Ustka o ile mi wiadomo jest miastem , które nie ma pomników  przyrody . Jest kilka drzew przy zaułku kapitańskim kilka buków przy kościele .  Nie są to jednak pomniki przyrody ożywionej .Odpowiedzialne państwo  słusznie nakłada  na swoje organy władzy i obywateli obowiązek dbania o drzewa i krzewy  mające więcej niż 10 lat i obwód pnia powyżej 30 cm. Nie wolno ich wycinać ,nawet z własnej posesji bez zgody Urzędu Miejskiego  i taki stan  rzeczy jest w porządku  .Powinnością obywateli i miasta jest dbałość o przyrodę ożywioną to rzecz tak oczywista ,że  wszelkie dyskusje w tym temacie są bezprzedmiotowe .W naszym ratuszu jest nawet stosowne stanowisko , osoby zajmującej się przyrodą na terenie miasta w postaci inspektora d/s ochrony środowiska  p. Ewy Rusieckiej  . Niestety urzędnicy na ogól siedzą za biurkiem i  ” przewracają ” papiery,  w czasie ich  zbytniego nagromadzenia , leżący przed oczyma ich plik tak skutecznie przesłania widok , że zza niego już nic więcej nie widać .Do rzeczy jednak , do rzeczy.  Jest w Ustce zabytkowy  dworzec kolejowy wybudowany w 1911 roku , a w jego otoczeniu wzdłuż starej brukowanej drogi posadzono szpaler jałowców wirginijskich i kasztanowiec .Ze szpaleru jałowców  do naszych czasów zostały 3 sztuki.Jeden z nich posiada jeden z pni o obwodzie  94 cm , a wiek ich szacuję na 120 lat .Kilkanaście lat temu bawiące się dzieci z pobliskich domów rozpaliły pod jednym z krzewów ognisko i do dnia dzisiejszego zostały tylko dwa, w jakże opłakanym stanie .  Wrosłe w nie drzewa bzu czarnego, klonów , akacji  zagłuszają ich wzrost na tyle,że jeszcze trochę , a na naszych oczach zakończą one swój żywot. Sprawdziłem i wiem, że starsze krzewy tego typu w województwie pomorskim znajdują się tylko w Parku Oliwskim. Niestety drzewa i krzewy pozbawił Stwórca magicznej mocy porozumiewania się. Nie mogą prosić o pomoc  ani wołać  ,bo krzyki ich byłoby tak nagminne i głośne  ,że uniemożliwiałyby życie na naszej planecie  . Jedynej pomocy możemy udzielić im my ludzie wyposażeni w ten gen wrażliwości na cierpienie istot żywych .Wiem to z autopsji ,że z tą ludzką wrażliwością jest u nas bardzo różnie ? Rok temu na facebooku pisałem o tym problemie załączając  zdjęcia. Pisałem pisma do lokalnej  centrali P.K.P. w Gdańsku. Interweniowałem w Urzędzie Miejskim- wizytując z panią Ewą [urzędniczką zajmującą się sprawami przyrody ] miejsce w którym one rosną . Zostałem nawet przez nią skomplementowany ,że jestem człowiekiem wrażliwym i co ? I nic jak do tej pory się nie stało !! Przyczyną takiego stanu rzeczy jest podobno problem nie do rozwiązania jakim jest to ,że ziemia na której rosną wspomniane krzewy jest własnością PKP i nie można w tej materii nic zrobić . Przypomina mi się tu sprawa umierającego człowieka w pobliżu szpitala, do którego nie może przyjść lekarz ,bo regulamin szpitala mu na to nie zezwala.   Wiem ,że na jednej z sesji RM była procedowana sprawa przejęcia obiektu dworca za symboliczną złotówkę  , ale burmistrz tak przekonywał radnych , że jest to sprawa tak niekorzystna dla miasta, że ci nie wyrazili zgody na przejęcie zabytkowego budynku , który mógłby n.p.  pełnić rolę muzeum miejskiego , lub innego obiektu użyteczności społecznej .Dziwię się tej ewidentnej znieczulicy społecznej , która potrafi dostrzec pyłek w cudzym oku nie dostrzegając belki  we własnym .Co tam zabytki przyrody ożywionej  ewidentnie tak rzadkie w naszym mieście – przecież to nie nasze -tylko PKP ? Takie podejście do sprawy świadczy o jakże niskim poziomie naszej świadomości ekologicznej  nie mówiąc już o patriotyzmie lokalnym . Boli mnie ta urzędnicza znieczulica , ale głową muru nie przebijesz – powie ktoś życzliwy . Sam na pewno nie , ale wierzę , że w moim mieście są ludzie , którym problem ten nie jest obojętny i potrafią podjąć walkę w jakże słusznej sprawie .                                                                                                                      Druga sprawa związana z przyrodą, to sprawa systematycznego wymiatania [ co roku w miesiącach jesiennych]  liści i igieł w lasku południowym , leżącym pomiędzy ulicami Wróblewskiego a Słupską .Nie miałbym nic przeciw zamiataniu  liści na znajdujących się tam licznych  chodnikach , ale nie- tam się wymiata ściółkę do podłoża patrz foto. Nie trzeba być wybitnym biologiem , żeby wiedzieć ,iż każda roślina do swego wzrostu potrzebuje stosownego nawożenia  [tak kwiat doniczkowy, krzew czy drzewo ]. Wygrabianie ściółki w wymienionym  lasku to zabieranie drzewom tworzącego się z nich humusu  niezbędnego do ich wzrostu. Na moje pytanie do ekipy sprzątającej  liście :- Czemu to orbicie – odpowiedzial ich brygadzista : -Panie ja jestem z wykształcenia technikiem leśnictwa i zdaje sobie sprawę z głupoty którą robię , ale ja tu nie mam nic do powiedzenia. Muszę robić to co mi moi przełożeni karzą….!! Moje pytanie do jego przełożonych postawiłem w  tytule tego artykułu.Powiem jak zwykle szczerze  nic nie ukrywając, że czuję się trochę zawiedziony postawą pana przewodniczącego R.M.  - niewątpliwego miłośnika przyrody dbającego o swój ogródek przydomowy, w którym niepoślednie miejsce zajmuje jego kolekcja lilii tak pięknie uprawiana i nawożona , że nie dostrzega tego problemu w nieopodal leżącym lasku.Nie chciałbym tu być złośliwy , ale tytuł najlepszego radnego powiatu  słupskiego do czegoś zobowiązuje p. Grzegorzu. Moja św. pamięci babcia  zawsze mi mówiła , że o cudze [miejskie] dbać trzeba bardziej niż o swoje , bo to dobro wspólne !                   Trzecia sprawa , która mnie uwiera  to zlecanie opieki nad  przycinaniem drzew osobom absolutnie niekompetentnym , nie mających pojęcia o cięciu drzew . Świadczą o tym pozostawione przy obcinanych konarach pieńki , które nie mogą być zalane przez tkankę kallusową. Pozostawione w takim stanie po dłuższym okresie gniją  i pozostawiają dziurę w konarze. Stosownym służbom miejskim polecam książkę prof. Pieniążka światowej sławy biologa i sadownika . Kończąc ten felieton chciałbym , aby słowa zawarte w jego tytule odeszły na zawsze w niepamięć – czego w nowym roku sobie i państwu  z całego serca życzę .