Urban – Historie z Życia…

Autentyczne historie ludzi i ich przeżyć na tle mijającego czasu.

Wpisy w kategorii: Historie

Przewodniczący Rady Miasta w Ustce .

0

                                               Apel do radnych , którym bliskie są sprawy pomników przyrody.                                                                                                                                                                                      
Jestem zbulwersowany informacją , którą usłyszałem będąc 20 kwietnia w Urzędzie Miejskim w Ustce u naczelnika wydz.Inwestycji i Ochrony Środowiska pana Mellera- Kubicy .Sprawa dotyczy 120 letnich krzewów Jałowca sabińskiego [Juniperus sabini ], które mają pójść pod topór -bo podobno przeszkadzają realizacji inwestycji dworca autobusowego i ścieżki rowerowej.W głowie mi się nie mieści,że krzewy pamiętające budowę [ w 1911 roku] dworca kolejowego , o obwodzie pnia 97 cm zostaną wycięte -pytam się w imię jakiej sprawy bo pojąć tego nie sposób?    
Nie będę tu dochodził , kto jest winny takiego stanu rzeczy [choć mam w tym temacie swoje zdanie], ale na pewno nie jest to człowiek któremu sprawy naszego miasta leżą głęboko na sercu.                                                                                      
W was radni pokładami ostatnią nadzieje , jeśli naprawdę czujecie się patriotami naszej małej ojczyzny , której stolicą jest Ustka -to nie   pozwólcie na ten  barbarzyński czyn .Potrzeba tylko trochę dobrej woli , aby zmienić ten niewielki odcinek ścieżki rowerowej ,aby je uchronić , bo są one częścią historii naszego miasta .Zróbcie to dopóki nie jest jeszcze za późno.

Andrzej Urban Ustka ul.Klonowa 19

Nieprzewidywalność życia ….?

0

Wracam ze spaceru z naszym ulubieńcem i widzę w skrzynce na listy kopertę .Nie chce mi się iść do domu po kluczyk od skrzynki pocztowej , dlatego próbuje lekko wystającą kopertę wyjąć przy pomocy palców . Po krótkich zabiegach operacyjnych sztuka ta udaje się i w rękach mam list w eleganckiej kopercie z stemplem priorytet -niestety bez nadawcy .Idziemy z pieskiem do domu w jednej ręce smycz w drugiej tajemniczy list bez nadawcy .W domu , w pierwszej kolejnośći zwalniam ze smyczy pieska Figo , a potem otwieram tajemniczy list.Po otwarciu koperty jawi mi się elegancka kartka świąteczna – wyjątkowo oryginalna , jakiej nigdy przedtem nie widziałem .Otwieram ją i czytam: Pisanki tęczowe , koszyczki kolorowe i aura radosna bo wokoło wiosna ! Niech zajączek mały i z cukru baranek przyniosą Wam szczęście w wielkanocny ranek !  RADOSNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH ORAZ SMACZNEGO  JAJKA i tutaj druk przechodzi w odręczny napis długopisem – życzą  Teresa i Grzegorz  Wielkanoc 2017 JAROSŁAWIEC…..Zatkało mnie i przez chwilę dochodzilem do siebie.Różnych rzeczy mogłem się spodziewać , ale w najśmielszych marzeniach nie przyszłoby mi do głowy , że dostanę taką kartkę od byłych przyjaciół , którzy równo rok temu podjęli decyzję o wyrzuceniu nas ze swojego życia .Podając enigmatyczny powód , a faktycznie z pobudek politycznych na wyartykułowanie których niestety zabrakło już im odwagi !  Z biciem serca kilkakrotnie czytamy z żoną kartę świąteczną i nie możemy dojść do siebie ! Pytania , które należałoby postawić na pewno pozostaną bez odpowiedzi , ale ludzka ciekawość nie zna granic……Skąd taki nagły przypływ uczuć , skąd taka zmiana , czym spowodowana, to i inne pytania drążą nasz umysł nie pozostawiając miejsca na jednoznaczną odpowiedź .Dywagacje na te tematy pozostają niestety w sferze przemyśleń i domysłów ..? Pozostaje pytanie jak się w tej sytuacji zachować powinien człowiek sponiewierany [bo tak się czujemy]..? Czy zapomnieć o wszystkim co się stało [rok temu] ,czy przemilczeć – kartkę która jest [być może] wyciągnięciem ręki do zgody ,czy odpisać w najbliższe święto [w grudniu] na te życzenia świąteczne ….. Mamy za mało danych ,aby  móc rozwiązać to równanie z wieloma niewiadomymi .Zawsze miałem kłopoty z matematyką stąd ten problem .Z jednej strony wybaczanie powinno być cechą chrześcijanina , którym chyba jeszcze jestem ? Z drugiej strony głęboki żal człowieka odtrąconego , za to że miał inne poglądy polityczne na otaczającą nas rzeczywistość niż wyznawcy sekty smoleńskiej ! Podobno miłość i nienawiść to uczucia o bardzo podobnej proweniencji , to tak jak dwa wektory skierowane w dwu przeciwstawnych kierunkach . Uczucie sympatii -mówi tak , uczucie zemsty -mowi nie , które rozwiązanie wybrać oto jest iście hamletowskie pytanie ..? Jest jeszcze trzecia droga , którą podsuwa mi żona poczekać……………..

Na tak postawione pytanie odpowiedź może być tylko jedna -oczywiście świadczą o tym setki , a może tysiące przykładów z którymi wszyscy się spotykamy na codzień . Z naukowego punktu widzenia zespół niekorzystnych zjawisk zdarzających się jedno za drugim nie ma logicznego umotywowania w nauce , ale fakt jest faktem . Mój pech zaczął się od lotniska w Gdańsku , gdy żona poprosiła po odprawie celnej .- Daj ten dowód osobisty , bo jeszcze go zgubisz ? Lekko oszołomiony [czynnościami związanymi z odprawą celną]  i kolejnym lotem do Edinburgha-[bez większych oporów ]przekazałem dowód osobisty w ręce Gosi  . Jedziemy schodami ruchomymi do sali oczekiwania na odlot. Będąc na miejscu , małżonka zauważa ,że niestety nie ma mojego dowodu ! Pierwsza myśl , która się pojawia , zaginięcie dowodu osobistego musiało nastąpić w trakcie jazdy schodami ruchomymi, a dowód wpaść gdzieś w szczelinę pomiędzy ruchomymi stopniami .No to wyjazd ,mam z głowy .Tysiące myśli kłębi się w mojej głowie ….. Schodzę „pod prąd” ruchomych schodów i w odległości trzech kroków widzę leżący kartonik dowodu , a więc lecę !! Kamień spadł mi z serca , tym razem szczęście w nieszczęściu uśmiechnęło  się do mnie -chwała mu za to .Pozostała część podróży ,przebiegła już bez większych problemów i zawirowań .Podróż powrotna Edinburgh -Gdańsk nie byłaby niczym nadzwyczajnym , gdyby nie „powtórka z rozrywki „- czyli niespodziewany atak „komunikacyjnego pecha”, ale do rzeczy. Wszystko zaczęło się od wypatrywania na tablicy odlotów , bramki z której będzie dokonywana odprawa przed wejściem na pokład samolotu. Czas nieubłaganie płynie , a na naszej tablicy nie wyświetla się spodziewana informacja w końcu pojawia się informacja o opóźnieniu odlotu i udaniu się do bramki 1K . Tumult jaki się zrobił po tej informacji zobligował nas do szybkiego przemieszczenia się do bramki , która jest w odległości 200-300 m . od miejsca naszego pobytu. Tłumek około 200 osób z bagażami zaczyna się przemieszczać w wiadomym kierunku , moja szybka żona rwie do przodu , a ja za nią . No dotarliśmy do oznaczonej bramki i jesteśmy na przedzie kolejki . Po kilku minutach pojawia się informacja , że odprawa lotu Edinburgh – Gdańsk będzie się odbywać z bramki o numerze 6.W tył zwrot- idziemy z powrotem do miejsca z którego kilkanaście minut temu wyszliśmy .Tym razem ci którzy byli w kolejce ostatni są oczywiście pierwszymi , my zamykamy ten długi ogonek.Opóźnienie samolotu to już pełna godzina , przewidywany czas przylotu do Gdańska nastąpi po godzinie 22 .W trakcie lotu pilot z powodu gęstej mgły , zmienia kierunek lotu i leci nad Bornholmem i Łebą .Lądujemy jednak szczęśliwie i po wyjściu z samolotu w hali odpraw spotykamy niesamowity tłum oczekujących na odprawę pasażerów . Mgła spowodowała ,że niemal równocześnie wylądowały trzy maszyny stąd ten tłumek 600 osób. Stoimy w kolejce . ja za panią z 4-5 letnią dziewczynką powoli zbliżając się do funkcjonariusza służby celnej .Naraz kolejne perturbacje , celnik żąda od pani metryki urodzenia dziecka , którą ta ma ją gdzieś zakamuflowana w walizce i po jej ukazaniu tłumaczy ,że powinna mieć jakiś dokument ze zdjęciem dziecka bo może to być n.p. dziecko komuś porwane ! Szlak mnie trafia , włączam się do dyskusji z celnikiem na temat  ewentualnej „porywaczki dzieci”, a czas płynie . Pasażerowie stojący za nami przeszli do innych kolejek i my jako ostatni opuszczamy halę odpraw .Idziemy do czekającego na nas mikrobusu i tu znowu pech nas dopada. Kierowca stwierdza ,że do Ustki może zabrać tylko jedną osobę  [moją żonę ] bo ma tylko w samochodzie 9 miejsc , a na liście która ma od od właściciela firmy Eltrans ona figuruje. Podenerwowana Gosia pokazuje mu wykupione bilety na przejazd do Ustki , ten dzwoni do właściciela i w efekcie końcowym po porozumieniu z współpasażerami , na trzy osobowym siedzeniu siadamy we czwórkę .W ten sposób docieramy, około godziny 1 w nocy, już bez żadnych przygód do celu naszej podróży .

Droga z Weimaru do Buchenwaldu to raptem około 10 km , czas przejazdu tego odcinka to góra 15 minut .Tylne poły plandeki były podniesione , gdy konwój zatrzymał się przed metalową bramą wjazdową z napisem  JEDEM  DAS  SEJNE co w wolnym tłumaczeniu znaczy – każdemu to ,co się należy .Nad bramą zawieszony  niewielki barak z szeregiem okien i wieżyczką z zegarem otoczoną tarasem .Po prawej stronie drogi w pewnym oddaleniu były widoczne dwupiętrowe bloki załogi K.Z. Buchenwald , która składała się głównie SS-manów. Znacznie bliżej  ogrodzone drutem kolczastym hale  zakładu produkcyjnego  Gustloffa z Weimaru  i zakład Fritza Sauckela  .Po kilkuminutowej  odprawie , samochody wjechały na teren obozu i zatrzymały się przed drewnianym niezbyt wysokim  barakiem z umieszczonymi na stosunkowo dużej wysokości małymi oknami .Przeznaczenie tego nietypowego budynku bardzo dobrze  znane było wśród stałych więźniów i budziło jak najgorsze skojarzenia . Niestety nasza dwudziestka nic o tym nie wiedziała i po opuszczeniu samochodów została wprowadzona do niewielkiego pomieszczenia w baraku , gdzie kazano im się rozebrać do naga , celem przeprowadzenia kąpieli .Po wykonaniu tego polecenia do środka pomieszczenia weszła duża grupa SS manów i zaczęła jeńców znów zakuwać w kajdany , tym razem z rękoma na plecach .To wzbudziło bardzo duży niepokój wśród kadry oficerskiej , nikt ich w ten sposób nigdy nie traktował . S.S.mani skutych brali pod ręce i wyprowadzili do głównej dużej hali baraku .To co tam zobaczyli , zaparło im dech w piersiach i spowodowało u wszystkich kołatanie serca. Wzdłuż  ściany stał długi  drewniany podest  nad którym na wysokości 2,50 przebiegała bardzo gruba belka w którą  co kilkadziesiąt centymetrów wbite były rzeźnickie haki . W odległości kilku metrów od podestu stała na statywie kamera filmowa, a po bokach podestu umieszczono dwa reflektory .Za kamerą obsługiwanego przez cywila, stała duża grupa wyższych oficerów SS . Nagle do stojących nago jeńców podeszło dwu atletycznej budowy  SS manów  w koszulach o podwiniętych rękawach , wzięli pierwszego z nich pod ręce i pociągnęli w stronę podestu .Jeniec zaczął stawiać czynny opór , zaczął wierzgać nogami i wyrywać się oprawcom .Widząc to jeden z oprawców , wziął podane mu przez kogoś z załogi kajdanki i skuł mu nogi .Tak obezwładnionego powieszono na pierwszym haku rzeźniczym  na oczach kolegów . Nagle z grupki nagich skazańców wystąpił młody mężczyzna w wieku około 30 lat  dobrze zbudowany blondyn o niebieskich oczach i krzyknął w stronę grupki oficerów S.S. : „Schauen Entfuhrern wie sie polnische Offiziere sterben!”Potem po polsku do kolegów : Pokażmy oprawcom jak potrafią umierać polscy oficerowie !Sprężystym krokiem wszedł na podest i stanął przy drugim w kolejności haku rzeźniczym , za nim ruszyli pozostali . Mocno zaskoczeni takim obrotem sprawy oprawcy osłupieli w niemym zdziwieniu , lecz szybko przyszli do siebie i zaczęli czynić swoją powinność .Niech  żyje Polska , niech żyje Polska ….te okrzyki towarzyszyły im aż do końca . Wraz z ostatnim okrzykiem mordowanego jeńca zapadła grobowa cisza , zakłócana tylko cichym szmerem kamery filmowej……                                                                                          Bo ostatnim ich obowiązkiem wobec Ojczyzny była ich godna śmierć  .                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 K O N I E C                                                                                                  

Buchenwald część 22 .

0

 Rankiem 26 września cała 20 została sprowadzona do sierżanta Leona Zellnera zastępcy kpt.Abwehry Rademachera celem spakowania swoich rzeczy. Po szczegółowej rewizji na wartowni dowiedzieli się , że w asyście strażników i 2 pracowników gestapo z Dortmundu zostaną załadowani na  ciężarówkę  obozową  i odwiezieni na dworzec w Warburgu.W trakcie niezbyt  długiej jazdy w atmosferze  lekkiego podniecenia  rozgorzała dyskusja do jakiego obozu tym razem  ich przewożą .Tadeusz po niemiecku zapytał  jednego z konwojujących ich strażników o cel ich podróży  -  ten odpowiedział , że nic niestety na ten temat nie wie .Atmosfera była podniosła , bo nikomu w najśmielszych przypuszczeniach nie jawił się końcowy cel ich wyjazdu , o którym już wkrótce się dowiedzą . Po dojeździe na warburgski dworzec wachmistrz Steinert wyprowadził jeńców na dworzec i przekazał ich grupie żandarmów , której przewodzili 2 urzędnicy gestapo z Dortmundu .W trakcie przekazywania krigsgefangenen usłyszeli słowa ,że nie są już odtąd jeńcami wojennymi , ani wojskowymi i że są w tej chwili pod władzą policji . Jeden z gestapowców podszedłszy do Steinerta i na jego pytanie dokąd wiozą jeńców odpowiedział , do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie . Całą tę  rozmowę , prowadzoną ściszonym głosem słyszał Tadeusz i w ten sposób poznał cel ich podróży. W trakcie przekazywania jeńców jeden z gestapowców pozwolił sobie w perfidny sposób zadrwić z uciekinierów cytuję : „Skupcie się teraz na sobie bo tu możecie jeszcze zapalić  jednego ,ostatniego papierosa w swoim  życiu „. Znana jest relacja naocznego świadka konwojującego naszych jeńców żandarma z Eissen [pow.Warburg ] Wilhelma Hoeckiego , który otrzymał rozkaz stawienia  się na dworcu o godz 5,30 z zapasem pożywienia na 4 dni cytuje :” Gdy przybyłem na dworzec w Warburgu , znajdował się tam już porucznik żandarmerii Luellemann z Warburga . Prócz niego znajdowało się tam 7 naszych żandarmów , a mianowicie wachmistrz Kiehl z Borlinghausen , pozostali byli rezerwistami , nazwisk nie pamiętam .Wszyscy oni pochodzili z Warburga . Na dworcu por. Luellemann oświadczył ,że będziemy eskortować transport więźniów . Zauważyliśmy samochód  ciężarowy ,w którym znajdowało się 12-14 polskich oficerów [faktycznie 20] .Potem zostaliśmy podporządkowani komisarzowi kryminalnemu i sekretarzowi z Dortmundu [gestapo ] niestety nazwisk ich  nie znam .Po opuszczeniu maszyny skuto jeńców po dwu kajdankami ręcznymi , po czym zaprowadzono ich do pociągu .Zapytałem komisarza dlaczego prowadzi się oficerów zakutych .Odpowiedział mi ,że takie są zarządzenia z Berlina .Gdy wyraziłem co do tego wątpliwości , pokazał mi to na piśmie .O ile sobie przypominam, to dokument ten pochodził z Urzędu Krajowej Policji Kryminalnej w Berlinie .                                                                                                                                        Podczas jazdy nawiązałem rozmowę z pewnym porucznikiem [ adiutantem 17 p.p.] , który płynnie rozmawiał po niemiecku . Powiedział ,że polscy oficerowie są oburzeni i on dziwi się , że w związku z ich ucieczką zakuto ich w kajdany jak zbrodniarzy *.Przy następnej przesiadce  w Kassel usiłowałem uzyskać zezwolenie na rozkucie . O ile sobie przypominam to już w Kassel prowadzono ich rozkutych . Na mój wniosek komisarz wyraził na to swoje zezwolenie . Już w Warburgu komisarz oznajmił nam ,że udajemy się do Buchenwaldu . Nasz transport dojechał aż do Weimaru .Funkcjonariusze obozu buchenwaldzkiego  przejęli tam od nas oficerów .Oficerowie SS odtransportowali ich na samochodach ciężarowych .Przewożeni oficerowie pochodzili z obozu w Doessel .” W trakcie jazdy pociągiem Tadeusz poinformował kolegów o podsłuchanej rozmowie na dworcu dotyczącej celu ich podróży .Jeszcze wtedy nikt z nich nie wiedział  co to jest K.Z. Buchenwald i dyskusja pomiędzy nimi , była pełna chęci poszerzenia swojej wiedzy o tego typu obozie. Jedni  twierdzili ,że to jest obóz o zaostrzonym rygorze , drudzy że to obóz pracy [przesłanki do takiego rozumowania przekazał im na dworcu w Warburgu komisarz gestapo stwierdzając , że nie są już Krigsgefangenen ].Rozmowa Tadeusza z wachmistrzem żandarmerii W.Hoeckiem w całości potwierdziła ostateczny cel ich podróży , a o obozie K.Z.Buchenwald  wie on niewiele – mówią ,że jest to obóz przymusowej pracy .Tak na tych rozważaniach upłynął im czas następnego etapu relokacji jakim był Weimar . Na dworcu weimarskim  transport jeńców przejęła uzbrojona grupa butnych SS manów , która po skuciu ich kajdankami nie szczędząc obraźliwych słów zapędziła ich do dwu samochodów ciężarowych , które wyruszyły w stronę Buchenwaldu .                                                                                                                                                                                                                                                                                                                               *Wilhelm Hoecke w swoich zeznaniach popełnił kilka błędów spowodowanych pewnymi lukami w zawodnej jednak pamięci.Rozmowa , którą przeprowadził z polskim oficerem adiutantem 17 p.p. płynnie rozmawiającego po niemiecku  to rozmowa z ppor.Tadeuszem Osieckim , który jako jedyny z dwudziestki jeńców był adiutantem 32 p.p. władającym bezsprzecznie bardzo dobrą niemczyzną – abiturienta  warszawskiej SGGW. Na liście 20 jeńców  przewożonych do K.Z. Buchenwald nie ma żadnego oficera z 17p.p.

Oflag VI B Doessel część 21

0

Zaopatrzeni w perfekcyjnie wykonane  dokumenty robotników rolnych wracających na urlop do kraju i bardzo dobrej znajomości języka niemieckiego przez Tadeusza ,mieli teoretycznie olbrzymie prawdopodobieństwo zrealizowania swojego planu, który przewidywał jak najdalsze oddalenie się od obozu w Doessel, by po uciszeniu szumu medialnego wykupić bilet na jakiejś małej stacyjce i spokojnie przejechać dalszą część drogi pociągiem.Te kilka kilometrów do Warburga pokonali biegnąc , następnie rozpoczęli wędrówkę wzdłuż torów idących do Kassel i Erfurtu . Świt zastał Zbyszka i Tadeusza  na torach kolejowych. Maszerowali dziarskim krokiem w stronę upragnionej , ale jakże nieprzewidywalnej przyszłości .Idąc wzdłuż nasypu kolejowego , lub często po podkładach kolejowych – prowadzili rozmowy jednocześnie obserwując okolice .Szczególną uwagę skupiają na mijanych budkach dróżników na skrzyżowaniach z lokalnymi drogami .Widząc z daleka budkę starali się omijać ją szerokim łukiem wiedząc , że siedzący tam dróżnicy mają telefony, dzięki którym z łatwością mogą  zawiadomić najbliższy posterunek policji. W jednym przypadku nie zachowali należytej ostrożności , a ich marsz został zauważony przez przypadkowo wyglądającego przez okno kolejarza .Ich gwałtowny zwrot kierunku marszu utwierdził tylko jego podejrzenia co do informacji , które przed chwilą uzyskał słuchając w radio o ucieczce 50 jeńców angielskich , którzy bombardowali nasze niemieckie miasta . Szybki telefon do policji informujący o tym fakcie spowodował , że policja w odległości 5 km zastawiła na uciekinierów zasadzkę  w niewielkim lasku znajdującym się tuż przy torach . Kilkunastu policjantów usadowiło się w niewielkim zagajniku sąsiadującym z nasypem kolejowym tak , aby uniemożliwić ewentualną ucieczkę .Dwaj z nich leżeli w wysokiej trawie z drugiej strony nasypu w oczekiwaniu na uciekinierów odcinając im drogę ewentualnej ucieczki. Obserwujący przez lornetkę żandarm zauważył z oddali zbliżające się dwie sylwetki idące wzdłuż torów i dał umówiony znak pozostałym , jeszcze 200,100, 50 metrów a nasi bohaterowie znajdą się w miejscu z którego już nie ma odwrotu.Nieświadomi swego zagrożenia , pewnym krokiem weszli w zastawioną na nich zasadzkę .    -Hande  hoch !  Usłyszeli z leżącego u stóp nasypu zagajniku i zauważyli wybiegających z lasku kilku żandarmów .Tadeusz idący jako drugi odwrócił się błyskawicznie i usiłował biegiem wycofać się za nasyp niestety drogę odwrotu odcięli mu dwaj inni  uzbrojeni żandarmi . Widząc ,że ze skraju lasku biegnie w ich kierunku jeszcze kilku Niemców , zaklął – cholera nie mamy szczęścia , okrążyli nas .Tymczasem do stojących z podniesionymi rękoma , podszedł dowodzący żandarmerią oficer i poprosił o dokumenty . Po pobieżnym sprawdzeniu i kilku pytaniach , na które Tadeusz udzielił mu wyczerpującej odpowiedzi ,nie przyjął ich do wiadomości , kazał podwładnym założyć im kajdanki i poprowadzić do niezbyt daleko stojącej ciężarówki. Tam  po zapakowaniu na „pakę” w towarzystwie żandarmów z obławy zostali odwiezieni na posterunek żandarmerii w Kassel . Na miejscu pierwszą rzeczą ,którą wykonał komendant to telefon do oflagu w Doessel podając rysopisy zatrzymanych .Po krótkiej rozmowie dotyczącej szczegółów ubioru uciekinierów  komendant obozu Brinkord potwierdził  fakt,że zatrzymani to prawdopodobnie Tadeusz Osiecki i Zygmunt Drzewiecki . Równocześnie poinformował ,że za pół godziny przyśle po nich samochód ze strażnikami , celem ich deportacji do oflagu .Posadzeni w areszcie „zachodzili w głowę ” co takiego zrobili ,że zostali ujęci w sposób dla nich całkowicie niezrozumiały ? Zygmunt znając dobrze Tadeusza pocieszał go , że nie ma się czym zamartwiać ,bo kara może być tylko jedna – ograniczą  im możliwość korespondencji z rodziną i otrzymywania paczek , a te 2-3 tygodnie odosobnienia przelecą szybko. -Zbyszku najgorszą rzeczą to jest  pech , który mnie prześladuje .Trzy nieudane ucieczki z Arnswalde , Murnau i teraz z Doessel ,czy też z Colditz , gdzie tuż przed ukończeniem podkopu przenieśli nas właśnie do Doessel. Nie mogę zrozumieć jednego w jaki sposób oni nas namierzyli , bo że to była zasadzka w którą wpadliśmy – to nie mam absolutnie żadnych obiekcji .Dyskurs trwał jeszcze dłuższy czas , aż do czasu przyjazdu obozowej ciężarówki z trzema strażnikami , którzy skali ich i  przewieźli do Doessel . Ciężarówka do oflagu dotarła jeszcze przed apelem wieczornym , po przeprowadzeniu zbiegów do komendanta i krótkiej rozmowie o dyscyplinarnych karach , które ich czekają od dnia jutrzejszego zostali odesłani do swoich bloków . Tutaj od kolegów dowiedzieli się co się działo po odkryciu nieobecności na apelu porannym 47 kriegsgefangenen  .Poinformowano ich ,że pierwszych 3 kolegów złapała  policja kolejowa, na dworcu w Soest . Byli to por.Czesław Sawicki , ppor.Stanisław Nowakowski i pchor. Stanisław Fiszer , którzy już w południe zostali dowiezieni do obozu . Po telefonie z Soest [ gdzieś około godziny 6] komendant obozu zarządził apel na którym stwierdzono jednoznaczny  brak 47 jeńców .  Po kilkurazowym liczeniu ,rozpętała się burza nie tylko w obozie ,  na nogi postawiony został cały aparat bezpieczeństwa lll Rzeszy . Dziesiątki patroli wyszło na drogi , przejazdy, kontrolowano dworce kolejowe i inne środki transportu .Następnego dnia rozesłano listy gończe ze szczegółowymi danymi uciekinierów . Jak daleko oddalili się od Doessel uciekinierzy świadczy opis o tym gdzie zostali złapani .Najdalej oddalonych uciekinierów  przywieziono aż z Generalnej Guberni innych z granicy Szwajcarii i Belgii. Łapano ich na dworcach ,drogach , wsiach i torach kolejowych . Wszystkich złapanych w ilości 20 przywieziono z powrotem  do obozu macierzystego i ukarano karami dyscyplinarnymi. W dniu 25 września do komendanta Brinkorda przyszedł pisemny rozkaz od płk. Diemer-Wilroda  z Urzędu Jenieckiego  Głównej Kwatery Wehrmachtu w Berlinie następującej treści : ” 1. Zbiegli polscy oficerowie , którzy zostaną ponownie schwytani , nie powracają już do obozu , lecz będą przekazani SS.   2. Obozowi nie wolno występować z wnioskiem do innych obozów , by ponownie schwytanych zbiegłych polskich oficerów doprowadzić z powrotem do obozu VI B.  3.Oficerowie , których już sprowadzono z powrotem do obozu , zostaną odesłani do SS celem przesłuchania.

Oflag VIA B Doessel część 20

0
  • O przejściach  piekła tunelu [ przez uciekinierów] posłużę się tu opowieścią Wincentego Kawalca ,który jako jeden z pierwszych pokonał  całą trasę i pomagał następnym kolegom cytuję : „Co pewien czas w otworze pojawiała się nowa , milcząca postać , oblepiona ziemią , ktoś podawał mi ręce , za które ciągnąłem z całych sił . Pamiętam ,że niektórzy byli tak zmęczeni i na pół przytomni . Wszystko to działo się w największej ciszy .Lecz już pierwsi czyścili się z ziemi , przebierali w cywilne ubrania i za chwilę jeden z nich ruszy na pokonanie ostatniej przeszkody . O kilkanaście kroków od baraku , w którym się znajdowaliśmy, ciągnął się płot z pojedynczego drutu otaczający obóz zewnętrznym pierścieniem . Tuż obok znajdowała się brama wjazdowa do obozu zewnętrznego . Obok niej przechadzał się wartownik . Aby wydostać się od wyjścia z podkop poza obóz , trzeba było przejść przez cały barak , wyjść przez drzwi na zewnątrz , przeczołgać się kilkanaście kroków do bramy i przejść pod drutami obozu zewnętrznego . Potem już były pola, a w dali …..światła Warburga”. Przeczołganie się do zewnętrznego płotu było możliwe tylko wtedy , gdy wartownik , przechadzając się na swoim odcinku tam i z powrotem, oddalał się . Dramatyzmu tej sprawie dodaje fakt ,że w czasie przygotowywania się pierwszych uciekinierów do opuszczenia baraku i czołgania się do płotu -nagle zabłysły wszystkie reflektory na wieżyczkach strażniczych .Wszyscy zamarli z przerażenia -ucieczka która kosztowała ich tyle pracy  i  wysiłku została wykryta ? Boże nie , to nie możliwe tak być nie może . To i inne pytania zadawali sobie w ciszy i ciemności , oczekując na najgorsze , co mogło im się przydarzyć …? W pewnym momencie reflektory oświetliły okna baraku , a oni padli na podłogę sądząc ,że z takim trudem wykonany podkop został wykryty  ! Cholera zaklął  ktoś po cichu wszystko na próżno zaraz puszczą serię z karabinu maszynowego i będzie ” po krzyku” ! Nagle  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki reflektory gasną znów wraca ciemność , a wraz z nią wraca nadzieja ! Ciemność i wszechogarniająca cisza to najlepsze co mogło ich spotkać , chyba nas nie wykryli szepcze ktoś do leżącego obok kolegi . Jeszcze chwila , jeszcze moment nic się nie dzieje , a więc to fałszywy alarm ! Napięcie powoli spada do poziomu normy , a puls serca , które przed chwilą waliło jak oszalałe , wraca do normy .Uff ……..Powoli, jeden za drugim podnoszą się z podłogi , a obserwator zajmuje swoje miejsce przy oknie – śledząc ruchy wartownika .Uwaga wartownik zrobił zwrot i oddala się od nas .Pierwsi dwaj wychodzić !! Dwie pierwsze sylwetki  czołgajacych się ludzi oderwały się od bryły baraku w otaczającą zbawczą ciemność i po chwili znalazły się po drugiej stronie drutów .Czekanie na wartownika w opinii uciekinierów  ”trwało wieki ”, a były to 3 może 4 minuty .Jest szepnął obserwator , zaraz zrobi zwrot tym razem puszczę was trzech – przygotować się do wyjścia …..Teraz .Trzy kolejne sylwetki rozpoczęły czołganie do ostatnich drutów oddzielających ich od upragnionej wolności .Ci pierwsi , którzy znaleźli się za drutami zostawili następnym kawałek znalezionego patyka , którym można podczas czołgania podeprzeć najniżej zwisający drut kolczasty , co w znaczący sposób ułatwiło następnym przemieszczanie się.Tymczasem dwaj pierwsi uciekinierzy , kierują się w stronę nieopodal leżącego lasku , po drodze napotykają na mały stawek , który pozwolił im zmyć z twarzy i rąk brud ziemi z podkopu .Za dobrą chwilę dołączyła do nich trójka z której dwu było nagich i ci zostawiwszy węzełki na brzegu weszli do wody myjąc się dokładnie z nagromadzonego na ich ciele błota .Po umyciu przebrali się w suchą odzież i udali się w kierunku niedalekiego Warburga , aby tam rozdzielić się na dobre .Trójka ich powędrował wzdłuż torów w kierunku Kassel pozostali dwaj udali się na stację , aby kupić bilety na kolej do miejscowości  Aachen leżące na granicy z Belgią .W rozmowach ,które toczyli czekając na przejście przez tunel , bądź na wyjście za druty zdecydowana większość uciekinierów jako kierunek ucieczki wskazywała Francję , Szwajcarię , Belgię niewielu z nich wskazywało  kraj  jako cel ucieczki . Tadeusz opuścił tunel jako jeden z ostatnich , taką rolę wyznaczył mu kpt.Wasilewski , który tym najbardziej sprawnym fizycznie wyznaczył miejsce w końcówce uciekających wiedząc , że dzięki swojej sprawności z łatwością nadrobią dystans do tych ,którzy wyszli szybciej .Z kolegą ppor.Zygmuntem Drzewieckim postanowili uciekać do Polski , a znaczną część drogi postanowili przejść pieszo . 

Doessel część 19

0

Nie sposób nie wspomnieć o incydencie, który miał miejsce w trakcie prac „wykopaliskowych ” i mógł unicestwić cały jakże precyzyjny plan ucieczki. Otóż któregoś dnia po apelu trójka jeńców wchodzących do baraku w którym rozpoczynał się podkop została nakryta przez prowadzącego obchód komendanta płk.H. Brinkorda . Błyskawiczna ucieczka z miejsca  spotkania i błędne odczytanie ich intencji pozwoliły [po pewnym czasie] na kontynuację prac podkopowych. Komendant  wydał pisemne oświadczenie  , że trójka oficerów , której niestety nie udało się zidentyfikować i  zatrzymać  starała się ukraść znajdujące się w baraku kartofle co jest rzeczą ze wszech miar naganną nie przystającą  randze oficera .Dochodzenie w tej sprawie skończyło się na szczegółowej rewizji najbliższego baraku do którego wpadła trójka uciekinierów . Po kilku dniach, gdy sprawa przycichła roboty zostały wznowione. Dzień za dniem przybliżał ich do końca prac rozpoczętych przez  Anglików . Po małych perturbacjach związanych z  potężnym głazem , który pojawił się nagle na trasie drążonego tunelu , którego w żaden sposób nie udało się usunąć, podjęto  decyzje o poszerzeniu tunelu zmieniając nieco jego kierunek . W końcu sznur pomiarowy wskazał ,że są pod fundamentem baraku w którym zaplanowano właz wyjściowy .W międzyczasie artysta grafik ppor.Edward Dodacki  [jeden z uciekinierów] zakończył prace związane z wykonaniem stosownych dokumentów ,które były wykonane tak starannie , że nie budziły żadnych podejrzeń co do ich autentyczności. Ubrania cywilne były już dawno uszyte z farbowanych koców  przez żołnierzy krawców , którzy pracowali w przy obozowych warsztatach . Pozostało tylko przebicie od dołu cienkiego fundamentu baraku i oszalowanie deseczkami z piętrowych łóżek [podtrzymujących materace] otworu wyjściowego .Po przedstawieniu kpt.Wasilewskiemu raportu z prac z zakończenia  budowy tunelu – podjęto ostateczną decyzję co do daty ucieczki. Wybrano datę  19 września  1943 r.Nikt nie wiedział ,że równolegle do ich podkopu , toczą się prace przy kopania tunelu przez drugą grupę jeńców , których podkop był w stadium znacznie mniej zaawansowanym.Pułkownik Kowalczewski dowiedziawszy się o tym podjął jedynie słuszną decyzję o połączeniu obu grup w jedną – stąd tak duża ilość [47] uciekinierów .W dniu planowanej ucieczki, uważny obserwator zauważyłby pewien stan podniecenia wśród jeńców, a w szczególności wśród tych biorących udział w ucieczce. Po apelu wieczornym wszyscy uciekinierzy zgromadzili się w budynku , który stał najbliżej baraku gdzie mieściło się wejście do tunelu ucieczkowego. Przemieszczanie się grupy 47 osób trwało dobrą godzinę , a odbywało się pojedynczo lub po dwu , góra trzech pod nadzorem kolegów  obserwujących zachowanie niemieckich strażników .Wokół baraku rosła mała plantacja słoneczników , która ułatwiała ukrycie się uciekinierów , którzy wchodzili do baraku przez otwarte okienko w piwnicy . Po zgromadzeniu się wszystkich uciekinierów zaczęto przygotowywać się do wejścia do tunelu . Zaczęli się rozbierać jedni do spodenek inni do „rosołu „bo wiadomo było ,że po przeczołganiu 45 metrów tunelu człowiek jest tak upaprany wilgotną ziemią , że wygląda jak nieziemski stwór .Wcześniej zgromadzone bagaże ,zostały w dniu poprzedzającym ucieczkę za pomocą sznura przeciągnięte do baraku znajdującego się za podwójnym rzędem drutów w t.zw. obozie zewnętrznym .Dla ich szybszego zidentyfikowania były wyposażone w odpowiednie znaczniki zrobione ze sklejki w postaci trójkątów,kwadratów  , kółek ,prostokątów z odpowiednią ilością karbów , aby łatwo było w ciemności móc zidentyfikować swój bagaż . Zdjętą odzież związano w węzełek , przywiązywano  sznurkiem do tylnej nogi ,lub czołgając się popychano przed sobą . Jednym z pierwszych ,który przeczołgał się na tamtą stronę był ppor.Wincenty Kawalec , którego zadaniem była pomoc w wyciąganiu kolejnych uciekinierów z podkopu jak również po zakończeniu- stosowne maskowanie miejsca ich wyjścia .Czas na przemieszczenie się tego odcinka podkopu wynosił średnio 15 minut , ale w trakcie trwania czołgania zdarzył się wypadek zasłabnięcia [ na skutek niedotlenienia ] jednego z uciekinierów , którego trzeba było wyciągać za nogi z powrotem do włazu . Kpt.Wasilewski zorientował się , że przyczyną takiego stanu rzeczy była zbyt dużo ilość uciekinierów w tunelu i niewydolność systemu wentylacyjnego .Postanowił wpuszczać do tunelu uciekających w większych odstępach czasowych , co przedłużyło znacznie czas przemieszczania , ale już do końca obyło się bez incydentów .Nawet omdlały doszedłszy do siebie zdołał przeczołgać się na tamtą stronę .Pozwolę tu sobie dać opis drogi przez mękę , którą musiał przejść każdy z uciekinierów :Po dostaniu się do baraku przez okienko piwniczne dostałem się do całkowicie ciemnego pomieszczenia , gdzie jakieś wyciągnięte ręce chwyciły mnie za kark i cichy szept poinformował mnie abym udał się za nim .Po przejściu po omacku kilku kroków kazano mi pochylić głowę i z przymocowanym do kostki zawiniątkiem z ubraniem wczołgać się do tunelu .Wszechogarniająca ciemność i bardzo wąski tunel ucieczkowy sprawiały niesamowite wrażenie .Oprócz ciasnoty i ciemności dochodził czynnik podniecenia związany z dostarczaniem organizmowi dodatkowych dawek adrenaliny .Już po przeczołganiu kilku metrów organizm zaczął się pocić ,tak z powodu ograniczonych ruchów rąk w ciasnym tunelu jak również z powodu zaduchu spowodowanego dużą ilością ludzi w tunelu , a także brakiem świeżego powietrza spowodowanego słabą wydajnością miecha nadmuchowego. Droga do wyjścia dłużyła się niesamowicie , pot spływający z czoła zalewał oczy , próby jego wytarcia powodowały , że błoto dostawało się do oczu co powodowało ich  zabrudzenie i straszliwe pieczenie .W połowie drogi docieram do głazu , który muszę ominąć , czuję większe nagromadzenie wilgoci ziemia staje się bardziej błotnista i coraz trudniej przemieszczać się w takiej brei .Na dodatek zbyt długi sznurek z odzieżą zaczepił się przy omijaniu kamienia nie wiem za co bo nic nie widać .Boję się szarpnąć mocno ,bo co się stanie jak sznur puści . Pozostanę nagi- jak w takich warunkach uciekać . Jedyna myśl , która wpadła mi do głowy to poczekać na następnego kolegę , który wyzwoli mnie z tej opresji .Po chwili słyszę sapanie następnego uciekiniera i proszę go o uwolnienie z opresji w której się znalazłem . Prośba spełniona czołgamy się dalej  i czuję powiew świeżego powietrza , a więc to już niedaleko .Mobilizując resztki sił doczołguje się do studzienki gdzie mieści się wyjście i tu koledzy wyciągają mnie za oślizgłe oblepione gliną ręce . Koniec gehenny , potwornie zmęczony, spocony i brudny siadam pod ścianą pomieszczenia , aby dojść do siebie . Serce pracuje na najwyższych obrotach jakby chciało wyskoczyć z piersi wspomagane dodatkowymi dawkami adrenaliny . Powoli się uspokajam , rytm serca wraca do normy , spodenkami wycieram z „grubsza”nagromadzone na ciele błoto i czekam w kolejce na ostatnie czołganie się tym razem za ostatnie druty , otwierające – drogę ku wolności .

Oflag VIA B Doessel część 18

0

 -Panie poruczniku Osiecki wiemy ,że nie miał pan dotychczas szczęścia w trzech podejmowanych próbach ucieczek . Chcę panu przedstawić propozycję wzięcia udziału w kolejnej próbie ucieczki [oby szczęśliwej dla pana], którą z kolegami organizujemy . Jeśli pan wyrazi zgodę to nie będziemy musieli odbierać od pana przysięgi o zachowaniu tego faktu  w tajemnicy.                                                                                                                                                            -Panie pułkowniku nie powinien pan mieć  jakichkolwiek wątpliwości w tej materii -odpowiedź może być tylko jedna – TAK !                                                                                                                          -W związku z pana jasną deklaracją , przejdę do szczegółów . Otóż od dłuższego czasu kopiemy tunel podziemny prowadzący poza druty obozu. Tunel jest w stadium daleko zaawansowanych prac . Przewidujemy [jeśli nic nie popsuje naszych planów ] ukończenie budowy w ciągu dwu , góra trzech tygodni . Ze szczegółami zapozna pana kpt.W. Wasilewski , główny koordynator prac podkopowych .                                                                                                                                                 – Panie pułkowniku bardzo dziękuję  za propozycję ,  mam też taką nadzieje ,że tym razem mi się uda . Mam też doświadczenie w prowadzeniu podkopów , a zacząć uczestniczyć w pracach mogę już od dzisiaj .                                                                                                                                  - Koledzy zaprowadzą pana do kpt. Wasilewskiego , przed rozmową z nim proszę powołać się na rozmowę ze mną .Od niego dowie się pan o szczegółach planu ucieczki i wprowadzi pana w cykl prac związanych z drążeniem tunelu . Jakie jest pana zdanie o kolegach , którzy wraz panem brali udział w ucieczkach -bo i im chciałbym złożyć taką propozycję .                                         -Gwarantuje za wszystkich, znam ich bardzo dobrze , ze wszystkimi pracowałem przy podkopie w Colditz .                                                                                                                                          Wizyta u kpt.Wasilewskiego przebiegła w bardzo przyjaznej atmosferze .Ze względu na warunki pogodowe rozmowy toczyły się w kaplicy obozowej . Klęcząc obok ołtarza kapitan Wasilewski zapoznawał Tadeusza ze szczegółami związanymi z planem podkopu.   Przypadkowo odwiedzający kaplicę widziałby dwu uduchowionych oficerów pogrążonych w modlitwie ściszonym głosem powtarzających pacierze .                                                                                                -Panie poruczniku przedstawię panu krótko plan tunelu , którym zamierzamy wydostać się za druty .Wejście do tunelu mieści się w magazynie służącym do przechowywania węgla i kartofli ,  znajduje się w obozie wewnętrznym . Wyjście z tunelu planujemy w drewnianym  baraku leżącym za dwoma rzędami drutów , gdzie przechowuje się buraki i ziemniaki  w strefie trzeciego ogrodzenia z drutów nie będącego już pod napięciem t.zw. ogrodzenia zewnętrznego . Podkop będzie miał wyjście w dwu niewielkich pomieszczeniach drewnianego baraku znajdującego się  w niewielkiej odległości od drutów zewnętrznych .Wejście do pomieszczenia służącego jako magazyn opału i kartofli odbywa się poprzez drzwi otwierane dorobionym w warsztacie obozowym kluczem .Otwór wejścia do podkopu zamaskowany jest ścianką z drewna do której przyklejone są dwu centymetrowej grubości lica cegieł ,co wygląda jak autentyczny mur .Szpary pomiędzy pokrywą wejściową ,a murem zawsze są zalepiane stosowną zaprawą w kolorze autentycznych fug znajdujących się pomiędzy cegłami .Niemcy myszkujący i poszukujący tunelów  ucieczkowych nie wpadli na pomysł ,że wejście do podkopu może być także w ścianie budynków , a nie jak dotychczas w podłodze .Prace odbywają się zawsze po apelu , a prowadzone są przez dwie osoby , które współpracując kopią i wyciągają z wykopu ziemię w wykonanych z materiału stosownych woreczkach . Wentylacja kanału odbywa się przy pomocy miechu zrobionego z deszczułek i skóry z teczki , a przewód wentylacyjny w postaci długiej rury z worków zaimpregnowanych tłuszczem zmieszanym z lepikiem . Narzędzia do kopania to łopata saperka i stary bagnet. W początkowej fazie nożyczki , którymi wydłubywano wapno z pomiędzy cegieł . Praca kopacza polega na drążeniu podkopu [przyświecając sobie lampką] i ładowaniu urobku do woreczków , które przywiązane  do linki zostają wyciągane  do komory , w której przebywa osoba poruszająca miech i rozładowująca urobek . W trakcie pracy następują zmiany pomiędzy kopaczem , a wentylującym.Praca „kreta” jest znacznie cięższa ze względu na niewygodną pozycję , którą należy przyjąć podczas kopania.Wymiary tunelu ucieczkowego to 40 / 40 cm tylko miejscami 50/50  wyobraźmy sobie jak trudno pracować w pozycji leżącej kując w twardej zbitej ziemi, którą należy jeszcze załadować do woreczków , a wszystko to przy świetle lampki karbidowej . W związku z tym zmiany lokalizacji odbywały się dosyć często średnio co pół godziny , a po zakończeniu prac „kreci” byli tak zmęczeni , że po wyjściu z tunelu słaniali się na nogach .Dlatego do tych ciężkich prac kpt.Wasilewski wyznaczał najmłodszych i najsilniejszych oficerów , którzy mogli podołać temu zadaniu .

COLDITZ .Część 16

0

,Motto:” Ucieczka jest dobrym prawem jeńca .Wy jesteście po to , żeby uciekać , a my po to , żeby was pilnować ”                                                                                                                                   komendant oflagu IID Gross-Born płk.Loebbecke .                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  Oflag IV C  Colditz to jak pisałem obóz ” specjalnej troski ” , do którego kierowano jeńców biorących udział w przygotowaniu ucieczek, podżeganiu do nich, udzielaniu pomocy ,  brania w nich udziału ,  czy bliżej nie określonych poniesionych karach dyscyplinarnych . Niewielkie saksońskie  miasteczko Colditz leżące pomiędzy Lipskiem a Dreznem zdecydowanie bliżej Lipska z XVII wiecznym renesansowym zamczyskiem , położonym na niewielkim wzgórzu z urwistym klifem  spadającym do rzeki Muldy. Malownicze położenie zamczyska ni jak się ma do reżimu w nim panującego. Załoga to 70 osób pod dowództwem ober komendanta  Maxa Schmidta , „gości „w swoich murach towarzystwo międzynarodowe . Oprócz Polaków , byli tam więzieni Brytyjczycy , Francuzi , Holendrzy , Belgowie. Niektórzy piszący doliczyli się 17 narodowości z różnych  krajów  . Z prominentnych osób był tam bratanek  Winstona Churchila niejaki Giles Romilli  ,  kuzyn rodziny królewskiej , wielu generałów w tym gen.dyw.Tadeusz Piskor i kontradmirał  Józef Unrug .Tak duża załoga strażników  i przyjęte reżimy miały na celu zapobiec wszelkim próbom ucieczek z zamku- twierdzy. Niemcy nie przewidzieli jednak olbrzymiej determinacji i pomysłowości leżącej w ludzkiej naturze , szczególnie wśród patriotycznej kadry oficerskiej . Wśród różnych narodowości powstał t.zw. „Uniwersytet Zbiega” , którego nadrzędnym celem była pomoc w organizowaniu ucieczek . Ilość podejmowanych prób ucieczek doszła do fantastycznej liczby prawie 300- w tym kilku udanych . Na wolność wydostało się 31 osób , 16 z samego zamku i 15 z poza murów obozu w czasie wizyty u dentysty, spacerów poza murami twierdzy, pobytu w szpitalu lub w czasie drogi do lub od lekarza . Wśród typów ucieczek , były propozycje tak oryginalne  jak n.p. zbudowanie szybowca , który miał za zadanie przelot dwu jeńców nad murami zamku , poprzez różnego  rodzaju przebrania i ukrywania się w różnych miejscach , aby tylko móc przedostać się za mury zamku.  W wyniku szeregu rozmów rozpoczętych pomiędzy oficerami, doszło jednomyślnie do podjęcia decyzji odnośnie kopania tunelu , który w historii ucieczek będzie nosił nazwę „polski podkop”. Początek  zaczyna się w salce , gdzie zamieszkują polscy jeńcy , a konkretnie pod łóżkiem jednego z nich . Jeńcy  studiujący szczegółowy plan rozmieszczenia i przebiegu kanałów ściekowych doszli do wniosku ,że jedna ze studzienek ściekowych musi mieścić się w sali , gdzie mieszkają Polacy . Po oderwaniu kilku desek w podłodze , znaleźli klapę zabezpieczającą  wejścia do starego lochu. Po przejściu kilku metrów łączył się z używanym  kanałem ściekowym , jego ścianki pokryte były tak grubą warstwą potwornie śmierdzących nieczystości , że nawet kilkuminutowy pobyt doprowadzał ich  do zawrotów głowy i omdlenia .W związku z powyższym pierwszą rzeczą , którą należało podjąć to czyszczenie ścianek kanału z nagromadzonego tam szlamu powstałego z rozkładających się resztek fekalii i produktów spożywczych .Do tego celu użyto wpuszczonych do kanału sanek , a właściwie  ich płóz którymi zdrapywano tą breje ze ścian kanału i wynoszono na zewnątrz .Możemy sobie tylko wyobrazić co czuli wykonujący tę pracę jeńcy . Potworny smród i zaduch powodował częste omdlenia czyszczących .Przykładem jest tu por. Kempa jeden z bohaterów ucieczki z obozu w Murnau  którego omdlałego  [ratując mu życie ] wyciągał  z kanału p.por Józef Tucki . To wszystko , „urozmaicały” biegające po kanale ściekowym watahy spasionych szczurów , które na szczęście nie wykazywały żadnych oznak agresji w stosunku do ludzi. Prace dwójki  ”oczyszczaczy ” posuwały się w tempie napewno nie przynoszącym im chluby , ale materia z jaką im przyszło mierzyć się była delikatnie mówiąc wyjątkowo ohydna. Prace  wykonywano  przy świetle kaganków , zrobionych z przydziałowego  niemieckiego „tłuszczu” – rozpoczynały się codziennie  [po apelu]  w godzinach wieczornych .Następnie maszerowali na czworakach przez kanał z zachowaniem szczególnej ostrożności , aby uniknąć hałasu szczególnie łatwo rozchodzącego się w czasie nocnej ciszy.Po zbliżeniu się do jego końca rozpoczynano drążenie tunelu w wyjątkowo niewygodnej pozycji z wysuniętymi do przodu rękoma .Do drążenia służyły łyżki , kawałki metalu w tym łyżka do zakładania opon samochodowych  ”zwędzona ” niemieckiemu szoferowi .Ziemię z urobku ładowano do woreczków i podawano do tyłu , którą rozsypywano w szerokim kanale użytkowanym . Całonocne praca dawała efekty w postaci wydłużającego się z każdym dniem podkopu . Kopacze po każdej zmianie byli tak zmęczeni , że po opuszczeniu miejsca pracy ledwie trzymali się na nogach .W końcu udało im się dotrzeć  do rury kamionkowej , której koniec ginął  w ściance kanału. Zdawało im się ,że to już tylko mały krok ku wolności ,przebić tylko kolejną ściankę i wrota ku wolności stoją otworem – tak im się zdawało .Czas jednak nie pracował na ich rachunek ,  pojawiły się pogłoski , że Sonder- Oflag IV C Colditz zostanie w najbliższym czasie zlikwidowany , a jeńcy przeniesieni do innego oflagu. Jeńcy dowiedzieli się też o ich  planowanej przeprowadzce .W pierwszej kolejności mieli być przeniesieni Holendrzy w kolejności Francuzi , a Polacy na końcu.W grę wchodziły trzy obozy Lubece , Woldenberg i Doessel .Na taką wiadomość Polacy zintensyfikowali prace w tunelu .Do prac zamiast dwu osób zatrudnili 6 najlepszych kopaczy .Niestety pomimo tak znacznej intensyfikacji prac zabrakło tygodnia żeby wykruszyć dwa ostatnie głazy w fundamentach zamku umożliwiające im wyjście na wolność. Pech , który towarzyszył Tadeuszowi w Arnswalde dopadł go i w Colditz  krzyżując plan ucieczki . Następnego dnia dostają rozkaz pakowania się i wyjazdu.Pierwsza grupa Polaków jedzie do Lubeki , a na jej miejsce przyjeżdżają Anglicy , którym Polacy przekazują z takim trudem wykopany tunel ucieczkowy . Anglicy w ramach rekompensaty , przekazują im plany nieukończonego podkopu w Doessel , do ukończenia którego potrzeba jeszcze dwa góra trzy tygodnie .Druga grupa Polaków wyjeżdża do Woldenbergu , a ta trzecia „szczęśliwców”,  wyjeżdża do upragnionego Doessel . Plany podkopu w Doessel zostają przekazane przez kpt. Dicka Howa Polakowi ppłk. Kowalczewskiemu ., który z ostatnią grupą w towarzystwie strażników odjeżdżają do Doessel .

Spowiedź powszechna ….?

0

Jadę żoną do Słupska celem załatwienia spraw związanych z dofinansowaniem jej aparatu [pod] słuchowego . Wizyty w szpitalu , N.F.Z.  i firmie testującej aparaty zabierają trochę czasu , bo wszystkie te instytucje znajdują się w różnych częściach miasta , a ich odwiedziny też są ograniczone konkretnymi przedziałami czasowymi. Po załatwieniu wszystkich spraw udajemy się do naszej wspólnej przyjaciółki Danusi na proszony obiad w którym również będzie brał udział nasz przyjaciel wyznawca ”Religii Smoleńskiej”, który jako jedyny mimo różnicy poglądów politycznych nie odrzucił naszej przyjaźni [chwała mu za to ].Obiad skromny , ale smaczny wprowadził nas w miły nastrój na tyle , że zaczynamy opowiadać kawały i rozmowa miło toczy się w tym wesołym towarzystwie  .W trakcie tych pogaduszek kolega ” Pisior „opowiada nam historię jaka przydarzyła mu się w jednym ze słupskich kościołów cytuje : Była niedziela , jak zwykle idę do kościoła z myślą , że zaliczę również spowiedź powszechną . Wchodzę  do kościoła przed czasem i widzę nad  konfesjonałem palące się światełko świadczące o obecności kapłana prowadzącego spowiedź. Ucieszyłem się bardzo bo przed konfesjonałem nie zauważyłem żadnej innej osoby – pomyślałem mam szczęście, że nie ma kolejki. Uklękłem mówiąc stosowne regułki  związane z rozpoczęciem spowiedzi , a potem zacząłem wymieniać grzechy , które mi przyszły do głowy . Po zakończeniu spowiedzi już więcej grzechów nie pamiętam i proszę Cię ojcze duchowny o rozgrzeszenie. Nie słysząc zadanej pokuty poprosiłem raz jeszcze sądząc , że kapłan nie usłyszał mojego żalu za grzechy .Odpowiedzią była tylko wszechogarniająca cisza . Podniosłem opuszczoną podczas spowiedzi głowę i zajrzałem w głąb konfesjonału  i  co zobaczyłem …? Puste siedzisko . Duchownego ani śladu -czyżby wyparował .Taka ewentualność nie wchodziła w rachubę  -cudowna transformacja ciała też mało prawdopodobna [ choć nie wykluczona ].Konsternacja i zdziwienie zamieniło się w wszechogarniające uczucie rozweselenia. Spowiadałem się do pustego konfesjonału, a palącą się lampkę zostawił przypadkowo ksiądz , który kilkanaście minut temu tu siedział , a wychodząc zapomniał ją zgasić .Podczas kolędowania rozmawiałem z kapłanem z mojej parafii o tej  historii związanej z tą wyjątkowo oryginalną  spowiedzią i uśmialiśmy się serdecznie .Widzisz kolego, gdybyś był prezbiterianinem -wyznawcą Szkockiego Kościoła Katolickiego to Twoja spowiedź byłaby uznana za ważną .Bo tam każdy z wierzących wyznaje swoje grzechy przed Bogiem , a nie jego urzędnikiem .

Oflag VI B Dossel. Cześć 17

0

Biuro komendanta oflagu VIB  Dossel  Heinricha Brinkorda , jak na standardy wojenne było elegancko wyposażone .Oczywiście głównym meblem było szerokie dębowe biurko z wygodnym skórzanym fotelem .Wzdłuż ściany stał potężny regał z półkami zawierający wszystkie teczki  ”aktualnych pensjonariuszy ” – jak miał mawiać pułkownik będąc w dobrym humorze . Na ścianie przeciwnej w pozłacanych ramkach wisiał portret Adolfa Hitlera . Po lewej stronie biurka stał solidny stół z dwoma krzesłami , które zajmowali niemiecki sekretarz komendanta lejtnant Horst Wessel i polski tłumacz ppor. A. Żabiński  żołnierz XX Dywizji Piechoty , a prywatnie nauczyciel języka niemieckiego w jednej z warszawskich szkół. Szum na korytarzu kancelarii mógł wskazywać tylko jedno , że przyjechał zapowiedziany stosownym pismem transport jeńców z obozu IV C Colditz. Pukanie do drzwi , w których staje niemiecki oficer dyżurny meldując :      -Herr  komendant ! Lejtnant Wessel melduren Polen offizieren wir oflag Colditz.   – Danke..!                                                                                                                                                -Wprowadzić jeńca wydał krótką komendę .Pierwszy oficer z grupy wszedł do kancelarii. Nazwisko i imię -polecenie przekazał polski tłumacz .                                    -Podporucznik Tadeusz Osiecki nr.jeniecki 1653.                                                                     – Urodzony ..?  Wylazłowo pow.Mława – pada odpowiedź .                                               – Gdzie jest to Wylazłowo [ kalecząc nazwę zapytał ].                                                             –  W Polsce panie komendancie, w Polsce .                                                                                - Przecież nie ma takiego kraju w Europie .                                                                              - Ale był i jest nadal w naszych  sercach . Komendant podniósł wzrok znad leżącego przed nim wykazu jeńców i ich teczek personalnych i zobaczył 32 letniego wysportowanego mężczyznę o blond lekko falowanych włosach oczy niebieskie, no typowy aryjski typ urody -pomyślał .                                                                                        -Co on powiedział [pytanie do tłumacza] ..?                                                                             – Powiedział ,że w tej kwestii zgadza się z panem komendantem [skłamał  tłumacz nie chcąc narazić Tadeusza na ewentualne reperkusje ze strony Brinkorda ] .             – Gdzie pan służył poruczniku w czasie wojny .?                                                                    - W 32 pułku piechoty , walczyłem w obronie twierdzy Modlin.                                       – O panie podporucznik , ale pan ma bardzo bogatą kartotekę .Oflag II B Arnswalde, oflag VII A Murnau ,oflag IV C Colditz nie licząc KL Soldau [Działdowo]. To pana w końcu złapano przy kopaniu tunelu ucieczkowego w Murnau…?                                                                                                                                                -Zgadza się panie komendancie .                                                                                                   – Przestrzegam i informuję  , stąd nie uda się panu uciec poruczniku .!                          -A to się jeszcze okaże [ szepnął pod nosem ].                                                                           Krótka reprymenda udzielona Tadeuszowi ,dotyczyła właśnie tych ucieczek i kar z nimi związanych .                                                                                                                                 – Ostrzegam  jeszcze raz , że w żadnym przypadku nie będę tolerował faktów łamania regulaminu obozowego .Kary będą surowe , myślę  że pan  poruczniku weźmie sobie tę przestrogę głęboko do serca i zastosuje się do tego co tu powiedziałem ppor. Osiecki . Skinieniem ręki [potwierdził koniec rozmowy]. Może pan odejść . Prosić następnego .Patrząc na akta [kieruje uwagę do sekretarza ] zakwaterować go w baraku  27/4.                                                                         -Tak jest panie komendancie .                                                                                                      Przyjęcie Tadeusza w baraku przez kolegów ,było bardzo uroczyste . Jeden z jeńców w imieniu wszystkich kolegów przywitał go serdecznie i przekazał mu ,że czują się zaszczyceni obecnością w ich gronie kolegi z tak piękną kartą oficera , który nie zapomniał o podstawowym obowiązku żołnierza Rzeczypospolitej . Sława uciekiniera już nawet tu dotarła . Po tak przyjemnym powitaniu , przydzielono  mu najlepsze łóżko [na parterze piętrowego składu] w narożniku sali w pobliżu okna i poproszono na skromne przyjęcie wydane na jego cześć. Zaimprowizowany szwedzki stół zawierał wszystkie łakocie i smakołyki przysyłane  w paczkach od rodziny i szwedzkiego „Czerwonego Krzyża „. Co tam nie było – czekolady, papierosy, kawa a nawet dobre piwo bawarskie. Następnego dnia , jeden  z kolegów , poprosił go do ppłk.Bronisława Kowalczewskiego  .               -Panie pułkowniku ppor .Osiecki melduje się na rozkaz.                                                     -Witam poruczniku , ale proszę bez tej etykiety wojskowej .Wszyscy jesteśmy teraz jeńcami wojennymi i nie musimy być tacy oficjalni. Zapraszam pana na spacer po terenie oflagu , tam sobie pogadamy. W trakcie przechadzki płk. przedstawił mu propozycję wzięcia udziału w zaawansowanych pracach związanych z budową tunelu ucieczkowego . Będąc jeszcze w Colditz dostałem od Anglika kpt. Dicka Howa informację , że będący tam Kanadyjczycy przeniesieni do innego oflagu wykopali tunel ucieczkowy , którego plany przekazali mnie .

Jakże prowokacyjny tytuł – ktoś powie , a gdzie pana patriotyzm ,że chcę pan opuszczać Ojczyznę w chwili walki dwu narodów  z których jeden ma władzę , Sejm , Senat , Prezydenta , Trybunał Konstytucyjny , Policję i Wojsko, a drugi nie ma  nic . Za nimi tylko twardo stoi nieposkromiony jeszcze  rozum milionów Polaków .Na naszych oczach toczy się bezwzględna wojna   Głupoty z Rozumem ,w którym rozum raz za razem przegrywa toczące się potyczki przed ostateczną Wielką Bitwą Narodów  . Państwo szczycące się najstarszą w Europie konstytucją 3 maja staje się państwem autorytarnym , rządzonym przez małego człowieczka z żoliborskiej willi , opętanego wizją władzy absolutnej. Człowieka , który jest tylko posłem i prezesem partii rządzącej , a de facto jest nieformalnym naczelnikiem państwa . Człowiek , który podporządkował sobie olbrzymią część społeczeństwa, przekupując ich sumą 500+ oraz  mirażem zemsty za krzywdy ,których jakoby  doznali od poprzednio rządzącej ekipy. My „patrioci”i uczciwi ludzie zrobimy wszystko lepiej niż ci złodzieje i komuchy. Na najwyższych stanowiskach w państwie postawił miernoty, które  już zmieniły większość demokratycznych praw dotychczas obowiązujących . W niedługim czasie podporządkuje sobie sądownictwo i to będzie koniec polskiej demokracji ! Wizja nowej Polski to lustrzane odbicie łukaszenkowskiej Białorusi , gdzie lokalny satrapa będzie nią rządził do końca dni swoich , a może i dłużej pozostawiając  na „swoim tronie ” wnuczka Aleksa. W przypadku naszego”wielkiego człowieka”ewentualność pozostawienia swego następcy nie wchodzi w rachubę z przyczyn wiadomych .Wszystko  wskazuje na to , że Polska w białoruskim wydaniu zbliża się nieuchronnie , a  bezpośrednim dowodem tego jest zapowiedź zmiany ordynacji wyborczej i głęboko idące  zmiany  w  sądownictwie. Następnie ograniczy się wydawanie paszportów , które będą wydawane tylko po uprzednim przedstawieniu stosownego zaświadczenia od proboszcza lokalnej parafii , lub gminnego sekretarza PiS. W przypadku  negatywnej opinii przez wymienione służby , będzie istnieć możliwość odwoływania się do „niezależnych  Sądów „.  Proces psucia państwa z każdym tygodniem nabiera tempa i już niedługo obudzimy się w jakże krańcowo różnej rzeczywistości . Historia lubi się powtarzać , ale nikt w najśmielszych wizjach nie przewidziałby tego ,że demokratyczny kraj może zrobić zwrot  o 180 stopni i wrócić do czasów bolszewickich . Wszystko na to wskazuje , że dążenie małego człowieka o jakże rozdętym ego , w którym  jego zwolennicy widzą Zbawcę Polski już w tym roku zostanie zrealizowane. Następnym krokiem będzie przejęcie władzy nad telewizja prywatną , której zabieże się licencję na nadawanie. W kolejności będzie prasa i podręczniki do nauki historii . Zbuduje się setki pomników L.Kaczyńskiego , a w każdej  szkole czy urzędzie państwowym   będą wisieć portrety Wodza Naczelnego  jedynie słusznej partii  PiS.  Podczas uroczystości państwowych będziemy sławić  [wierszami ] i pieśniami patriotycznymi  dojście do władzy Jarosława Rajmundowicza zbawcy Polski. Skąd ja to znam …? Przez 13 lat żyłem w kraju  rządzonym przez  stalinowskich siepaczy i stąd tak dobra znajomość tych czasów , które nieodparcie zaczynają się realizować w naszej szarej  rzeczywistości . Do pełnego przyjęcia bolszewickiego systemu potrzebna jest nam już tylko policja polityczna , ale i to się da łatwo załatwić – mając taką władzę . Parafrazując  leninowskie hasło : „Cała władza w ręce Rad ” wystarczy zamienić Rady na partia PiS  i hasło jest nadal jakże aktualne. Patrzymy na to porażeni postępem w rozkładzie demokratycznych procedur państwa , które zmienia się na naszych oczach w carstwo pod wodzą imperatora Wszechpolski  Jarosława Rajmundowicza I.

 

 

Pierwsza ucieczka z oflagu IIB Arnswalde. część 12

0

Po tej  kwietniowej pechowej próbie ucieczki , zapanowała wśród uciekinierów chwila przygnębienia . Tuż  przed jej realizacją tyle mozolnej pracy poszło na marne .  Okres przygnębienia trwał jednak krótko , bo już w maju 40r.   w głowach uciekinierów powstała nowa wizja realizacji ucieczki tym razem bez żadnych podkopów . Nikt już nie powie , kto wpadł na ten pomysł. Być może , był to pomysł zbiorowy  powstały w wyniku  ” burzy mózgów ” , na jednym z kolejnych zebrań uciekinierów . Pomysł polegał na przedostaniu się do kanału centralnego ogrzewania , którego wyjście było w nieukończonym budynku poza drutami obozu .  Tym razem na głównego organizatora ucieczki  wybrano rotmistrza Łukaszewicza , który miał za zadanie koordynowanie wszelkich działań związanych z przedsięwzięciem . Zabezpieczeniem wejścia do studzienki kontrolnej  była metalowa klapa zamykana na kłódkę ze specjalnym skoblem. Odległość od drutów zewnętrznych wynosiła około 6 m. Wszystko byłoby proste , ale jak nie budząc podejrzeń dostać się do klapy , która leży na terenie otwartego placyku..? Tadeusz zapalony brydżysta wpadł na pomysł , by zorganizować turniej na świeżym powietrzu . Stolik przykryty długim  zielonym kocem będzie stał nad klapą włazu do kanału centralnego ogrzewania i maskował prace związane z piłowaniem skobla kłódki .Zadaniem towarzystwa zgromadzonego wokół stołu było pilnowanie , by nikt niepowołany nie zbliżał się do stolika , oraz głośnym komentowaniem zagłuszać dźwięk piłowania skobla kłódki [co trwało niezbyt długo ]. Po sforsowaniu kłódki por. Szymański dostał się do kanału i powędrował w głąb. Po przejściu 10-11 metrów zatrzymał się przed grubą kratą zamykającą wyjście  już za drutami obozu . Kolejne dni to prace związane z piłowaniem kraty. Dzięki  częstym zmianom prace nie trwały długo. 10 maja wszystko było gotowe .Kraty przepiłowane na samym dole i na bokach , oraz podpiłowane na górze jednym kopnięciem mogły być wyważone , a tuż za nimi już tylko wolność . Ucieczkę wyznaczono na 13 maja , tuż po apelu 21 jeńców wślizgnęło się do studzienki i przemieściło się w kierunku wyjścia. Trzech będących najbliżej , leżąc nogami wyważyli podpiłowane kraty i weszli do niewykończonego budynku . Po wyjściu całej grupy zaczekali , aż ściemni się na tyle , żeby bez zwrócenia uwagi siedzących na wieżyczkach wartowników  można  było bez problemu opuścić budynek. Ciemność  od czasu  do czasu rozświetlana była snopem światła z znajdujących się na wieżyczkach strażniczych reflektorów . Uciekinierzy czekali z niecierpliwością na kolejne oświetlenie przedpola , zdając sobie sprawę , że potem nastąpi długa przerwa z której trzeba skorzystać ,aby w spokoju oddalić się od obozowych drutów . Opuszczanie budynku przez 21 uciekinierów trwało dosyć długo ,ostatni opuścili go około godziny 24. Tadeusz  z kolegą trenującym biegi opuścili miejsce tymczasowego pobytu jako jedni z ostatnich . Szybko nadrobili utracony dystans do tych wychodzących znacznie wcześniej .Mieli dużo szczęścia bo  niewielka pokrywa chmur na niebie umożliwiła wzejście księżyca , który akurat znajdował się w pełni. Plan ich przewidywał jak najdalsze oddalenie się od oflagu Arnswalde i przeczekanie dnia w ukryciu w jakimś stogu lub lasku , aby w nocy kontynuować wędrówkę w kierunku Polski . Kierując się mapą wyrysowaną na kawałku chusteczki do nosa, postanowili poruszać się wzdłuż nasypów kolejowych omijając szerokim łukiem znajdujące się na nim stacje .Zdawali sobie sprawę , że wszystkie dworce na ich trasie ucieczki są szczególnie kontrolowane przez żandarmerie . Kierunek ucieczki  wyrysowany na ich mapkach to Wałcz, Piła ,Bydgoszcz, Toruń ,Płock .Pierwszego dnia , a właściwie nocy przebyli około 30 km biegnąc i maszerując . Świt zmusił ich do rozglądania się za miejscem ewentualnego noclegu . Znaleźli go w samotnie stojącej szopie z sianem na dużej sródleśnej polanie , w pobliżu nasypu kolejowego .Pełni wrażeń , po zjedzeniu sucharów ze smalcem  przez dłuższy czas nie mogli zasnąć prowadząc ciche rozmowy zakopani w resztkach ubiegłorocznego siana .W końcu zmęczeni tak długim marszem i biegiem zasnęli snem kamiennym budząc się późnym popołudniem . Po wybudzeniu i zregenerowaniu sił , w czym  pomógł im kolejny posiłek ruszyli w dalszą drogę .Tym razem szli skrajem lasu wzdłuż którego biegł  nasyp z torami , popijając wodę  z mijanych strumyków . W końcu las zamienił się w łąki i pola. Na widnokręgu zauważyli łunę , charakterystyczną dla miasta . Odtwarzali z pamięci mapę okolicy i doszli do wniosku , że to musi być Deutsch Krone  [Wałcz].Miasto ominęli łukiem przechodząc obok leżących w sąsiedztwie dwóch dużych jezior .Przed nimi długi  odcinek  pozbawiony pokrywy leśnej , więc znacznie trudniejszy do przebycia . Pogoda jednak im sprzyjała . Noc znów okazała się księżycową co w sposób znaczący ułatwiło im poruszanie . Biegiem i marszem przebyli jakieś 20km , kiedy to w okolicy miasta Schneidemuhle  [Piły ] natrafili znowu na rozległy kompleks leśny . Po wyminięciu miasta idąc wzdłuż nasypu kierującego się w stronę  już polskiej Bydgoszczy natrafili na stojącą na skraju lasu „ambonę myśliwską ” gdzie [ po wspięciu się po drabince]  spędzili kolejną noc . Noc była dość chłodna , dlatego przytuleni do siebie okryci kocem trochę drzemiąc , częściej jednak trzęsąc  się z zimna przetrwali do świtu . Po posiłku  doszli do siebie podejmując kolejny bieg. Chcieli się rozgrzać i znaleźć miejsce w którym mogliby naprawdę się wyspać. Po kilkunastu kilometrach , kiedy już słońce było dosyć wysoko i  temperatura wzrosła postanowili się przespać na nieskoszonej łące , gdzie ostała się jeszcze niepełna kopka ubiegłorocznego siana . Po rozłożeniu się i przykryciu , otumanieni zapachem kumaryny , a i może ze zmęczenia zapadli w długi, głęboki i spokojny sen. Było już dobrze po godzinie 20, gdy obudzili się z twardego snu wyspani, ale głodni. Kolejny dzień spędzony bez ciepłego jedzenia tylko suchy prowiant i woda nabierana  z mijanych potoków . Spożywając posiłek dyskutowali o dalszej części trasy wpadają na plan , .by dalszą drogę przebyć pociągiem.Rozumowanie ich jest proste. Minęło już  kilka dni Niemcy już z pewnością nie są  tak czujni , aby nas ująć .Kupimy bilety w kasie jakiejś małej stacyjki , gdzie nie ma napewno pilnujących  policjantów i wsiądziemy do wagonów . Okazja nadarzyła się niebawem , gdyż na trasie ich wędrówki znalazła się stacyjka niezbyt wielkiej osady Friedheim  [Miasteczko Krajeńskie ]. Tadeusz znał bardzo dobrze język niemiecki ,podszedł do kasy celem zakupienia dwu biletów na pociąg  udający się do Płocka przez Bydgoszcz , Toruń,Włocławek. Po wymianie zdawkowych zdań i uiszczeniu opłaty za bilety udał się do poczekalni do oczekującego  na niego Józka .Poczekalnia była pusta , a najbliższy pociąg miał zatrzymać się na stacji za 1,5 godziny .                                                                                                                                                    -Mam bilety [powiedział ściszonym głosem].                                                                            -Nie było żadnych komplikacji z ich zakupem..?                                                                   -Wyobraź sobie ,że nie .Kasjerka wyjątkowo miła wypisując blankiet uśmiechała się do mnie , a to chyba dobrze rokuje .                                                                                         -No to się jeszcze zobaczy ..?                                                                                                           -Tadek może byśmy coś zjedli ,bo przemożny głód daje mi się we znaki .                      -Nie ma sprawy do przyjazdu pociągu zostało nam jeszcze sporo czasu tak , że Józeczku rozpoczynamy „ucztę dworcową „. Powiedziawszy to zaczął rozpakowywać [na ławce na której siedzieli ] zbierane przez długi okres pobytu w obozie zapasy przygotowane na tą chwilę .Po zjedzeniu posiłku Józek udał się do toalety  .Będąc w środku usłyszał ostre hamowanie podjeżdżającego pod  stację auta i gwar głosów wyskakujących z niego ludzi. Domyślił się ,że to nie może być nikt inny jak tylko miejscowa policja , którą prawdopodobnie zawiadomiła urocza kasjerka ,lub zawiadowca stacji.Wyście z kibla to natychmiastowe aresztowanie , uciekać jak najszybciej póki nie jest za późno . Staje na sedesie , otwiera niewielkie okienko przez które ledwie się przecisnął i wyskakuje na drugą stronę stacji jeszcze nie obsadzoną przez policję . Biegnie przez kilkanaście minut w tempie sprinterskim . Zatrzymuje się potwornie  zmęczony  nie widząc żadnych oznak pogoni. W tym czasie aresztowanego Tadeusza skuto w kajdanki i zaprowadzono do stojącego obok wejścia samochodu . Tymczasem policja poszukując drugiego uciekiniera wyważa drzwi do toalety -niestety pomieszczenie jest puste , a otwarte okno świadczy o ucieczce jeńca .Dalsze poszukiwania nie przyniosły rezultatów bo Józek odbiegł dostatecznie daleko żeby go można było dostrzec . Po badaniach na posterunku w  Sneidemuchle  [Piła] i zawiadomieniu obozu w Arnswalde [Choszczno] osadzono Tadeusza w areszcie policyjnym . Józkowi szczęście sprzyjało podczas ucieczki natrafił na niewielkie polskie gospodarstwo , w którym go nakarmiono i przenocowano-pozostal tam kilkanaście dni i w końcu trafił do Warszawy , celu swojej podróży . Następnego dnia po Tadeusza przyjechało  2 strażników z oflagu Arnswalde , którzy skutego przetransportowali pociągiem do obozu . Ukarany został zgodnie z regulaminem trzy tygodniowym aresztem , o zaostrzonym rygorze w postaci 10 minutowego spaceru dziennie , czarnej niesłodzonej kawy i 2 kromek chleba na śniadanie i kolację ,oraz miski zupy i dwu kromek chleba na obiad.Koledzy z obozu przekupili roznoszącego posiłki strażnika papierosami i czekoladą [otrzymywaną z paczek Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża ] tak ,że w areszcie Tadeusz miał lepsze jedzenie niż pozostali jeńcy .Po zakończeniu kary komendant podjął decyzję o przeniesieniu Tadeusza do obozu leżącego znacznie dalej od granic ziem Polski . Wybrał obóz w bawarskim miasteczku Murnau , dokąd  wraz ze złapanymi kolegami został przez lokalnych strażników przewieziony. Oflag VII A Murnau jawił im się jako obóz wyjątkowo sympatyczny ze względu na jego położenie nad malowniczym jeziorem  Staffelsee  , a w tle widocznymi górskimi szczytami  Alp Bawarskich . W obozie powitano ich niezwykle serdecznie , byli lokalnymi bohaterami zapraszanymi na szereg spotkań w których musieli opowiadać o swoich przygodach związanych z ucieczką .Nie można przejść do opisywania dalszych losów Tadeusza Osieckiego nie przybliżając oflagu VII A Murnau , jego organizacji, umiejscowienia i budynków z których się składał.

 

 

 

 

 

Zdaniem  żony chodzenie na spacery z pieskiem to mój zafajdany obowiązek . Chociaż nigdy mi tak nie powiedziała , ale tak to czuje . Funkcję tą sprawuje od lat [ trzy razy dziennie ]- zachęcany codziennymi przekonywaniami  żony , będącej najlepszym  ”adwokatem swojego pupila”.  Nie będę tu opisywał całej jakże złożonej drogi przekonywania mnie o  stosowności pory odbycia kolejnego spaceru. Posługiwanie się argumentami  natury anatomicznej , a gdyby ci tak „zakręcić kranik ” to ciekawe jak byś się czuł – pobudza  moje komórki wyobraźni , a moc takiego argumentu jest powalająca ! Te i podobnej treści argumenty stawiają mnie do pionu i zaczynam się ubierać . Figuś idziesz na spacerek ? Nie bardzo  trafia to do głuchnącego z każdym miesiącem psa. Informację trzeba kilkakrotnie powtarzać w tonacji znacznie wyższej . W końcu leniwe psisko , ponaglane przez  swoją panią gramoli się z legowiska na kanapie i łaskawie bez zbędnego pośpiechu podchodzi do drzwi wejściowych . Droga do sąsiadującego z domem lasku trwa kilka minut . Wiadomo , że po drodze piesek musi zaznaczyć teren swojej codziennej wędrówki w sposób wszystkim wiadomy. Lasek zasypany śniegiem wygląda tak jak powinien wyglądać zimą  , nieliczni spacerowicze snują się jego alejkami pojedynczo , lub w towarzystwie swych pupili.  Na jednej z alejek spotykam dobrą znajomą Ulę S. będącą na spacerze z dwójką piesków . W trakcie wymiany zdań na temat mojego ostatniego felietonu zostaje skomplementowany , a tym samym zobligowany do przybliżenia  tematu ostatniego artykułu w gazecie MdM o tytule:Tak naprawdę nic się nie stało, a dotyczącego meandrów i zawirowań „trwałych ” przyjaźni.  Żeby przybliżyć ten temat , trzeba cofnąć się w czasie do lat 89-90   rodzącej się polskiej  demokracji  i  rodzimego biznesu. Tym razem na własne żądanie odchodzę z przedsiębiorstwa , które w stanie wojennym pod rządami „mojego przyjaciela ” potraktowało mne wyjątkowo obcesowo  wyrzucając z zakładu pracy nadając równocześnie nobilitujący mnie tytuł elementu antysocjalistycznego . Po kilku dniach dostaje pismo potwierdzające moje zwolnienie  z nieco inną motywacją . Nie ma tam już nic o elemencie antysocjalistycznym , tylko suche i lakoniczne stwierdzenie o zwolnieniu ze zmilitaryzowanego zakładu pracy za działalność polityczną ..! Uchwałą Sejmu i Senatu w 1989r zostaje przywrócony do pracy i przyjęty przez „mojego przyjaciela” w stanie głębokiego podenerwowania  niezręcznością sytuacji w której się znalazł. Wolność , wolność lat  90 uderzyła i mnie do głowy. Zaczynamy z żoną zakładać własny interes.Rejestruje hurtownie zajmującą się obrotem papierosami , potem zmieniamy branże na odzieżową . Dziś na samą myśl o początkach naszej działalności ogarnia mnie fala śmiechu , bo kto zakłada hurtownię dysponują.c „maluchem” i przewożąc na jego dachu kartony papierosów .Fiat 126p nasz środek transportu wyglądał zabawnie bo na skutek ładowania na bagażnik dachowy [różnej branży towaru] był wyższy niż dłuższy , co niejednokrotnie budziło falę śmiechu wśród obserwujących go przechodniów .Pierwsze przebranżowienie to zakup w Łodzi kilkunastu sztuk skarpetek , które sprzedajemy na zaimprowizowanym na ul.Marynarki Polskiej targowisku.  Nie będę tu opisywał działalności utworzonej „firmy „, bo tematem jest zagadnienie z goła innej natury. Bohaterów  tego felietonu poznaliśmy w niecodziennych okolicznościach . Jemy  obiad w przydrożnej restauracji Paloma w Pabianicach , gdy do naszego stolika przysiada się młody człowiek przedstawiający się jako Janusz K. i proponując nam współpracę w temacie szytych przez niego welurowych dresów .Po sfinalizowaniu oferty producent przekonuje nas , aby odwiedzić jego przyjaciół , którzy są producentami skarpetek . Jedziemy tam i poznajemy właścicieli firmy Teresę i Grzegorza K. , którym przypadliśmy do gustu na tyle , że w stosunkowo krótkim czasie zaczęliśmy stawać się coraz  częstszymi  gośćmi i wreszcie na wyraźną prośbę Tereski znaleźliśmy u nich stałe miejsce zakwaterowania  , podczas naszych przyjazdów po towar .Kolejnym dowodem na rozwój tego związku były posiłki , którymi byliśmy częstowani przez gospodarzy .Dowodem zaufania do nas było powierzanie nam opieki nad domem podczas ich wyjazdów służbowych jak również uczestnictwo w wydarzeniach związanych z celebrowaniem  uroczystości takich jak ślub ich latorośli , czy dramatyczne urodziny wnuka . Lata mijały , a nasza przyjaźń stawała się coraz mocniejsza i nic nie wskazywało na to, że może się  kiedyś skończyć. Długie rozmowy w trakcie naszego pobytu u gospodarzy z oficjalnych ,przerodziły się w bardzo otwarte i szczere do tego stopnia , że Grzegorz opowiadał mi historie rodzinne związane ze spaleniem przez niego legitymacji funkcjonariusza U.B., którego właścicielem był jeden z jego kuzynów i konsekwencjach , które spotkały właściciela tytułem utraty tego dokumentu.  Lata mijały hurtownia pomału rozwijała się i już nie maluchem , ale dostawczym Peugeotem Boxerem dowoziliśmy towar z rejonów Łodzi i okolic . Czas biegł nieubłaganie , a wraz z nim zmieniały się zasady funkcjonowania przedsiębiorstw .Firma Teresy i Grzegorza posiadająca niezbyt nowoczesny park maszynowy zaczęła podupadać i właściciele zaczęli coraz częściej rozważać możliwość likwidacji firmy i przebranżowienia się . Sprzedali maszyny do produkcji skarpetek jak również dom w Pabianicach i podjęli decyzję o budowie pensjonatu nad morzem Bałtyckim. W doborze miejsca usytuowania domu brał udział ich sąsiad z Pabianic , który znalazł stosowne działki w Jarosławcu .Tymczasowy meldunek [na okres budowy] zapewniliśmy im my , aby mogli korzystać ze służby zdrowia .Budowa trwała dobre 1,5 roku i po pewnych perturbacjach zakończyła się po myśli właścicieli , którzy zaczęli swój nowy rozdział życia . W związku z zaistniałą sytuacją przyjaźń przeżywała swoje apogeum , cotygodniowe obiady niedzielne raz w Jarosławcu raz w Ustce utrwaliły ją zdawałoby się na stałe .Nasze podróże po Szkocji i Tereski wojaże po świecie , wymiany poglądów na tematy eksploatacji pensjonatu i porady w tym temacie przez moją małżonkę utrwalały ją i hartowały. Co takiego mogłoby się stać żeby ją zniszczyć ..? Na tak postawione pytanie byłoby bardzo trudno odpowiedzieć , bo nic nie wskazywało na to , że ta 20 letnia przyjaźń która przetrwała tak wiele prób , może się zakończyć w sposób tak nieprzewidywalny . Od dawna wiedzieliśmy ,że Teresa i Grześ wyznają ”religię smoleńską”,  ale zawsze podkreślali ,że Macierewicza , Kaczora i Rydzyka nie tolerują .Mając tą wiedzę na uwadze , staraliśmy się możliwie  nie eksploatować tego jakże niewygodnego  tematu . Choć nie ukrywam ,że dochodziło do wymiany poglądów [na tematy polityczne ] i drobnych spięć z tym związanych, Zawsze jednak kończyło się to pojednaniem w duchu chrześcijańskim. Do czasu , kiedy znacznie wrażliwsza żona dostrzegła coś co ją zaniepokoiło na tyle mocno , że postanowiła zweryfikować swoje spostrzeżenia  [dzwoniąc do Tereski] .Pytając czy odpowiesz mi szczerze czemu tak długo nie odzywacie się i unikacie spotkań z nami -usłyszała odpowiedź : Musimy od siebie odpocząć ……Odpowiedź niejednoznaczna , dająca jednak wiele do zrozumienia .Szlak człowieka trafia jak łatwo zniszczyć tak wieloletnią przyjaźń . Nie potrafiła powiedzieć wprost -z braku odwagi  ? Pytanie na które na pewno nie dostanę odpowiedzi . Nie ukrywam , czuje głęboki żal ,  bo darzyliśmy ich wielką sympatią .Traktowaliśmy ich jak bliską rodzinę. Stąd ten głęboki ból , rozczarowanie i myśli co takiego zrobiliśmy , że tak nas potraktowano . Po części pewnie zasłużyłem  sobie  swoim pisaniem i jawnym opowiedzeniem się : „Po jasnej stronie mocy .” Nie mogli zaakceptować ludzi,  którzy mogą  mieć inne zdanie niż ich „jedynie słuszna sprawa ” i choć zapierali się ,że nie utożsamiają się z ich przywódcami -to były to tylko próby maskowania swojej prawdziwej postawy . Taka postawa w długim przedziale czasowym była jednak nie do wytrzymania , a próby unikania powiedzenia wprost co myślą o tej przyjaźni przekraczały ich możliwości …Tchórzostwo , obłuda , kłamstwo i  hipokryzją podlane sosem pseudo patriotyzmu to pryncypia ich „dobrej zmiany ” prowadzące nasz kraj prosto do zapaści ekonomicznej , czego nie mogą zrozumieć ich zaślepieni nienawiścią zwolennicy sekty Pisowskiej ….Mam do was serdeczną prośbę -otwórzcie szeroko oczy i popatrzcie na to jak nas postrzegają inne kraje [z wyjątkiem Węgier] i wyciągnijcie dalekoidące wnioski ……jeśli was na to stać ?

Złodziejskie praktyki P.K.O.

0

Jak świat światem złodziejstwo było , jest i będzie .To stwierdzenie niezbyt odkrywcze i dlatego nie będę optował  za tym , że to moje przemyślenia.Kilka dni temu dostaje zawiadomienie z centrali P.K.O.w Warszawie , że mam się zgłosić   się do najbliższego punktu celem likwidacji 2 książeczek oszczędnościowych na których w 2007 roku pozostało około 40 zł. W punkcie P.K.O. przy ul. Wróblewskiego kilkanaście osób , a czynne są tylko 2 kasy stąd przewidywany czas oczekiwania to 1,5 godziny . W czasie oczekiwania wchodzi doradca bankowy do którego zwracamy się z pytaniem ile dostanę odsetek za te 40 zł trzymane na książeczkach oszczędnościowych . Odpowiedź zaskoczyła mnie totalnie : Tyle ile pan ma czyli 40 zł.  Chyba pani żartuje , a gdzie odsetki naliczane przez te 10 lat  ? Przecież przez ten czas operowaliście moimi pieniędzmi i co żadne odsetki mi się nie należą ? Okazuje się ,że ustawa którą zafundował nam P.K.O. nie przewiduje możliwości oprocentowania książeczek na których przez 10 lat nie było ruchu pieniężnego .Wyrażam głośno swój protest – przecież to jest jawne złodziejstwo robione w imieniu prawa przez jedyną autorytarną partię jaką jest PiS . „Dobra zmiana ” szuka kolejnych pieniążków w kieszeniach emerytów i rencistów  na spłatę 500+.Ludzie takie rzeczy mogą dziać się tylko u nas w kraju podobno demokratycznym , gdzie państwowy bank okrada własnych obywateli w imię czego …? Brak słów na to co się dzieje w naszym kraju pod rządami partii , która na sztandarach niesie te jakże pięknie brzmiące słowa prawo i sprawiedliwość . Tu na usta ciśnienie się pytanie jakie prawo i jaka sprawiedliwość ? Bo to co funduje nam jedyna rządząca partia to nieprawość i niesprawiedliwość. W U.S.A. nawet 1 $ trzymany w banku przez dłuższy okres czasu zostanie oprocentowany i właścicielowi dostaną dopisane stosowne odsetki .W każdym innym kraju też ,tylko nie u nas ..? Do bandy okradającej Polaków dołączył bank P.K.O. o którym dotychczas miałem jak najlepsze zdanie .Okazuje się , że „dobra zmiana” ma przemożny wpływ na wszystko nawet na uczciwe banki. Moja żona widząc ,że pisze na temat tego co robi P.K.O. mówi : Ty się ciesz , że chcą ci oddać te 40 zł będące na książeczkach oszczędnościowych ….? Cieszę się moja żono , cieszę się jak cholera ,że w imieniu prawa nas okradają i to ci , co do których miałem pełne zaufanie ….

Bezmyślność czy znieczulica …?

1

Ustka o ile mi wiadomo jest miastem , które nie ma pomników  przyrody . Jest kilka drzew przy zaułku kapitańskim kilka buków przy kościele .  Nie są to jednak pomniki przyrody ożywionej .Odpowiedzialne państwo  słusznie nakłada  na swoje organy władzy i obywateli obowiązek dbania o drzewa i krzewy  mające więcej niż 10 lat i obwód pnia powyżej 30 cm. Nie wolno ich wycinać ,nawet z własnej posesji bez zgody Urzędu Miejskiego  i taki stan  rzeczy jest w porządku  .Powinnością obywateli i miasta jest dbałość o przyrodę ożywioną to rzecz tak oczywista ,że  wszelkie dyskusje w tym temacie są bezprzedmiotowe .W naszym ratuszu jest nawet stosowne stanowisko , osoby zajmującej się przyrodą na terenie miasta w postaci inspektora d/s ochrony środowiska  p. Ewy Rusieckiej  . Niestety urzędnicy na ogól siedzą za biurkiem i  ” przewracają ” papiery,  w czasie ich  zbytniego nagromadzenia , leżący przed oczyma ich plik tak skutecznie przesłania widok , że zza niego już nic więcej nie widać .Do rzeczy jednak , do rzeczy.  Jest w Ustce zabytkowy  dworzec kolejowy wybudowany w 1911 roku , a w jego otoczeniu wzdłuż starej brukowanej drogi posadzono szpaler jałowców wirginijskich i kasztanowiec .Ze szpaleru jałowców  do naszych czasów zostały 3 sztuki.Jeden z nich posiada jeden z pni o obwodzie  94 cm , a wiek ich szacuję na 120 lat .Kilkanaście lat temu bawiące się dzieci z pobliskich domów rozpaliły pod jednym z krzewów ognisko i do dnia dzisiejszego zostały tylko dwa, w jakże opłakanym stanie .  Wrosłe w nie drzewa bzu czarnego, klonów , akacji  zagłuszają ich wzrost na tyle,że jeszcze trochę , a na naszych oczach zakończą one swój żywot. Sprawdziłem i wiem, że starsze krzewy tego typu w województwie pomorskim znajdują się tylko w Parku Oliwskim. Niestety drzewa i krzewy pozbawił Stwórca magicznej mocy porozumiewania się. Nie mogą prosić o pomoc  ani wołać  ,bo krzyki ich byłoby tak nagminne i głośne  ,że uniemożliwiałyby życie na naszej planecie  . Jedynej pomocy możemy udzielić im my ludzie wyposażeni w ten gen wrażliwości na cierpienie istot żywych .Wiem to z autopsji ,że z tą ludzką wrażliwością jest u nas bardzo różnie ? Rok temu na facebooku pisałem o tym problemie załączając  zdjęcia. Pisałem pisma do lokalnej  centrali P.K.P. w Gdańsku. Interweniowałem w Urzędzie Miejskim- wizytując z panią Ewą [urzędniczką zajmującą się sprawami przyrody ] miejsce w którym one rosną . Zostałem nawet przez nią skomplementowany ,że jestem człowiekiem wrażliwym i co ? I nic jak do tej pory się nie stało !! Przyczyną takiego stanu rzeczy jest podobno problem nie do rozwiązania jakim jest to ,że ziemia na której rosną wspomniane krzewy jest własnością PKP i nie można w tej materii nic zrobić . Przypomina mi się tu sprawa umierającego człowieka w pobliżu szpitala, do którego nie może przyjść lekarz ,bo regulamin szpitala mu na to nie zezwala.   Wiem ,że na jednej z sesji RM była procedowana sprawa przejęcia obiektu dworca za symboliczną złotówkę  , ale burmistrz tak przekonywał radnych , że jest to sprawa tak niekorzystna dla miasta, że ci nie wyrazili zgody na przejęcie zabytkowego budynku , który mógłby n.p.  pełnić rolę muzeum miejskiego , lub innego obiektu użyteczności społecznej .Dziwię się tej ewidentnej znieczulicy społecznej , która potrafi dostrzec pyłek w cudzym oku nie dostrzegając belki  we własnym .Co tam zabytki przyrody ożywionej  ewidentnie tak rzadkie w naszym mieście – przecież to nie nasze -tylko PKP ? Takie podejście do sprawy świadczy o jakże niskim poziomie naszej świadomości ekologicznej  nie mówiąc już o patriotyzmie lokalnym . Boli mnie ta urzędnicza znieczulica , ale głową muru nie przebijesz – powie ktoś życzliwy . Sam na pewno nie , ale wierzę , że w moim mieście są ludzie , którym problem ten nie jest obojętny i potrafią podjąć walkę w jakże słusznej sprawie .                                                                                                                      Druga sprawa związana z przyrodą, to sprawa systematycznego wymiatania [ co roku w miesiącach jesiennych]  liści i igieł w lasku południowym , leżącym pomiędzy ulicami Wróblewskiego a Słupską .Nie miałbym nic przeciw zamiataniu  liści na znajdujących się tam licznych  chodnikach , ale nie- tam się wymiata ściółkę do podłoża patrz foto. Nie trzeba być wybitnym biologiem , żeby wiedzieć ,iż każda roślina do swego wzrostu potrzebuje stosownego nawożenia  [tak kwiat doniczkowy, krzew czy drzewo ]. Wygrabianie ściółki w wymienionym  lasku to zabieranie drzewom tworzącego się z nich humusu  niezbędnego do ich wzrostu. Na moje pytanie do ekipy sprzątającej  liście :- Czemu to orbicie – odpowiedzial ich brygadzista : -Panie ja jestem z wykształcenia technikiem leśnictwa i zdaje sobie sprawę z głupoty którą robię , ale ja tu nie mam nic do powiedzenia. Muszę robić to co mi moi przełożeni karzą….!! Moje pytanie do jego przełożonych postawiłem w  tytule tego artykułu.Powiem jak zwykle szczerze  nic nie ukrywając, że czuję się trochę zawiedziony postawą pana przewodniczącego R.M.  - niewątpliwego miłośnika przyrody dbającego o swój ogródek przydomowy, w którym niepoślednie miejsce zajmuje jego kolekcja lilii tak pięknie uprawiana i nawożona , że nie dostrzega tego problemu w nieopodal leżącym lasku.Nie chciałbym tu być złośliwy , ale tytuł najlepszego radnego powiatu  słupskiego do czegoś zobowiązuje p. Grzegorzu. Moja św. pamięci babcia  zawsze mi mówiła , że o cudze [miejskie] dbać trzeba bardziej niż o swoje , bo to dobro wspólne !                   Trzecia sprawa , która mnie uwiera  to zlecanie opieki nad  przycinaniem drzew osobom absolutnie niekompetentnym , nie mających pojęcia o cięciu drzew . Świadczą o tym pozostawione przy obcinanych konarach pieńki , które nie mogą być zalane przez tkankę kallusową. Pozostawione w takim stanie po dłuższym okresie gniją  i pozostawiają dziurę w konarze. Stosownym służbom miejskim polecam książkę prof. Pieniążka światowej sławy biologa i sadownika . Kończąc ten felieton chciałbym , aby słowa zawarte w jego tytule odeszły na zawsze w niepamięć – czego w nowym roku sobie i państwu  z całego serca życzę .

Szwedzi, Szwedzi , Szwedzi nadchodzą …

0

Nie bójmy się , to jeszcze nie potop -to tylko wizyta naszych Szwedów , którzy na dobre zadomowili się u sąsiada za morzem . Lata temu pisałem o ich wyjeździe , krótkim artykułem na moim blogu :” Żegnaj Ewka czyli list do emigrantki „.  Dziś leżę jeszcze w łóżeczku , a tu dzwoni moja najlepsza żona ze stolicy powiatu i informuje mnie o przyjeździe Ewki i Heńka z wizytą dodając : Tylko dobrze posprzątaj , żebym się nie musiała za ciebie wstydzić ..? Rzadko sprzątam stąd i doświadczenie mam małe , ale po takiej wypowiedzi zmobilizowałem resztki sił i dalej słać łóżka i porządkować to co nieuporządkowane . Wizytacja ma co prawda nastąpić dopiero po południu , ale staram się jak mogę , aby wypadła dobrze . W końcu to obcokrajowcy i to jeszcze z kraju o wysokiej kulturze więc lepiej się nie narażać  tak żonie jak i Szwedom -z akcentem postawionym na tej pierwszej osobie .Pokój posprzątany , zasłane łóżka  ,spacerek z psem zaliczony ,śniadanko zjedzone jadę na „wydmy ” na zabiegi przyrodolecznicze. Z zabiegów najbardziej sobie cenie „podłączanie do prądu „,nie to żebym był zwolennikiem krzesła elektrycznego .Jest to prąd o znacznie  niższej częstotliwości , który powoduje efekt silnego mrowienia w okolicach lędźwi , a nie usmażenie kory mózgowej .Następny zabieg to laser , krioterapia i ćwiczenia na sali gimnastycznej .Po zabiegach pielęgnacyjnych w dobrym humorze wracam w domowe pielesze. Małżonka już przyjechała ze  Słupska i informuje mnie jakie to musimy ponieść koszty związane z  jej pogarszającym się słuchem . Trudno jak trzeba , to trzeba. Inna ewentualność  nie wchodzi w rachubę.  Po zjedzeniu obiadu już tylko czekamy , czekamy, czekamy na Czekajów .Tu następuje ostra reakcja małżonki ! Dlaczego wymieniasz nazwiska ? Może Oni sobie tego nie życzą ..? A co to są przestępcy ,żeby się wstydzili własnego nazwiska odparowalem poirytowany . Czas płynie powoli i trochę mi to przypomina : Czekanie na Godota , bo godzina przyjazdu po południu może to być 13 ,a może to być 17 .W końcu żona informuje mnie ,że wyjechali . O 18 będą, tu za pół godziny – odetchnąłem .Stoimy przy kuchennym oknie , obserwując ulicę. Nagle dociera do mnie radosny okrzyk Gosi – są przyjechali . Kamień spadł mi z serca w końcu Godot doczekał się przyjazdu  samochodu .Po serdecznym powitaniu i uściskach  informuję zacnych Szwedów i uczciwie ostrzegam : W związku z przystąpieniem do zacnej grupy dziennikarskiej , przez złośliwców zwanej pismakami – lojalnie ostrzegam , że wszystko to co tutaj powiecie , może być zapisane i użyte przeciwko Wam . Śmiech Heńka zlał się z jego ciętą ripostą . Cholera żebym wiedział to bym tu przyjechał z adwokatem.Moja pani krzątą się jak może oferując kawę ,herbatkę i kupne ciastka , które mi specjalnie nie przypadły do gustu . Rozmowa o dzieciach , podróżach , życiu i oczywiście nieodłącznej polityce , która nas dopada i otacza zaciskając pętle na naszej szyi .Heniek mimo że mieszka za morzem jest świetnie zorientowany w naszych krajowych politycznych meandrach , jest dobrym partnerem do dyskusji . Cenię  go za jasne formułowanie myśli i zdrowy rozsądek i tak na dyskusjach spędzamy 3 bite godziny.  Naraz z ferworu dyskusji wyrywa nas głos Ewki informujący ,  że wizytację uważa za zakończoną i pora wracać do domu .Pożegnania już nadszedł czas , pies szczeka jak oszalały odprowadzając naszych Szwedów do drzwi .Taki już ma zwyczaj wita i żegna głośnym szczekaniem – czego nie robią domownicy.  Owszem może i szczekają , ale tylko od czasu do czasu  na ogół po wyjściu gości, ale nie tak głośno .Hau, hau ,hau…Happy New Year moi drodzy Happy New Year !!

Śmierć jest naturalnym procesem związanym z naszym jakże kruchym bytem tak jak oddychanie , jedzenie , picie czy też miłość .Niestety nie każdemu jest dane oswoić się z nią choć na chwilę ,  żeby móc zaadoptować  [bez trzęsących się łydek , spoconych rąk i przyśpieszonego bicia serca]  jej  okrutnych reguł. Nie potrafimy o niej mówić spokojnie , próbując zaczarować naszą szarą  rzeczywistość i oddalić myśl o niej .Nie mówimy o niej , bo tak nam podpowiada nasz system  obronny mieszczący się w mózgu . Informację o śmierci Henia matki -dostaliśmy od Martusi via Edinburgh.  Jedziemy na pogrzeb matki naszego Heńka do Potęgowa ? Oczywiście inna opcja nie wchodzi w rachubę .Żona trochę marudzi próbując przekonać mnie ,że lepiej będzie jak pojadę sam , bo ona tak bardzo  nie lubi pogrzebów .W końcu , [po tych przekomarzaniach]  podejmuje jedyną słuszną decyzję -,jedziemy.Przygotowania do wyjazdu, przymierzania , prasowania zajmują trochę czasu , ale efekt jest widoczny- żona wygląda jak zwykle bardzo ładnie co nie uchodzi mojej uwadze. Do potęgowskiego kościoła, o stropie w kształcie namiotu wykładanego sosnową boazerią ,przyjeżdżamy przed czasem. Kościół nie ogrzewany, przejmujące zimno .Przed ołtarzem, gdzie są wystawione zwłoki Stefanii J.  wysłuchujemy czytanych „zdrowasiek” do czasu – kiedy dwaj kapłani zaczynają  celebrację mszy żałobnej .Nie widząc go nigdy [znając tylko z opowiadań] na drodze dedukcji -podejmuje próbę  rozpoznania najmłodszego brata Heńka. Bez żadnych problemów informuję Gośkę , że ten szatyn z krótką bródką i wąsami siedzący w trzecim rzędzie to na pewno Piotr C. W trakcie mszy , przed zamknięciem trumny następuje jakże dramatyczny akt pożegnania dzieci ze swą Matką .Sam mam łzy w oczach jak widzę płaczącego Henryka z wielką czułością całującego  zimne ręce rodzicielki . Wielki żal malujący się na jego twarzy mówi wszystko, o traumie jaką przeżywa  . Po zamknięciu trumny i zakończeniu mszy trumna wraz z masą wiązanek i wieńców przewożona jest na pobliski cmentarz .Tam dalsza celebracja pogrzebu i opuszczenie trumny do grobu .Po spełnieniu obowiązku pogrzebowego księża odchodzą , a ja podchodzę do grabarzy prosząc ich o mikrofon bo chciałbym powiedzieć kilka ciepłych słów o zmarłej.                                                                                                                                                     -Szanowni państwo , żeby zaspokoić państwa ciekawość pozwolę się  najpierw państwu przedstawić .Nazywam się Andrzej Urban , obok mnie moja małżonka  Małgosia . Jestem teściem Bartka   syna stojącego  tu obok mnie Henryka .Na tym pogrzebie reprezentujemy nie tylko siebie , ale też naszą rodzinę z Edynburga  Martę i Bartka . Zmarła kobieta -matka  siedmiorga dzieci , to Matka pisana przez duże M. Kobieta której życiorys mógłby być kanwą niejednej powieści czy też filmu.Powieść ta byłaby zapisem jej trudnego , rzekłbym dramatycznego życia pełnego wznosów i upadków , które nie złamały tej jakże kruchej istoty . Życie jej nie oszczędzało zmartwień i trosk , a jednak wychowała tak wiele dzieci na porządnych ludzi z których na pewno w głębi duszy była bardzo dumna. Zastanawiam się nad jednym skąd w tej kruchej i delikatnej istocie wzięło się tyle siły , aby podołać tak tytanicznemu zadaniu .Podsumowując ten trud wychowawczy stała się niemą bohaterką naszych czasów. Żegnamy Cię Stefanio -prawdziwie niestrudzona  Matko tak licznej rodziny do zobaczenia na tym drugim -ponoć lepszym świecie !                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     P.S. W trakcie stypy w Gościńcu Kasztelańskim  poznałem najmłodszego brata Henryka- Piotra zamieszkałego w Żnine i dwie jego siostry .Wszyscy mężczyźni rodu  Czekaj noszą charakterystyczne wąsy -Piotr dodatkowo hiszpańską bródkę to ich znak rozpoznawczy .Wielkim nietaktem byłoby tu nie wspomnienie o córce Czesławie , która poniosła tak wielki trud w opiece nad Matką co z wielkim szacunkiem doceniła cała rodzina .

Tak na prawdę nic się nie stało …. ?

0

Historia którą tu chcę opisać wydarzyła się kilkanaście dni temu , a jednak jak ta zadra tak mocno boli i doskwiera ,że nie pozwala spać spokojnie .Cóż takiego się zdarzyło ? Zapyta ktoś postronny . Patrząc na to z boku, to naprawdę nic się takiego nie stało co mogłoby spowodować aż taką traumę .Wieloletnie małżeństwa się rozpadają , ludzie tracą najbliższych, długoletni narzeczeni i ci żyjący w konkubinacie tracą wzajemne zaufanie i się rozchodzą . Rozstania są rzeczą naturalną i nagminną, to fakt niezaprzeczalny , który dzieje się codziennie setki , tysiące razy z przyczyn czasami tak błahych , że trudno to ogarnąć .Rozpatrując bliżej przyczyny rozpadu związków [ do których zaliczyłbym przyjaźń ] to   najczęstszym powodem  jest zdrada . Niekoniecznie ta fizyczna dotycząca głównie związków męsko – damskich. Okazuje się , że są jeszcze zdrady niesklasyfikowane, nie mieszczące się w schemacie zdrady fizycznej czy psychicznej . W naszej  ”nowej rzeczywistości ” przy tak drastycznym podziale społeczeństwa na dwa przeciwstawne obozy walczące ze sobą o rząd ludzkich  dusz. Jedni posługują się patriotycznymi hasłami tworząc zakłamaną rzeczywistość walki z wrogami katolickiego społeczeństwa, które[ poza nimi ] składa się z komunistów , złodziei i wszelkiej maści ludzi gorszego sortu .My stoimy tam gdzie staliśmy , oni tam gdzie ZOMO- to słowa PiS-owskiego guru .Tu rodzi się pytanie – kto jest tą haniebną organizacją tłamszącą demokratyczne zrywy społeczeństwa ,  łamiącą  konstytucję ,ograniczającą  prawa zgromadzeń , niszczącą  T.K., prześladującą byłych działaczy „Solidarności „, oferującą kobietom 4 tys.zł za rodzenie potworków  i.t.p. i.t.d. ? To pytanie ,pozostawię bez odpowiedzi bo uwłaszczało to by inteligencji czytelników . Jestem człowiekiem gorszego sortuale to mój ojciec st. sierżant Andrzej Urban walcząc w 1939 roku oddaje swe życie walcząc w obronie Warszawy , to mój stryj por. Wacław Zdzięborski jeniec Kozielska zamordowany w 1940 r. w Katyniu przez N.K.W.D.-owskich siepaczy , to mój wuj ppor. Tadeusz Osiecki jeniec oflagów Arnswalde ,Murnau , Colditz i Dessel z których za ucieczki zostaje zamordowany w 1943 r. przez Gestapo . Dziwnym zbiegiem okoliczności  to w 1981 r. najbardziej uhonorowała mnie komuna  nadając mi tytuł elementu antysocjalistycznego i wyrzucając z zmilitaryzowanego zakładu pracy za nielegalną działalność polityczną . W tym kalekim czasie  [który  nastał] zmieniają się na naszych oczach  kanony wartości . Dziś bohaterami stają się ludzie pokroju Misiewicza -nagradzanego złotym orderem za zasługi  w obronności kraju , a de facto niedouczonego oszusta i kłamcę , któremu błogosławieństwa na dalszą drogę życia udziela ojciec dyr. Rydzyk Wielki . Precz z komuną , krzyczy z sejmowej mównicy , były komunistyczny prokurator  Piotrowicz .Główny likwidator prawa w demokratycznym państwie.                                               -To ja „Precz z komuną „-opozycjonista z lat osiemdziesiątych -rzucam  panu prosto w twarz- panie prokuratorze Piotrowicz -bo mam do tego moralne prawo. Wiem to . że dla pana i pańskich bezmózgich popleczników- bohaterów dobrej zmiany nic nie znaczy wiem to , że żadne słowa nie sprowadzą  was na dobrą drogę bo wy nie musicie się liczyć z nikim , kto nie stoi po waszej stronie .Tak naprawdę to nic złego się nie dzieje , a to że ludzie związani 20 letnią przyjaźnią odwracają się od was , bo macie inne poglądy na otaczającą was rzeczywistość.  Delikatnie tłumaczą potem wam : Musimy od siebie  odpocząćże w rodzinach pomiędzy małżonkami  narasta skrajne napięcie  na linii ich poglądów politycznych -to przecież nie jest nic takiego , takie są prawa rozwijającej się demokracji … ? Czyżby ?? Boli mnie to , że głupota zaczyna w kolejnych bataliach raz za razem wygrywać z siłami rozumu . Stąd na usta ciśnienie się pytanie : Kto nas tak podzielił panie Jarosławie Kaczyński i w imię czyich interesów tak naprawdę pan działa ? Jedno jest pewne , że napewno nie w interesie Polski i Polaków ! Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie tak mówi jedno z polskich przysłów . Biedy- tej fizycznej jest jak na lekarstwo , ale ta psychiczna w postaci rodzącego się państwa autorytarnego ma się znakomicie i święci triumfy.Nasza młoda prężna demokracja coraz bardziej zaczyna przypominać postać dzwonnika z katedry w Notre Dame -garbatego Quasimodo . Pozostaje dręczące mnie pytanie  , co takiego się stało ,że wy „przyjaciele” odwróciliście się od nas -zrywając więzy tak długoletniej przyjaźni ? Odpowiedzcie  mi szczerze  [jeśli oczywiście stać was na szczerość ] ? Ponieważ odpowiedzi najprawdopodobniej się nie doczekam – powiem wam to prosto w twarz byli przyjaciele . Prawdziwa przyjaźń to związek braterstwa dusz  na poziomie bliskości intelektualnej ,wzajemnego  zaufania , sympatii ,szczerości , pomocy  i dobrej rady  . W tym wieloletnim związku wszystko to było , ale nie mogę zapewnić , czy to wszystko było tak naprawdę szczere. Wraz z upływem czasu mam co do tego coraz więcej rodzących się wątpliwości – na granicy pewności , że szczerość ta była  jednostronna . My traktowalismy ją jak relikwie , wy podchodziliscie do niej z pewną dozą ograniczonego zaufania , które w czasie tych ogólnokrajowych zawirowań -przeksztalcilo się w uczucie izolacji i odrzucenia . Jak  się czujemy?   Odpowiem wam szczerze , bo tylko tak można rozmawiać .Czujemy się tak jakbyscie nam napluli na wyciągniętą w geście powitania rękę .Bardzo przykry jest fakt , że dla was ważniejszą rzeczą są „wasze jedynie słuszne poglądy polityczne ” – niż autentyczna wieloletnia przyjaźń .Kończąc te dywagacje -wiem jedno : Człowiek jest ważniejszy od wszelkich idei , bo to On jest jej twórcą !!!  Zapamiętajcie to sobie byli przyjaciele .

Zdjęcie2053      Co na temat Janka Krasickiego pisze Encyklopedia Wikipedia cytuję:  Janek Krasicki ur.18 września 1919 roku we wsi  Sowlino koło Limanowej.Polski młodzieżowy działacz komunistyczny , agitator  stalinowski, funkcjonariusz Komsomołu we Lwowie. W 1940 roku studiując na Lwowskim Uniwersytecie -będącym w rękach sowieckich komunistów wstępuje do Komsomołu. Będąc w  ich szeregach prowadzi czystki wśród studentów należących przed wojną do Młodzieży Wszechpolskiej. Stawia im zarzuty i oskarża o antysemityzm. Wskazane przez żydowskich studentów osoby najpierw są bite , potem zmuszane do publicznego kajania , a niektóre w/g świadków wyprowadzane na korytarz  i zastrzelone.W 1942 roku przerzucony do okupowanej Polski działa w szeregach K.P.P. między innymi jako bojówkarz do zadań specjalnych [wykonując wyroki śmierci na przeciwnikach politycznych]. To on w 1943 roku [ bez sądu] z polecenia Małgorzaty Fornalskiej – na ulicy Kamienne Schodki w w Warszawie strzałem z pistoletu morduje ówczesnego sekretarza P.P.R. Bolesława Małojca. Postać równie ohydną -bo to w/w zlecił zabójstwo swego poprzednika 1 sekretarza P.P.R. Marcelego Nowotki. Zabójstwa dokonał jego brat Zygmunt Małojec. W świetle tych niewątpliwych faktów ,zadaję sobie pytanie , czy władza nadająca jednej z  ulic w Ustce nazwę Janka Krasickiego znała jego życiorys , czy też nie?    Ciekawostką w tej materii jest to, że kilka lat temu dopiero za burmistrza Jana Olecha pojawiła się  tabliczka ul. Janka Krasickiego . Myślę , że Rada Miejska nie pozwoli na to, aby stalinowski oprawca i szubrawiec  miał  swoją ulicę w wolnej i demokratycznej  Polsce , a  Ustka leży w granicach Rzeczpospolitej . Proponuję , aby nie zmieniać wszystkim dowodów osobistych, a na patrona przyjąć postać Ignacego Krasickiego poety i pisarza Oświecenia , który jest godzien być patronem tej ulicy.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  Andrzej Urban

Jest  dzień 2 listopada 2014 roku  godzina 15-ostry dzwonek telefonu , wyrywa mnie z poobiedniej drzemki i przywraca do rzeczywistości. Przy słuchawce doktor Lewand- przedstawia się grzecznie , ale są to jedyne grzeczne słowa , które w tej rozmowie usłyszałem.                                                                                           -Pan Urban .                                                                                                                                   -Tak we własnej osobie .                                                                                                   Proszę pana-czytałam tą parszywą recenzję książki „Zenon Lewand Legenda Korabia”, którą pan zamieścił na swoim blogu. Uprzedzam pana uczciwie , że  jeśli nie wycofa pan tego paszkwilu  , to będę zmuszona podać  pana do sądu – za obrazę dobrego imienia mojego ojca. W tym momencie wciskam przycisk nagrywania rozmowy telefonicznej . Proszę pani – chciałbym zwrócić uwagę , że już żyjemy w państwie demokratycznym , gdzie  obowiązuje prawo nieskrępowanego wypowiadania swoich poglądów .To prawo dotyczy wszystkich obywateli R.P.  Co do zarzutów -jakie mi pani stawia to chciałbym zwrócić uwagę,    że każdy medal ma dwie strony . Pani widzi tę jedną ze stron , ja tę drugą  i nie pozwolę się zastraszyć  , ani podniesionym głosem ,ani sądem. W niewyszukany sposób szantażuje pani byłego dysydenta -odpowiem pani prosto nie boję się sądu w demokratycznym kraju ,bo pisałem ,piszę i   będę pisał prawdę i to co czułem , będąc szykanowany  przez pani ojca. Być może u pani w rodzinie na porządku dziennym jest straszenie i obrażanie ludzi . Ja jednak wychowany jestem na nieco innych standardach – szacunku do ludzi i mówieniu prawdy.                                                                                                   -Zabraniam panu pisać o moim ojcu , bo książka wydana została dla wybranych ludzi !                                                                                                                         -Przepraszam, a tego nie wiedziałem , że tylko dla wybranych . Na ogół książki wydaje się dla wszystkich.Ponadto , ani na okładce , ani w treści książki  [którą przeczytałem nadzwyczaj uważnie] nie znalazłem akapitu mówiącego , że książka została wydana tylko dla wybranych.                                                             -Ty chamie i prostaku -żeby cię pokręciło- nieustający stek bluźnierstw zakończyłem odłożeniem słuchawki  na widełki aparatu telefonicznego. Nie będę tu pouczał  p. doktor ,że od człowieka po studiach w szczególności medycznych wymaga się nie tyko wiedzy fachowej , ale przede wszystkim kultury osobistej. Ja cham i prostak jeszcze raz przepraszam jaśnie wielmożną panią doktor , że ośmieliłem się zająć tak negatywne stanowisko w sprawie pani ojca. Kończąc życzę szanownej pani dużo zdrowia . Jeśli mogę  coś doradzić – to w najbliższym czasie proponowałbym wizytę u kolegi , [o nieco innej specjalizacji ,którą pani posiada]  celem  poprawy zdrowia  - szczególnie psychicznego.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Andrzej Urban                                   

……O Podrzynaniu Gardła

0

Zanim  przejdę do tematu tej niesamowitej historii – muszę rozpatrzyć pewien problem natury etycznej i moralnej. Pytanie brzmi – czy kradzież  złodziejowi  jest kradzieżą?? Odpowiedz na tak postawione  pytanie  jest z pewnością  niejednoznaczna. Analizując jeszcze bliżej tę sytuację zetkniemy się z problemem moralności Kalego : „Jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę to bardzo źle”. Nie kończąc tematu moralności – przejdę do historii , która  zdarzyła się w czerwcu  1945 roku w Ustce.  Miasto liczyło wtedy 3000 mieszkańców w tym 570 Niemców – na ogół  ludzi   starszych , którzy ze względu  na swój wiek i zdrowie nie nadawali się do służby nawet w volkssturmie . Rosyjska okupacja była oczywista – robili co chcieli. Pierwszą poważną rzeczą , której dokonali w Ustce , była kradzież torów kolejowych relacji  Rowy – Sławno , które po demontażu wywieziono do ZSRR. Pozostały tylko nasypy , na których  częściowo przebiega szlak rowerowy   tzw. ” szlak zwiniętych torów”. Równocześnie  wywożono różnego rodzaju maszyny,urządzenia fabryk ,meble, traktory, sprzęt  rolniczy – jak również trzodę chlewną. W czerwcu na łąki-pomiędzy Ustką a Przewłoką [ gdzie dziś buduje się osiedle domków jednorodzinnych ] przypędzono duże stado   „trafiejnych” krów celem wywózki do „Sajuza”. Przepędzanie krów  na wymienione łąki obserwowało wiele mieszkańców Ustki, ale szczególne zainteresowali się nim dwaj nasi bohaterowie -Marian  Zgardziński  i Jerzy Ziarkowski .-Marian popatrz  , tylko dwu ruskich  pilnuje takiego dużego stada .Choć pogadamy z nimi może uda się odkupić od nich jakąś  tłustą krowę, to na mięsie sporo zarobimy.
-Słuszaj drug ,kak ciebia zwód.
-Mienia Aleksandr.
-Aleksandr nie chociełby ty nam prodać adnu korowu.
-Nu szto wy. Nasz oficier eto czełowiek oczeń sieroźny. Ja nie magu wam prodać. Idzicie, idzicie.
Wobec tak niefortunnie zakończonych negocjacji ,sprawa zarobienia niezłych pieniędzy oddaliła się, wtedy Jurek niespodzianie wyszedł z propozycją nie do odrzucenia.
-Marian , a jak byśmy im jedną krowę podpiepszyli z tego stada ,to ruskie się nie doliczą – zobacz ile tu ich jest.
-Jak się nie doliczą? Widzisz ,że na łbie każdej krowy olejną niebieską farbą wypisany jest kolejny numer.
-Jak jednego numeru nie zobaczą to pomyślą , że się pomylili w liczeniu.
-Niegłupi pomysł -może ty masz rację, ale trzeba to zrobić wieczorem, gdyż w czasie dnia zbyt wiele ludzi kręci się po mieście i może nas ktoś przyuważyć?
-Dobra tak zrobimy.
Po dobrym rozpoznaniu terenu zaczęli realizować swój plan. Rosjanie stado krów na noc , trzymali w prowizorycznej zagrodzie z kolczastego drutu, a sami biwakowali na jej skraju.Do przecięcia drutu wystarczyły dobrze zaostrzone obcęgi.Czynności tej dokonali w trakcie robienia przez Rosjan kolacji w namiocie.Przecięty drut nie udało się naprawić ze względu na mocne jego naciągnięcie.Krasulę wybrali okazałą – wagi około 500 kg. Po zmroku przyprowadzili ją do Zakładu Masarskiego usytuowanego przy dzisiejszej ul. Sprzymierzeńców. Szef zakładu i rzeźnik Czarnkowski , którego dobrze znali powiedział:
-Marian ja dziś uboju tej krowy nie mogę dokonać bo popatrz jak jest ciemno.Muszę też zawołać pomocnika a on mieszka na drugim krańcu Ustki. Zrobimy to jutro przyjdźcie rano to pomożecie.Dobra?
-O.K przyjdziemy może być koło dziewiątej.
-Fajnie to jesteśmy umówieni.Cześć.
Rankiem następnego dnia ,dwaj przyjaciele w drodze do ubojni spotykają jadącego na rowerze kolegę.
-Serwus Jurek-dziś rano ruskie szukali po całej wsi krowy, którą ktoś im podprowadził z zagrody na łące.Byli i u mnie w gospodarstwie, jakieś pół godziny temu i z ich rozmowy zorientowałem się , że po przeszukaniu zagród w Przewłoce udadzą się do ubojni w Ustce , bo tam złodzieje też mogli ją przyprowadzić. Wiadomość ta sparaliżowała ich na kilka sekund,ale nie dali tego po sobie poznać.Szybko pożegnali się z kolegą przyspieszając kroku , a potem zaczęli biec.Zdyszani wpadli do ubojni, gdzie Czarnkowski z pomocnikiem już przygotowywali się do uboju.
-Panie Czarnkowski ,panie Czarnkowski-ruskie szukają tej krowy i niedługo mogą tu przyjść.Trzeba ją gdzieś na razie schować -powiedział rozdygotanym głosem Jurek.
-Uspokój się ,co się stało stało, skąd macie taką wiadomość?
Marian opowiedział jemu całą historię usłyszaną przed chwilą.
-Faktycznie sprawa wygląda groźnie ,nie ma co ukrywać , ale gdzie tu ukryć zwierzę -przecież to nie szpilka!
Blady strach padł na wszystkich jak zaczęli mówić , że w tą sprawę może wmieszać się N.K.W.D.
-Może na strychu w stojącej nieopodal parterowej chałupie Czarnkowskiego co?
-Pomysł nie głupi-ruskim do głowy nie przyjdzie tam szukać krowy. Tylko jest jeden problem jak tak dużą krowę wciągnąć po stromych schodach na strych?
-Dwóch musi ją ciągnąć za obrożę na szyi , a dwóch popychać jej zad.Innego wyjścia nie ma.
Łatwo powiedzieć , gorzej zrealizować-szczególnie ,że pośpiech w tym przypadku był szczególnie wskazany. Krowa z przywiązanymi do rogów linami i obrożą na karku ciągnięta przez Czarnkowskiego i pomocnika , a zad krowy popychali Jerzy i Marian. Wobec nieuchronnie zbliżającej się kontroli ruskich i panującego napięcia nerwowego ich język też zaczął się radykalizować.
Trzy pierwsze schody grupa pokonała stosunkowo sprawnie. W ich połowie zaczęły się kłopoty i komplikacje .Ciągnięta za szuję i rogi krowa z wywalonym ozorem i wybałuszonymi oczyma , nie wytrzymała zafundowanego jej stresu .Z głębi trzewi zwierzę wydało głośne pierdnięcie , a potem strugą krowiego łajna obfajdała „straż tylną”.
-Kurwa mać, ale nas urządziła !!!
-Marian trzymaj mocno bo jak puścisz ,to te spadające cielsko nas zabije!!!
-Zachciało się nam pier……wołowiny!!
-Jeszcze tylko kilka schodów-krzyczał Czarnowski.Damy radę !
Dobrnęli do końca schodów i sapiąc z ogromnego wysiłku powoli zaczęli dochodzić do siebie. Widok Jerzego i Mariana był straszny i śmieszny .Obsrane krowim łajnem twarze,włosy,ubrania stwarzało z nich postacie upiorne i wręcz monstrualnie odrażające.    Wszechogarniający smród ,był nie do zniesienia i przyprawiał o mdłości.Jedyną rzeczą względnie czystą ,były ich plecy.
-Idźcie na dół do domu -zmyć z siebie to gówno, my sobie z pomocnikiem jakoś poradzimy.
Po ich zejściu na dół , krowa również doszła do siebie dając znak nieustającym głośnym ryczeniem.
-Musimy ją tu zabić -bo cała nasza robota pójdzie na marne. Jak ruskie tu przyjdą to ją usłyszą! Leć tylko migiem ,po ten długi ostry nóż i przynieś balię na posokę.Pomocnik skoczył do ubojni.Czarnkowski w tym czasie przymocował krowę linką do belki podpierającej dach. Po powrocie pomocnika rozpoczęli jej ubój. Z wprawą zawodowca -ostrym jak brzytwa nożem poderżnął krowie gardło,z którego chlusnęła struga krwi do podstawionej balii. Krowa gwałtownym szarpnięciem zerwała [słabo w pośpiechu] umocowaną linkę i zaczął się taniec śmierci! Rzucająca się zaczęła demolować strych ,uszkadzając więźbę dachową i zwalając w kilku miejscach dachówki.Chlustająca z tętnicy szyjnej krew zbryzgała nie tylko cały strych , ale również uczestników uboju.Po wykrwawieniu krowa padła, a jej oprawcy zaczęli ucinać łeb z numerem , aby całkowicie uniemożliwić jej identyfikacje.Po wykonaniu tych czynności schodzili ze strychu w kolejności jako pierwszy pomocnik z krowim łbem , który miał za zadanie zakopać go w ogródku, drugi Czarnkowski zlany krwią zabitej krasuli.Przy schodach stała jego małżonka ,która zobaczywszy go w takim stanie ,o mało nie straciła przytomności. Sądząc ,że szalejąca krowa poraniła jej męża. Nie było zbyt wiele czasu na rozmyślania. Boss zrzucił przesiąknięte krwią ubranie obmył twarz i przebrał się w czystą odzież. W niedługim czasie do ubojni wkroczyła ruska ekipa dochodzeniowa.Po rozmowach z Bossem i bezskutecznym przeszukaniu pomieszczeń wyszli klnąc i złorzecząc.
Całemu zdarzeniu – zza gęstych firan przyglądali się [siedząc w gatkach i podkoszulkach] dwaj nasi uszczęśliwieni ,obrotem sprawy  bohaterowie Marian i Jerzy.

Wartime Love Story -cześć II

Powiadomienie o wypisie z oddziału zamkniętego , wprowadziło mnie w doskonały nastrój. Przyjąłem to również z wielką ulgą.
-Jurek i Czesław przyszedłem się z wami pożegnać – dziś wychodzę.
-Wychodzisz?
-Tak przed chwilą byłem w gabinecie lekarskim , gdzie przygotowują mnie „żółte papiery”, które uchronią mnie przed najgorszym scenariuszem , który mógłby mnie zafundować Jaruzelski ze swoją bandą!Człowieka chorego , a tym bardziej wariata nie wsadza się za kratki.
-Szczęściarz z ciebie !
-To się jeszcze okaże .Mam do was jedną prośbę – nie przerwijcie tej działalności samarytańskiej , którą tak długo ciągnęliśmy.
-Masz to u nas jak w banku.
-Zabieram klamoty i jadę do domu. W końcu się wyśpię w swoim łóżku , bez faszerowania psychotropami.
-Coś taki radosny jak wiosenny skowronek ?
-Głupie pytanie , a ty byś się nie cieszył?
Rzeczy spakowane w torbę ,a ja z uśmiechem na twarzy żegnam się z lekarzem dyżurnym i pielęgniarkami.Jadę szczęśliwy do domu.Na progu domu wita mnie siostra Hanka.
-Nawet specjalnie nie schudłeś, na tym szpitalnym wikcie.
-Wiesz jedzenie było kiepskie to fakt,ale brak ruchu powodował , że człowiek nie tracił kalorii stąd taki stan rzeczy.
-Opowiedz jak tam było? Umieram z ciekawości.
To długie opowiadanie siostro o tym co czułem i przeżywałem, o traumie związanej z pobytem wśród ludzi popularnie zwanych świrami,czubkami,wariatami. Na prawdziwą opowieść siostro musisz poczekać .Daj mnie trochę czasu , abym mógł to wszystko ogarnąć.
Rankiem dnia następnego jadę do Słupska i melduję się u kierowniczki Oddziału Nerwic psycholog Krystyny M. Po dopełnieniu stosownych formalności zostaję przyjęty i wprowadzony na salę zajęć terapeutycznych . Przedstawiam się grupie liczącej kilkanaście osób kobiet i mężczyzn.Pierwszą osobą , z którą nawiązałem bliższy kontakt psychiczny ,był mój imiennik Andrzej Miodek. Podobieństwo imion i charakterów sprawiło , że staliśmy się nierozłączni jak bracia syjamscy [bardziej męscy niźli damscy].
Andrzej -wysoki ,przystojny,elokwentny – typ pożeracza damskich serc. No moje odbicie w lustrze -w młodszym wieku i lepszym wydaniu. Odtąd nieodłączny towarzysz -rozumieliśmy się bez słów no taki „brat łata”.Po kilku dniach pobytu, któregoś dnia poznaję Gosię-szczerze wzruszył mnie jej życiorys – do tego stopnia,że postanowiłem jej to powiedzieć.
Kilkuminutowa rozmowa wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie -ciepła , wrażliwa,odpowiedzialna ,ładna to tylko niektóre z jej zalet . Życie też ją nieźle pokiereszowało – dwa nieudane małżeństwa odbiły się w sposób nieodwracalny na jej postrzeganiu świata , a szczególnie jej męskich przedstawicieli. Pomimo wszystko – sprawiała jak najlepsze wrażenie na tle innych kobiet .Zaczynam zabiegać o jej względy , przynosząc codziennie z przydomowego ogródka bukieciki kwiatów.Wręczam jej w obecności grupy -to prawie publiczna oznaka sympatii [z mojej strony].Któregoś dnia wraz z wiązanką padają słowa , które są jak nieformalne oświadczyny: Gosia- Ty będziesz moją żoną.
Osłupienie [wobec tak postawionej kwestii ]sprawiło ,że wypowiedziane słowa nie trafiły do niej zupełnie.
-Ty jesteś …. chyba kompletny wariat!Nie zamierzam układać sobie życia. Mam smutne doświadczenie w kontaktach z mężczyznami- niech to dotrze do ciebie!  Zbyszek  chłop na schwał  [ mający w grupie ksywę Fred]  jest na  Oddziale Nerwic z powodu nadużywania alkoholu i problemów z żoną.Właściwie to jego żona ma problemy z nim. Postać sympatyczna- choć podpadł mnie nieźle , adorując Gosię. Jestem po prostu zazdrosny. Podczas ćwiczeń relaksujących leżą obok siebie, a to mnie wkurza .Proponuje Małgosi zmianę miejsca -ta się nie zgadza.  Kolejny Zbyszek  z Lęborka to postać nietuzinkowa – problemy z alkoholem przywiodły go tutaj. Każdy z nas, ma w trakcie pobytu opowiedzieć swój życiorys. Przyszła kolej na naszego  ”Sabałę”. Żadne słowa nie oddadzą atmosfery , jaka zapanowała podczas  jego mentorskiej  mowy! Życiorys opowiadany z taką swadą i humorem , wzbudzał u wszystkich salwy śmiechu.  Śmialiśmy się  wszyscy – włącznie z prowadzącymi  zajęcia terapeutkami. Jąkanie się prowadzącego – jeszcze ten śmiech potęgowało.Wielka szkoda , że nikt  nie pomyślał o nagraniu tej  ”przemowy” byłby to bez jakichkolwiek wątpliwości  hit kabaretowy. To było niesamowite przeżycie -nigdy w życiu tak się nie uśmiałem. Na pytanie  z czego? Do dziś nie potrafię  odpowiedzieć na tak proste pytanie. Zapamiętałem jedną kwestię z jego życiorysu  -opowiadanie o jego pracy na budowie pod nadzorem majstra Karola-Fryderyka Szatanika.                                                                                                                                                                              -To był prawdziwy Szatan, który po zejściu na ziemię i odrzucenia ogona przyjął imiona swych popleczników -Marksa i Engelsa. Nieustający zaraźliwy śmiech , przechodzący chwilami  w ryk -wydobywający się z kilkunastu gardeł słuchaczy , skończył się wraz z  zakończeniem  życiorysu Zbyszka .  Przyszedł czas na  scharakteryzowanie postaci  mojego ulubieńca i imiennika Andrzeja M. , który znalazł się na Oddziale Nerwic z  powodu zaburzeń emocjonalnych – to oficjalna diagnoza lekarska. Nieoficjalnie  Andrzej był erotomanem , który nie był w stanie przepuścić  żadnej spódniczce . Stąd problemy jego pożycia z żoną. Krew nie woda i jak się daje to się kraje – to jego  codzienne powiedzonka . W stosunkowo , krótkim okresie  [3 tygodnie] znajomości przeleciał 4 babki. Nie miał żadnych zasad i skrupułów w tej materii. Będąc w Lęborku u w/w Zbyszka  - próbował przelecieć jego żonę! Romans z Ewą – spowodował znaczne zawirowanie w jego małżeństwie . Tym razem cała grupa solidarnie stanęła po stronie jego żony -łącznie ze mną. Cel oczywisty- ratowanie jego związku -szczególnie , że Andrzej miał przesympatyczną córeczkę. Adoracja Gosi trwa w najlepsze-dowiaduję się , że 10 czerwca  obchodzi imieniny . To przecież za kilkanaście dni . Na prezent  kupuję skórkowe letnie rękawiczki  i tradycyjną wiązankę. Imieniny były huczne, było nas 6 osób – Bożena siostra Gosi, Leszek -jej  mąż, Danka R. -jej koleżanka, Ja i Julita córka Gosi. Smaczne ciasta, przystawki , winko,ciekawe rozmowy- wszystko to złożyło się na przemiłą atmosferę , która zapanowała przy stole .W późnych godzinach wieczornych – goście zaczęli rozchodzić się do domu , a ja zostałem  znajdując u Gosi swój drugi dom i tak trwam przy niej już przez 33  dobre lata!!

 

 

Lato tego roku oprócz niesamowitych upałów przyniosło nam prawdziwy najazd wczasowiczów. Szczególnie miło było nam gościć Łodzian ,z którymi silnie związany jestem emocjonalnie – więzami wspólnego zamieszkiwania [w przeszłości].
Na szczególną sympatię w oczach żony, a potem i moich – zasłużyła szczupła kobieta w wieku balzakowskim o przemiłym uśmiechu i jakże ciepłej osobowości.Kobieta -która opowiedziała mnie tę historię- Kasia Grabińska {Wiśniewska}. Pochodzi z rozbitej rodziny.
Ojciec alkoholik – stworzył im w domu piekło na ziemi, którego nie wytrzymała matka Kasi- wyprowadzając się z 3 letnią wówczas córką z mieszkania przy ulicy Drukarskiej. Matka założyła drugi związek z którego pochodzi jej przyrodnia siostra Beata. Mijały lata ,a nasza Kasia z dziewczynki- przemieniła się w osobę dorosłą i wyszła za mąż.
Z tego związku przychodzi na świat córka Karolina.
Kiedy Kasia miała 26 lat – umiera jej mama. Śmierć matki przeżyła bardzo boleśnie – została sama nie utrzymując żadnych kontaktów z byłym ojcem.Jedyne wsparcie – które pozwoliło jej przetrwać te jakże trudne chwile otrzymała od męża,siostry Beaty i córki Karoliny.Ojca po prostu wymazała ze swej pamięci. W wieku 34 lat [po zrobieniu kursu] podjęła pracę sanitariuszki w Łódzkim Szpitalu im.dr.Biegańskiego.
Któregoś dnia – do pełniącej dyżur Kasi Grabińskiej przyszła jej koleżanka Małgosia – będąca pielęgniarką na oddziale wewnętrznym.
-Cześć Kasiu.Popatrz dyżur ma się ku końcowi ,a my dopiero się spotkałyśmy.
-No tak to bywa.Co za papiery przyniosłaś ze sobą?
-Karty chorobowe przyjętych pacjentów, aha mam tu chyba kartę twojego ojca bo wiek, nazwisko i imię Jan zgadzają się z wiedzą która posiadam odnośnie historii twojej rodziny.
Na dźwięk tych słów – wypowiedzianych żartobliwym tonem – Kasię sparaliżowało i przez chwilę nie mogła wydusić z siebie ani słowa.
-Znam Kasiu historię twojego życia nie bój się w razie czego damy mu zastrzyk z Pavulonu i będziesz miała go z głowy.
Kasi jednak nie było do śmiechu i żartobliwe uwagi Małgosi – przyjęła z powagą.Pisząc te słowa jednym uchem słucham radia , a tam wokalista Lombardu śpiewa „Przeżyj to sam ” – jakże te słowa pasują do historii naszej Kasi.
-Na której sali on leży ?
-Na pierwszym piętrze pod 18.
Nurtujące pytanie i natłok myśli – kłębiących się w jej głowie sprawiły, że nie mogła się powstrzymać przed próba dyskretnego odwiedzenia pokoju, w którym leży podejrzany. Adres na karcie chorobowej ul. Drukarska zgadzał się – a więc to jest On. Szok w jakim się znalazła nie pozwolił na powstrzymanie malujących się na twarzy emocji. Zauważył to obserwowany pacjent – przyglądający się uważnie młodej kobiecie . W pewnym momencie zapytał.
- Czy ty jesteś Kasia – moja córka?
- Tak proszę Pana.
Aby ukryć narastające wzruszenie – Kasia postanowiła wycofać się na korytarz .Ojciec za nią – tam pada przed nią na kolana i mówi :
_ Córciu wybacz ,wybacz mi!
Sytuację ratuje będąca w pobliżu Małgosia – podnosząc go z kolan.
-Wstań człowieku! Kasia pomóż mi go podnieść – bo On może dostać drugiego zawału!
„Sprawa Kasi”- w szpitalu była szeroko komentowana przez personel medyczny. Zdania na temat ewentualnych kontaktów -były podzielone , jak to w życiu. Dyżur Kasi miał się ku końcowi ,kiedy człowiek mieniący się jej ojcem – poprosił ją żeby następnego dnia przyszła nieco wcześniej na dyżur i przyniosła zdjęcie jego wnuczki Karoliny.W domu mąż zaobserwował niecodzienne podekscytowanie żony i po usłyszeniu historii , która się jej przytrafiła – zrozumiał jak trudną decyzję musi podjąć Kasia.
-Jeśli nie pije to należy dać mu szanse – takie jest moje zdanie.Każdy powinien mieć szanse do naprawienia błędów ,które w życiu popełnił.
To zdanie męża przeważyło szalę dywagacji nad problemem , które zgotowało jej życie.
Następnego dnia – koleżanki tak zorganizowały sobie pracę [przejmując jej obowiązki], że mogła swobodnie z nim pogadać. Rozmawiali całą noc – do białego rana. Opowiedział , że po odejściu mamy pił jeszcze parę lat , aż do dnia w którym znalazł się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Pomyślał sobie Boże – jak tu umrę to nikt nawet nie przyjdzie na mój grób. Tam podjął decyzję!!!
-Panie Boże jak wyjdę z tej choroby to rzucę palenie i picie – przysięgam!
Słowa dotrzymał – znalazł pracę w ochronie zakładu i ułożył sobie życie z nową partnerką. Tłumaczył Kasi, że po tym co zrobił jej matce – wstyd i obawa przed odrzuceniem spowodowały, że nie podjął próby pojednania z matką i córką.Potem dowiedział się od brata ,że była żona też ułożyła sobie życie z innym mężczyzną i ma z nim dziecko – córkę Beatę. Zosia – druga żona ojca bardzo polubiła cudownie odzyskaną córkę męża i ma z nią bardzo dobry kontakt. Trochę jej matkuje – jakby chciała jej wynagrodzić to zło , którego doświadczyła w młodości.Po roku – po raz pierwszy w trakcie rozmowy telefonicznej powiedziała cześć tato.Teraz po 3 latach kontaktów – spędzają razem zawsze I dzień Świąt Bożego Narodzenia , imieniny i często bywają u siebie.Karolina stała się ulubienicą dziadka. Jest normalnie – tak jak w rodzinie być powinno.

Gdzie się podział sierżant Wania !

3

Marzec 1945 roku w Ustce -po zajęciu jej bez żadnego oporu przez „krasnoarmiejców” i panicznej ucieczce większości ludności niemieckiej wydawał się miejscem wyjątkowo spokojnym. Niemcy , którzy zostali byli na łasce i niełasce zwycięzców. Nieliczni Polacy, którzy tu przywędrowali z przymusowych robót w Rzeszy- zajmowali się przywracaniem działalności portu ,rybołówstwem oraz budową nowych struktur administracyjnych. Najważniejszym budynkiem w Stolpminde nie był organizowany na ulicy Marynarki Polskiej budynek ratusza , a znajdujący się na nabrzeżu portowym , magazyn spirytusu. Całodobowa straż postawiona tam przez rosyjskiego komandira miasta świadczyła o jego nadzwyczajnej ważności. Nie dziwmy się komendantowi bo w owych czasach wartość wódki na czarnym rynku porównywalna była z wartością złota. Za wódkę można było kupić wszystko co tylko chciało się mieć ,począwszy od zegarka a skończywszy na samochodzie – oczywiście za odpowiednią jej ilość.Klucze do dwu kłódek założone na drzwiach do magazynu gorzelni i całodobowa warta – stwarzały barierę nie do przebycia, dla potencjalnych chętnych raczenia się spirytualiami, których bez przesady były setki? Życie kulturalne dowództwa rosyjskiego garnizonu składało się w większości przypadków z organizowania częstych pijatyk w towarzystwie kobiet i miejscowych notabli . Zabawa rozwijała się w jak najlepsze , stół suto zastawiony różnego rodzaju konserwami głównie z UNRR-y, oraz różnego kształtu i rozmiarów butelkami kryjącymi w sobie tą jakże cenną zawartość .Na honorowym miejscu za stołem siedział przełożony naszego majora – dowódca okręgu słupskiego pułkownik Siemaszenko w otoczeniu swoich oficerów i naszego gospodarza majora Dobrynina.Scena jako żywo przypomina fragment filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście” z Kobielą w roli głównej – goście ci sami rosyjscy oficerowie i świta tworzącej się polskiej inteligencji połączonej węzłami przyjaźni z szabrownikami i kombinatorami. Około północy, gdy zabawa rozkręciła się na całego do naszego majora podszedł jeden z jego oficerów – odpowiedzialny za udaną ucztę i na ucho mu szepnął. -Panie majorze napitek zaczyna się kończyć! -Zawołajcie mi tu sierżanta Wanię! -Tak jest ! Oficer trzasnął butami i zrobiwszy w tył zwrot dyskretnie wyszedł z sali. W niedługim czasie przy krzesełku majora zameldował się sierżant Iwan Pietrow -zwany pieszczotliwie przez majora Waniuszą. Miał do niego bezgraniczne zaufanie- dlatego zrobił go swoim adiutantem i kierowcą. Pochodzili obaj z Nowosybirska – prawdopodobnie ich rodziny też się znały ,stąd taki stopień zażyłości. -Waniusza weź samochód jedź do magazynu gorzelni i przywieź 3 kanistry spirytusu – no lepiej 4 kanistry na wszelki wypadek. Masz tu 2 klucze od kłódek. -Tak jest – zameldował sierżant i odwróciwszy się na pięcie opuścił salę. Po około 45 minutach wraca [ meldując wykonanie zadania ]- oddaje klucze majorowi. Po rozrzedzeniu w sąsiadującej z salą główną kuchni i przelaniu ich w butelki alkohol trafia na stoły,a zabawa trwa w najlepsze- do białego rana. Rankiem stoły przedstawiały przerażający widok – poprzewracane puste butelki po napitkach, porozlewane napoje chłodzące,walające się resztki jedzenia i co jakiś czas leżący na stole lub pod stołem uczestnik libacji. Sierżant Wania – prawa ręka majora Dobrynina , oprócz służby w Armii Czerwonej zajmował się jeszcze cichym handlem spirytusem.Miał on jedną z zalet człowieka biznesu – ogromne pokłady pomysłowości .Początkowo podczas częstych libacji – ulewał z przywożonych kanistrów trochę okowity dla siebie , ale doszedl do wniosku , że w ten sposób szybko się nie wzbogaci. Myślał , myślał i wymyślił jak się dostać w sposób bezpieczny do magazynowanego [ 50 tys. litrów] zbiornika spirytusu – przed którym stała całodobowa warta. Przed budynkiem gorzelni-zrobionym z czerwonej cegły pokrytej półkolistym dachem z blachy falistej stała niewysoka dobudówka z drewna ,nad którą było okienko wentylacyjne magazynu spirytusu. Stąd po jego otwarciu – po drewnianych krokwiach można było stosunkowo łatwo dostać się do zbiornika jakże cennego płynu. Nasz pomysłowy Wania regularnie 2-3 razy w tygodniu w nocy, a czasem bardzo wczesnym rankiem podjeżdżał służbowym Jeepem w pobliże gorzelni – parkując go w lesie obok. Wyprawa po „złote runo”- zaczynała się od wyjęcia 2 kanistrów – owiniętych grubym kocem, aby zapobiec ewentualnemu hałasowi – po dojściu do bocznej ściany magazynu dostawał się na daszek przybudówki po olbrzymiej pace [ z piaskiem do gaszenia pożaru].Następnie podstawiał drabinę do okienka i stamtąd do zbiornika. Droga powrotna była nieco trudniejsza , ale cóż to dla naszego pomysłowego Waniuszy? Interes kwitł w jak najlepsze gorzałka na czarnym rynku sprzedawała się znakomicie – oczywiście tylko za dobra materialne takie jak zegarki, pierścionki i inne precjoza. Okres prosperity trwał długie miesiące , ale wszystko ma swój koniec- tak i w tym wypadku „woda ognista” zaczęła się kończyć , a wraz z nią złoty interes sierżanta Wani. Początkowo tankowanie do kanistrów spirytusu nie sprawiało żadnych trudności. Zaczerpnięty wiadrem płyn wlewało się przy pomocy lejka do kanistrów – świecąc sobie latarką zawieszoną na ostatnim guziku munduru..W miarę ubywania trunku lustro płynu zaczęło obniżać się tak mocno że zaczerpnięcie wiaderkiem odpowiedniej jej ilości zaczęło sprawiać duże trudności.Jedną ręką należało trzymać się krawędzi włazu drugą – maksymalnie wyciągając -zaczerpnąć odpowiednią jej dawkę. Życie naszego majora w okupowanej Ustce – to życie jak w przysłowiowym Madrycie. Mając takie możliwości jednał sobie nie tylko życzliwość przełożonych, ale załatwiał to co chciał, w tym dodatkowe przydziały konserw mięsnych – ba miał nawet prywatnego Opla, którym po zakończeniu służby wraz z „zorganizowanymi ” dobrami mięli wrócić do Nowosybirska .Upływający czas pełen wszelakich wrażeń – został brutalnie przerwany w związku ze zniknięciem Waniuszy wraz ze służbowym Jeepem. Major niechętnie zawiadomił – swojego kolegę kapitana Rykowa ze Słupska szefa służb N.K.W.D. o zaginięciu sierżanta. Ten wszczął odpowiednie procedury śledcze i przysłał do Ustki 4 swoich najlepszych NKWDzistów. W krótkim czasie odnaleziono stojący w pobliskim lesie – samochód majora w stanie nieuszkodzonym. Dalsze poszukiwania skupiły się na przeszukaniu pokoju sierżanta i tu natrafiono na prawdziwy skarb gromadzony przez długie miesiące. W sprytnej skrytce w dnie dużej walizy – znaleziono 14 ręcznych zegarków,złote stare monety,biżuterię,pierścionki i obrączki w takiej ilości , że sama waliza bez zgromadzonych ciuchów ważyła przeszło 40kg. Po kilku dniach bezowocnych przepytywań i przeszukiwań kapitan Rykow zakończył śledztwo. Stosowny protokół zawierał oświadczenie, że przyczyny zniknięcia Iwana Pietrowa należy doszukiwać się w utonięciu po pijanemu w nieodległym kanale portowym. Major w oficjalnym liście do rodziny potwierdził zgon Wani, ale za przyczynę zgonu przyjął [ wersję bardziej strawną dla rodziny ] wypadek związany z wejściem na minę – co w owym czasie było śmiercią równie często i prawdopodobną. Na miejsce Wani nasz major wyznaczył innego kierowce , a życie wróciło do ustalonego do tej pory trybu.Gdy w potężnym zbiorniku spirytusu zaczęło prześwitywać dno, a ręczna pompa zaczęła zapychać się osadami zgromadzonymi na dnie zbiornika, kolejny adiutant-pompujący wieczorem pozostałe resztki-postanowił oświetlić jego wnętrze . Widok , który tam ujżał niejednego chłopa zwaliłby z nóg w najlepszym wypadku wprowadził w stan osłupienia i szoku. W głębi opróżnionego zbiornika twarzą do góry z wybałuszonymi oczami i szeroko rozwartymi ustami leżały zwłoki zaginionego sierżanta Iwana Pietrowa- zwanego pieszczotliwie Waniuszą. P.S.Złośliwi twierdzą , że zwłoki sierżanta Wani są lepiej zakonserwowane niż ciało Włodzimierza Ilicza Lenina i przetrwają dłużej niż mumia Ramzesa Wielkiego. Smakosze wódki wypitej znad zwłok naszego sierżanta – nazwali ją „nalewką na Wani” lub Wańkówką.

OPATRZNOŚĆ czy PRZEZNACZENIE?

6

Jadę do Warszawy, pociągiem relacji Kołobrzeg-Kraków. Na peronie żegna mnie Małgosia ze łzami w oczach-pocieszając, że wszystko będzie dobrze, wierzę w to głęboko choć cel wyjazdu Instytut Onkologii nie budzi dobrych skojarzeń.

W Słupsku większość przedziałów prawie pusta,wsiadam i zajmuję miejsce przy oknie . Naprzeciwko siedzi młoda kobieta – niezbyt urodziwa, ale jak się potem okazało o gołębim sercu.

Po wymianie zdawkowych uwag o celu podróży , poczułem lekki głód i zacząłem szukać przygotowanych kanapek .Rozczarowany poszukiwaniami , dzwonię do żony  z komórki i dowiaduję się , że kanapki zostały w domu.

Słysząc to sąsiadka zadeklarowała swoją pomoc .

-Podzielę się z panem – szepnęła.

-Dziękuję nie odmówię.

-Proszę bardzo-powiedziała podając mi jedno ze swoich kanapek.

Następne przystanki wypełniają przedział, jedną z pasażerek jest starsza zakonnica, siedząca w drugim końcu przy wejściu.

Drzwi do przedziału otwiera steward z wózkiem .

-Kawa,herbata,czekolada, kakao.

Zakonnica zamawia kawę dla siebie i siedzącej obok sąsiadki.

-A pan co pije?

-Ja poproszę herbatę.

Przy płaceniu- zakonnica nie chce wziąć pieniążków, mówi,że jeszcze dziś nie zrobiła żadnego dobrego uczynku.Ten będzie pierwszy.

-Dziękuję bardzo,tyle tylko mogę zrobić- no może będę mógł jeszcze siostrze opowiedzieć nieprawdopodobną historię, która wydarzyła  się w moim życiu.

Był rok 1967 studiowałem wtedy w Olsztynie ,wraz z moją pierwszą żoną Teresą, któregoś dnia zapytała mnie ,czy pojadę z nią na ślub jej kuzyna Tadeusza Mrówki do Warszawy.

W związku z dużym opóźnieniem pociągu  nie zdążyliśmy na początek ceremonii. Trafiliśmy zatem  na salę z sutą zastawionymi stołami gdzie były 3 wolne krzesła, które zajęliśmy .

Po mojej lewej stronie siedział starszy pan w wieku 50-60 lat.

Toasty wznoszone przez gości- ośmieliły mnie do rozpoczęcia rozmowy z sąsiadem.

-Ja też jestem w jakiś sposób związany z Warszawą zagaiłem rozmowę.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie , ale pozwolił na kontynuację wynurzeń.

-Tu jest pochowany mój ojciec ,który zginął w 1939r. W obronie Warszawy.

-Ja też walczyłem w obronie Warszawy-odpowiedział.

-Mój ojciec walczył na Pradze,w Pułku Dzieci Warszawy ,do którego został wcielony po bitwie pod Mławą, gdzie XX Dywizja Piechoty,w skład której wchodził jego Działdowski Batalion Obrony Narodowej poniosła ogromne straty i jej niedobitki przebiły się do Legionowa, a potem do Warszawy.

-A jak nazywał się pana ojciec, bo ja też byłem w Pułku Dzieci Warszawy i walczyłem w okolicy dzielnicy Utrata na Pradze.

Tak jak ja Andrzej Urban,noszę po nim imię-odpowiedziałem.

Po mojej wypowiedzi zapadła cisza, a sąsiad siedział zszokowany i milczał jak grób. Po upływie dłuższego czasu -cedząc słowa powiedział.

-Ja byłem świadkiem śmierci pańskiego ojca .

Szok tym razem ogarnął mnie,zbladłem nie mogąc z siebie wydusić słowa .W tym momencie czułem się jak bokser po otrzymaniu piekielnego ciosu w głowę -zaniemówiłem.

Siedziałem tak przez dłuższą chwilę w końcu przemówiłem.

-Jak to?

Wiem z relacji mojej matki, której koledzy ojca zwrócili zegarek i obrączkę, że zginął 28 września 1939  r. w ataku na bagnety dostając pociskiem w usta. Dokładnie w miesiąc po rozpaczliwym pożegnaniu w Wylazłowie .

-Niech pan powie jak to było , skoro pan był przy jego śmierci?

-Jest wesele ,nie jest to dobra pora rozpamiętywania tak tragicznych wspomnień.

Proszę mnie nie naciskać, powiem to panu jutro, niech pan przyjdzie do mojego domu na kawę.

Pożyczył od gospodarza długopis i wręczył mi karteczkę z adresem swojego domu. Emocję ,których doświadczyłem uniemożliwiły mi sen [noc miałem z głowy]

Następnego dnia zjawiłem się u mojego weselnego rozmówcy, podawszy kawę zaczął snuć dalszą część opowieści.

W pierwszej kolejności, zweryfikował opowieść mojej matki co do wojskowego stopnia mojego ojca, który według mojego interlokutora miał stopień starszego sierżanta.

-Ja byłem jego podkomendnym, pamiętam dobrze jego wzburzenie po ogłoszeniu decyzji kapitulacji Warszawy. Nie mógł się z tym pogodzić, gdyż na naszym odcinku Niemcy nie zanotowali żadnych sukcesów. Rozkaz jednak to rozkaz i zrobiwszy zbiórkę plutonu odprowadził nas na punkt zdawania broni. Karabiny ustawialiśmy w kozły lub rzucaliśmy na stos, podoficerowie i oficerowie pistolety wrzucali do wiklinowych koszy stojących w pobliżu.

Ojciec pana – wyjął pistolet z kabury i spokojnym ruchem wsadził do ust naciskając na spust. Wystrzał – nawet niezbyt głośny i cichy stuk upadającego ciała wzbudziły poruszenie w szeregach stojących nieopodal oficerów i żołnierzy . W kilka chwil wokół leżącego ciała zaczęli gromadzić się żołnierze otaczając go coraz większym kręgiem .Stojący bliżej pozdejmowali z głów rogatywki ,cisnący się z tyłu dopytywali się -co się stało ,co się stało?

-Ktoś się postrzelił!

-Sanitariusz, gdzie są sanitariusze-rozległy się głosy. Do otaczającego ciało tłumu zaczęli przeciskać się dwaj sanitariusz z torbami. Dobrnąwszy do środka -pokiwali przecząco głowami- jakby chcieli powiedzieć , my tu już nie jesteśmy potrzebni .Do stojącego zbiegowiska podbiega jakiś oficer niemiecki,w stopniu kapitana ,wyjmuje z kabury pistolet i ruchami rąk i okrzykami raus, raus ,raus- zaczął rozpędzać rosnący tłum.Krzyknął do stojących w pobliżu żołnierzy niemieckich żeby przynieśli nosze , na które my Polacy złożyliśmy zwłoki pańskiego ojca. Hauptman wydał kolejny rozkaz o przykryciu ciała kocem i odniesieniu go w pobliże stojących nieopodal ciężarówek. Tłum żołnierzy ponaglany przez Niemców powoli rozchodził się do szeregów i tylko tam prowadzono ściszone rozmowy .Kto to był- kto popełnił to samobójstwo-to nurtujące wszystkich pytanie , przewijało się w różnych konfiguracjach wśród zgromadzonych.W końcu -ktoś z jego plutonu -wymienia nic nie mówiące nazwisko-Urban.Urban nazwisko to jak echo powtarzane w kolejnych szeregach-Starszy sierżant Andrzej Urban. Choć nie urodziłeś się w Warszawie,a w dalekim Galowie, ale teraz już jesteś na pewno pełnoprawnym żołnierzem Pułku Dzieci Warszawy.  Przy śmierci pana ojca było jeszcze wielu kolegów, mam kontakt ze Staszkiem z Siedlec,który ma tam zakład stolarski, może potwierdzić moją opowieść- chce pan jego adres?

-Oczywiście – ołówkiem zanotowałem jego adres na okładce książeczki PKO. Silne emocje, których doznałem spowodowały, że wszystko zaczęło mi się układać w jedną logiczną całość.

Daty zgonu ojca nigdy nie łączyłem z kapitulacją Warszawy, ponieważ wiedza moja w tym temacie nie była wystarczająco dobra.. Przecież to co przekazano matce było tylko półprawdą.

Rozumiem też intencje posłańca, niechcącego przysporzyć jej większego bólu. Podał jej wersję bardziej strawną dla wdowy.

Przez długie lata nie mogłem pogodzić się z decyzją ojca.

Wiem, że wiedział o ciąży żony. Zmobilizowany 28 sierpnia . Matka była  już wtedy w  trzecim  miesiącu ciąży. Ślub majowy grób gotowy – tak mi mówiła moja matka mająca obecnie 96 lat.

Po latach zrozumiałem, że  postępowanie  Ojca wynikło z wychowania w idei miłości Ojczyzny, którą tak ukochał – przecież był zagorzałym piłsudczykiem. Początkowo oprócz informacji o śmierci Ojca nie wiedzieliśmy na jakim cmentarzu złożyli jego prochy. Dopiero siostra Hanka mieszkająca w Warszawie , na moja prośbę wszczęła poszukiwania grobu. W końcu odszukała jego pochówek na Cmentarzu Bródnowskim w grobie NN.

W tej alei są 2 groby NN /w jednym pochowano 18 , a w drugim 11 żołnierzy/. .

Stoję pomiędzy dwoma pomnikami i zadaję sobie pytanie „gdzie leżysz ojcze” ?

Przeczucie podpowiedziało mi , że w tym drugim/11 żołnierzy/.

Przykro mi, że ja Twój pośmiertny potomek nie mogę Ci wystawić nawet skromnego pomnika upamiętniającego Twoja bohaterską śmierć Ojcze.

Niejednokrotnie zadaję sobie pytanie, co sprawiło że znalazłem przy tym weselnym stole człowieka,który opowiedział mi całą prawdę o Twojej śmierci. Prawdopodobieństwo tego zdarzenia jest jak wygrana w Totka , a jednak to niezaprzeczalny fakt , który miał miejsce.

Stąd na usta ciśnie się pytanie? PRZYPADEK to, OPATRZNOŚĆ czy PRZEZNACZENIE.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 tommek