie wierzę – na ścianie w  ramkach wisi portret Stalina.                    -Józek  co to za dziad wisi  na ścianie  - rzekłem z ironią. Gruzin zrozumiał – bo jego twarz w mgnieniu oka zrobiła się purpurowa, oczy nabiegły krwią zmieniły jego oblicze w pysk rozszalałego brytana. Łapie za nóż – gotów do morderczych czynów , tak jak to robił jeszcze niedawno  jego  poplecznik. Widząc taką reakcję [ zwolennika stalinizmu] , dyskretnie ulotniłem się z miejsca zdarzenia ,bo wynik tego starcia byłby nieprzewidywalny. Sytuację ratował Józek , który tłumaczył Gruzinowi , że kolega nie zna historii , a Stalin to wielki człowiek. Masowy  ”wysyp” autokarowych klientów, otaczających kiosk  i zamawiających szczególnie piwko , odwrócił uwagę Gruzina od incydentu. Ruszamy dalej , następny przystanek – to już cel naszej podróży  Soczi. Pawilon mieszkalny – to piętrowy mocno przeszklony budynek , leżący 30 m. od morza . Stołówka i pozostałe pawilony zatopione w zieleni   egzotycznych krzewów , palm i bananowców. Warunki w pokojach 3-4 osobowych dobre – łazienki w pokojach , tworzą  oznaki  ”małego komfortu”  z jakim dotychczas nie spotkaliśmy się. Widoki z okna na góry Kaukazu – niezapomniane , wyżywienie dobre , no żyć nie umierać ! Rozbawione towarzystwo, po zapoznaniu się z „terenem” – rusza do dyskoteki pod gołym niebem .Oczywiście pierwsze kroki kieruje do barku – gdzie serwują niezłe drinki. Towarzystwo międzynarodowe  oprócz  Polaków i Węgrów są tam Rosjanie . Tańcom i drinkowaniu nie ma końca . Poznałem tam nauczycielkę z   Białorusi , a konkretnie z Brześcia , z którą wywijaliśmy na parkiecie. W trakcie zabawy podchodzi do nas młody Gruzin , przedstawia się i siada przy przestronnej ławie . Po chwili ,nie pytając nikogo o zgodę wylewa na posadzkę resztki niedopitych drinków. Chwila konsternacji  [jak towarzystwo zareaguje na taki afront] nie trwa długo – z wewnętrznej kieszeni  marynarki wyjmuje piersiówkę i rozlewa do opróżnionych kieliszków . Na pytanie co to jest za trunek [odpowiedział ] ” czacza”. Próbujemy  [mocny jak cholera] – z tłumaczenia dowiadujemy się , że jest to 70% spirytus winogronowy. Po wypiciu 3-4 drinków i zdecydowanej poprawie humoru-czas na tańce  . Próbuję  wstać od stołu i poprosić nauczycielkę. Niestety – próba nie udała się, bo nogi mam jak z waty i odmawiają mi posłuszeństwa, a rozum jasny i wesoły . Cholera co  robić ?Jak  dojdę do pokoju na takich nogach – to i inne pytania nie dają mi spokoju .  Dochodzę do wniosku , że tylko upływ czasu może mnie uratować . Piję tylko wodę mineralną , aby rozrzedzić  spirytus  i czekam na odzyskanie władzy w nogach . Po dosyć długim czasie dochodzę do siebie . Dzień następny ,[wbrew pozorom] o dziwo bez żadnego kaca.Wszystkie następne dni mało różniły się od siebie , a przebiegały w/g schematu- śniadanko, kąpiel w morzu,opalanie , obiad , kolacja  i dyskoteka . Nie mogę czytelnikom mydlić oczu , że  celem wycieczki  , był tylko wypoczynek . Powiedzmy wprost – celem głównym tak nas  jak i Argonautów było pozyskanie złotego runa. Wyprawa , ze wszech miar udana , czas rozejrzeć się za złotem. Po przeliczeniu zarobionych rubli  dochodzimy do wniosku , że czas udać się do  Jubilera ,żeby zamienić je na złoto.  Doszedłem do porozumienia z  Zbyszkiem B. i kupujemy platynowy pierścionek z brylantem. Po udanych zakupach została nam jeszcze wycieczka na herbaciane pola w Batumi . Ostatni dzień pobytu w Soczi  minął na dyskotece i pożegnaniach z przyjaciółmi. Rano autokary odwiozły nas na  lotnisko w miejscowości Adler , gdzie godzinne oczekiwanie na samolot przerodziło się w nieoczekiwaną kilkugodzinną przerwę.W porze obiadu-  zgłodniali udaliśmy się do miejscowej restauracji. Studiujemy menu i zamawiamy  kurczaka [ kurica II sort] z ziemniakami i sałatą . Po otrzymaniu dania – zauważyłem na talerzu jakiś mały korpusik ptaka o udkach grubości mojego kciuka. Pytam kelnera – co to jest, bo na kurczaka to nie wygląda  [dla mienia eto ptica nie kurica] raczej na popularnego ptaka wielbiciela czereśni- szpaka.Kelner tłumaczy  zawile , że jest to kurczak II kategorii.  Mówię  , że nie słyszałem żeby pisklęta podawać jako danie obiadowe. W końcu zrozumiałem , że kelner w tym przypadku był całkowicie niewinny ,bo  nie on odpowiada za gospodarkę produkcyjną kraju. Nie mieli karmy na dalszą hodowlę kurcząt to zabili je  w takim stadium rozwoju. Po zjedzeniu ptasiego posiłku – lecimy ,  nie do Kijowa  tylko do Doniecka. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest awaria samolotu rejsowego.Tam czekamy na przesiadkę  i  lądujemy w Kijowie, skąd pociągiem jedziemy do Warszawy. Zgromadzeni  w olbrzymim hallu dworca kijowskiego , czekamy na  pociąg. Witek P.  stojący  obok  mnie –  zapalił papierosa , strzepując popiół do pudełka zapałek. W pewnym momencie podchodzi do niego umundurowany milicjant -salutując.                                                          -Wiecie obywatelu , że na dworcu kolejowym nie wolno palić papierosów.                                             -Nie – nie wiem , bo u nas wolno.                                                                                                                               – Kulturalny człowiek – powinien wiedzieć!                                                                                                             -To znaczy , że ja jestem niekulturalny?                                                                                                               – Tak  wygląda.                                                                                                                                                                   – No cóż  [Witek gasi papierosa] muszę się poprawić i dostosować.                                                               Milicjant odchodzi na bok , wkłada ręce do kieszeni spodni i obserwuje nas,   szczególną uwagę skupiając na Wiktorze.                                                                                                                                                     -Popatrzcie wszyscy mówi głośno Witek – oto kulturalny milicjant  idzie a ręce trzyma w kieszeniach .                                                                                                                                                                       Milicjant podbiega do grupy i pokrzykuje:                                                                                                               -Ja  będę telefonować do polskiego Konsulatu, tak tego nie zostawię – zobaczycie Polaczki.          W tym czasie z głośników odezwał się głos spikerki , oznajmiający wjazd pociągu relacji  Kijów – Warszawa . Grupa otoczywszy  Witka zaczęła się przemieszczać  na  peron, zostawiając  na środku hallu złorzeczącego  nam „kulturalnego milicjanta”.

Wyprawa na grzybobranie.

0
  1. Ten wrześniowy dzień , zapadł mnie głęboko w pamięci  z dwu powodów , ale nie wyprzedzajmy czasu. Wstałem około dziewiątej -zaliczając spacer z pieskiem , potem zjadłem śniadanko i około dziesiątej zbieram się do wyjazdu. Po zapakowaniu roweru i kosza do bagażnika samochodu , jadę do miejscowości  Zimowiska i zatrzymuję się przy głównym dukcie prowadzącym w głąb lasu . Wyciągam pomału rower-mocuję drucikiem     [ do bagażnika ] wiklinowy koszyk i jadę.                                                       -Dzień dobry -pozdrawia mnie wyprzedzający mnie rowerzysta.                                                   – Dzień dobry -odpowiadam , ale się – śpieszy myśli pewnie , że więcej grzybów nazbiera jak  szybciej będzie na swoim miejscu! W tym momencie słyszę głośny trzask i głuche uderzenie w  ziemię . Podjeżdżam bliżej i widzę leżącego  na drodze  rowerzystę , który mnie  [przed chwilą ]  wyprzedzał!  Przestraszony- zatrzymuję się . Próbuję nawiązać kontakt z leżącym , ale bez  rezultatu. Podbiega do mnie mijany zbieracz  i razem podejmujemy decyzję o zawiadomieniu pogotowia ratunkowego. Po dłuższej chwili leżący- zaczyna dawać oznaki życia , a my dzwonimy  na numer 112 . Rower w fatalnym  stanie lampa rozbita , kierownica pogięta , wiaderko  plastikowe [na grzyby] rozbite  na kawałki. Poszkodowany jęcząc – prawą ręką zaczyna  obmacywać ramię -O Jezu , o Jezu  mam chyba złamany obojczyk ! Pomagam mu wstać na nogi i  delikatnie otrzepuję z kawałków szlaki  którą utwardzona jest droga. Równocześnie  wyjmuje  [powbijane w głowę] kawałki żużla , które w kilku miejscach poprzebijały jemu skórę- z której sączy się krew . Tymczasem kolega dodzwonił się do pogotowia:                                                                                                                 – Jak się pan nazywa?                                                                                                                              -Kozub -odpowiedział  tak cichym głosem, że ten nie zrozumiał i mówi :                                    - Kożuch !                                                                                                                                                    -Kozub  [powtarzam głośno] -mieszka  na ulicy  Wczasowej w Ustce.Tłumaczymy  dyspozytorce , że stoimy na leśnej drodze jakieś 1,5 km od szosy . -Panie kolego zostań pan z poszkodowanym ,a ja pojadę rowerem po samochód i dowiozę go do szosy , a tam niech czeka karetka pogotowia – przekaż  pan to dyspozytorce .                                                              -Dobrze -przekaże jej to co pan powiedział.                                                                                        -Jadę  rowerem po samochód [tam zostawiam go pod drzewem] i samochodem jadę po rannego . Tam przy pomocy kolegi – usadawiam go  na siedzeniu  i jadę  do karetki. Po drodze widzę jadący z naprzeciwka  samochód- ranny informuje mnie , że to auto  jego syna -zatrzymuję  się . Ranny wysiada i przy pomocy syna ściąga z siebie kurtkę i bluzę  [przygotowując się  do prześwietlenia i badań] . Rozebrany , tylko w podkoszulce – wsiada do samochodu, a syn jedzie w głąb lasu , aby zabrać uszkodzony rower . Podjeżdżam do  do stojącej  karetki -przekazując pasażera w ręce lekarza. Parkuję auto -biorę rower i pedałuję  , mając nadzieje ,że tym razem nic nadzwyczajnego się nie wydarzy.  Po przejechaniu 4-5 kilometrów  zatrzymuję się w znanej  części lasu bukowego , przypinam rower kłódką do cienkiego drzewka, a sam idę penetrować znajome miejsca , gdzie w ubiegłym roku zbierałem prawdziwki.Zaskoczenie zupełne, ktoś był szybszy i znajduje tylko ścięte korzonki borowików. Zaczynam tracić wiarę  widząc  to , że ktoś był przede mną – trudno idę dalej może nie wszystkie wyzbierał? Wchodzę w niewielki zagajnik bukowy -sąsiadujący z uprawami leśnymi [ogrodzonymi wysokim płotem] .Idę  wzdłuż płotu i nagle staję jak wryty! Przecieram okulary , czy to nie miraż , ale nie przede mną  stoi prawdziwek  tak duży , że w życiu takiego nie widziałem! Stawiam  kosz przy okazie i wyjmuję telefon komórkowy, aby uwiecznić takie znalezisko . Nie ukrywam , że jako  zapalony grzybiarz lubię się pochwalić osiągnięciami , ale to przecież nic złego.Po zrobieniu kilku zdjęć, wykręcam trzon z ziemi  i tu zaczyna się problem  -jak takiego olbrzyma zmieścić w koszu. Nie ma wyjścia w koszu ląduje gruby i duży trzon  grzyba, kapelusz pozostaje poza jego obrębem. Po takim ulokowaniu borowika muszę uważać -szczególnie przy przeciskaniu się przez zarośla ,aby nie uszkodzić takiego okazu.  Po kilku krokach  , za ogrodzeniem dostrzegam jeszcze dwa dorodne prawdziwki. Wracam się do miejsca , gdzie zapobiegliwi  leśnicy zrobili prowizoryczne przejście przez płot i udaję się w miejsce rośnięcia „bliźniaków”. Znowu robię zdjęcie -zabieram prawdziwki do kosza i idę dalej. Kieruję się w stronę „mojej wyspy” , gdzie co roku znajdowałem kilka prawdziwków. Wyspa -to  30-40 cm wzniesienie na terenie wysychającego bagna w 99% porośniętego  olszyną i paprociami. Nikt tu nie chodzi -bo grzybiarze wiedzą , że w olszynie grzyb  nie rośnie. Na wyspie rośnie jeden rozłożysty buk, pod którym zazwyczaj rosną prawdziwki. Idę i szukam „wysepki” nie mogę jej znaleźć , kręcę  się w kółko – przecież tu powinna być , przedzieram się przez paprocie i widzę  samotnie rosnący buk.  Widok , który ujrzałem  przyprawił mnie o gwałtowną  palpitację serca . Na polance pod bukiem rośnie [liczę]  2,5,8,12,15  dorodnych borowików i 6 malutkich 1-2 cm. Dorodne wykręcam z miną zdobywcy -przynajmniej Mont Blanc , maluchy zostawiam  niech podrosną.Dzwonek  telefonu komórkowego  wyrywa mnie ze stanu euforii i sprowadza na ziemię .Dzwoni żona z prozaicznym pytaniem , kiedy mam zamiar wrócić do domu.Mówię jej , że za 45 minut będę w Ustce.Idę do „zaparkowanego” przy drzewie roweru  ,mocuję kosz do bagażnika i jadę do samochodu .Po drodze myślę za co mnie Stwórca obdarował takim pięknym  zbiorem -chyba nie za ten samarytański uczynek?

In Memory of

1

Wstyd się przyznać, ale o Twojej śmierci dowiedziałem  się 15 listopada w okolicznościach nieco dziwnych. Otóż w dzienniku TV dowiedziałem się , że  polski statek  na  Atlantyku uratował dryfującego na przewróconym jachcie żeglarza. Coś mnie tknęło, aby dowiedzieć się  więcej , o Twojej wyprawie przepłynięcia samotnie Atlantyku – na remontowanym jachcie Holly II. Wpisałem w wyszukiwarkę Google Twoje imię i nazwisko i doznałem szoku !!!.  Żeglarz Edward Zając utonął w wodach Bałtyku w okolicach  Półwyspu Helskiego. Siedziałem  przez chwilę jak  sparaliżowany – wpatrując się bezmyślnie w ekran monitora. Nie  to niemożliwe -różne myśli przebiegały mnie przez głowę? Edek to nie możliwe – ty Tak nie mogłeś skończyć!!! W końcu czerwca  będąc u Ciebie w domu z uwagą i zaciekawieniem słuchałem Twoich planów o samotnej wyprawie przez Atlantyk, znalezieniu sponsora wyprawy, oraz przebiegu prac remontowych Holly II jak również o najniebezpieczniejszych chwilach w Twoim życiu. Opowiadałeś  jak po dwudniowym sztormie [ fizycznie wyczerpany ]  zasnąłeś  za sterami  i o mały włos nie zostałeś  rozjechany przez znajdujący się na kontrkursie transatlantyk.  O tym,  jak  w nocy , pod Gotlandią wylądowałeś  jachtem Holly I  na nieoznaczonej mieliźnie  i dramatycznej sytuacji  zejścia z niej. Podziwiałem Twoją odwagę  nie tylko samotnego wilka morskiego, ale człowieka  dzielnie zmagającego się z przeciwnościami życia. Nigdy nie usłyszałem  z Twoich ust skargi na to co przynosił Ci los , a życie Cię nie hołubiło, rzucając pod nogi kolejne kłody. Pamiętam Twoje powiedzenie  cytuję:  Życie trzeba brać takie jakie jest, bo nikt nie da nam lepszego. W  latach  8O razem z nami  organizowałeś  ”Solidarność” w Ustce ,  dokumentowałeś rodzące się przemiany społeczne , często za własne pieniądze. Szczery , otwarty, lojalny, czasami bezkompromisowy. Byłeś redaktorem ” Ziemi Usteckiej” chłoszczącej  bezlitośnie przeciwników burmistrza Graczyka.  Po jego odejściu – poddano Cię  głębokiej krytyce ze strony jego przeciwników politycznych .    Śmierć małżonki w 2009 roku [ z którą przeżyłeś wiele lat] nie złamała Twojego  hardego ducha.  Pozbierałeś się w sobie – oddając się jeszcze bardziej drugiej  swojej   miłości – żeglarstwu. Po latach samotniczego życia – znalazłeś oparcie w przyjaciółce  Jadwidze Kapłan z którą związałeś swój los. Przyszedł czas na ten ostatni rejs lipcowy , w którym oprócz Jadwigi  na pokładzie znalazł się  jej 12 letni niepełnosprawny wnuk. Nikt już nie dojdzie prawdy – o tym jak to się stało , że Edek znalazł się za burtą jachtu. Można domniemywać  [z dużą dozą prawdopodobieństwa], że po zjedzonym w kambuzie obiedzie – Jadwiga zajęła się zmywaniem naczyń, a Ty wraz  z chłopcem wyszedłeś na pokład celem zrefowania żagli. Chłopca posadziłeś za sterem , a sam wszedłeś na kokpit jachtu. W tym czasie nagły szkwał zmienił kierunek wiatru, który wydął żagiel w drugą stronę zwalając Cię z nóg i wyrzucając za burtę. Po drodze prawdopodobnie uderzyłeś w reling , co spowodowało chwilową utratę świadomości. Krzyk 12 latka  zaalarmował Jadwigę , która wybiegła z kambuza na pokład . Oślepiona blaskiem słońca bez okularów [chora na jaskrę] cofnęła się pod pokład, a to kolejne sekundy oddalania się jachtu od miejsca wypadku. Zwrot którego dokonała – rzucenie koła ratunkowego i strzelanie rac nic już nie mogły pomóc. Kontakt telefoniczny z ratownikami i akcja ratunkowa helikoptera nie dała żadnych rezultatów, bo uderzenie w reling [krwiak na czole w okolicach nosa] spowodowały nagłą utratę świadomości i natychmiastowe utonięcie. Żegnaj żeglarzu !!!. Nic Ci już nie potrzeba . Więc przyjmij ode mnie tę modlitwę , będącą parafrazą słów Bułata Okudżawy:

Dopóki ziemia kręci się , dopóki jest tak czy siak,  Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w  życiu brak: Mędrcowi darować głowę racz, żeglarzom łodzi swej .Sypnij grosza szczęściarzom i mnie w opiece  swej mniej .

 

Panie Zielonooki , Boże ,Ojcze Nasz , daj mu to co tak ukochał , żyjąc tu pośród nas. Daj mu wspaniałych rejsów moc , pośród niebiańskich fal , by żyć mógł w  naszej pamięci  i nie zapomnij o   nas.

Andrzej Urban

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 tommek