Kolejny dzień wojaży zapadł mi głęboko w pamięci ,gdyż tym razem pogoda nie dopisała .Właściwie była typowo angielska mglisto i dżdżysto  . Zawiedziony Bartek- ma wyrzuty sumienia , jakby to On był winny , że pogoda nam nie sprzyja . Pocieszam go , że tutaj nawet Święty Andrzej – patron Szkocji  ma niewiele do powiedzenia – tak tu jest. Jazda samochodem nad malownicze jezioro Loch Lomond  , zabrała nam sporo czasu .Dwie godziny jazdy , w większości wąskimi drogami , otoczonymi kamiennymi murkami  nie należało do najprzyjemniejszych .Mgły trochę się przerzedziły , a więc widok na jezioro jest niezły , choć marzył by się lepszy .Wchodzimy na sąsiadujące z jeziorem wzgórze i pomimo lekkiej mgły jawi nam się zapierający dech w piersiach widok . Jezioro o długości 39 km w najszerszej centralnej części usiane malowniczymi zalesionymi wyspami .Na szczycie wzgórz jakiś zauroczony japoński turysta ,postawił pomnik w postaci stelli  z napisem upamiętniający swój pobyt.Napis  cytuje: Jutro też będzie słońce .Wolałbym , żeby było dzisiaj , ale nie ma co marudzić ,ważne że nie leje . Bajkowy krajobraz uzupełniają malownicze drzewa , pokryte po wierzchołki wiszącymi porostami , jak w tajemniczych tropikalnych deszczowych  lasach .Bartek robi zdjęcia , niektóre naprawdę wspaniałe , można by z nich zrobić masę pocztówek reklamujących ten region .Pozwolę sobie zacytować znanego angielskiego podróżnika i pisarza H.Mortona , który tak pisze -cytuje : Ileż piękna Loch Lomond zawdzięcza swoim wyspom , które pokrywają jak klejnoty jego powierzchnię .Na jednej z nich o nazwie Inchconnachan , żyją przywieziony w 1940 roku z Australii ,niewielkie kangury walabie . Jest to jedyne takie miejsce w Europie .Obecność walabii zagraża rodzimym gatunkom głuszców .Stąd zażarta dyskusja w prasie na temat  ewentualnej eliminacji rozmnażających się tam kangurów  ze środowiska wyspy . Ostatni dzień pobytu to wyjazd w nieznane . Będąc w Queensferry , zaobserwowałem w oddali na drugim brzegu zatoki , dosyć wysokie pasmo górskie – sugerując Bartkowi ,że jeszcze tam nie byliśmy ? Bartek podjął temat i następnego dnia jedziemy .Tym razem skład członków wyprawy poszerzony o Amelkę i jej pupilka pieska Dodo .Nie dziadziuś ,nie  to nie mój pupilek -to piesek rodzinny prostuje Amelka. Kierunek wybrany .Jedziemy przez most w kierunku widocznych z daleka wzgórz Ochil Hills  . Zatrzymujemy się się u ich podnóża, w miejscowości o wdzięcznej nazwie Dollar .Mamy , mały problem z zaparkowaniem . Znajdujemy parking przy lokalnym polu golfowym . Stąd jego skrajem idziemy w kierunku widzianego w oddali  szczytu. Pogoda jak na zawołanie . Amelka i Dodo w czołówce , dzielnie pną się po stoku. W trakcie wspinaczki przekraczamy kamienny płot , to koniec golfowiska.Idziemy przez łąki z pasącymi owcami .Nagle  stajemy jak wryci .Przed nami, w głębi zalesionego stoku , stoi [jak jakaś zjawa] cudownie usytuowany zamek , z daleka wygląda na niezniszczony . Zmieniamy plany , w pierwsze kolejności musimy obejrzeć zamek. Idąc w jego kierunku, napotykamy urwisty żleb z płynącą w dole rzeką ,która uniemożliwia nam dalszy marsz .Musimy zawrócić i zejść prawie na dół stoku , gdzie Bartek wypatrzył mostek na rzeczce .Po przekroczeniu mostku, dostrzegamy  szlak wiodący tym razem na pewno do tajemniczego zamku. W trakcie wspinaczki , w której bryluje oczywiście Amelka i Doduś , mijamy piękne wodospady , przepastne kotliny o zboczach porośniętych zielonym dywanem roślin. Widoki jak z fantasmagorycznych obrazów Teofila Ociepki , brak mi tylko tych fantastycznych zwierząt , które On malował.Jesteśmy pod wrażeniem .Robimy dużo zdjęć  [szczególnie Bartek] upamiętniających piękno tego tak przypadkowo wybranego szlaku.Po godzinnej wspinaczce , z pomiędzy drzew wyłania nam się kamienna bryła zamczyska. Zatrzymujemy się na parkingu przed zamkiem. Z tablic informacyjnych dowiadujemy się , że to siedziba zacnego klanu Campbellów. Historia zamku też nad wyraz ciekawa. W 1556 roku zamek w swych murach gościł współtwórcę Szkockiego Kościoła Katolickiego [prezbiterjańskiego]  Johna Knoxa ,a w 1563 królowe Szkocji Marię Stuart , zamordowaną potem przez jej siostrę Elżbietę .W przewodnikach piszą , że Campbell Castl  jest najładniej położonym zamkiem w Szkocji – trudno się z tym nie zgodzić ! Wstęp na zamek płatny 5,50 funta od osoby . Niestety nie wzięliśmy ze sobą pieniędzy , a więc ze zwiedzania nici. Zgłodniali , na ławeczce u stóp zamku jemy kanapki popijając wodą .Po posiłku ,marsz w kierunku szczytowego pasma Ochil Hills . W dole jawi nam się miasteczko Dollar , a przed nami na przemian widzimy mniejsze lub większe pasma wzgórz .Do tego najwyższego jeszcze kawałek drogi . Po wejściu na kolejne wzgórze widzimy w oddali , na północnym stoku jednego z nich białą rozległa plamę .Nie może to być nic innego jak zalegający  śnieg .Kierunek i cel wyprawy zdaje się być bliski , ale to tylko miraż , za kolejnym wzgórzem przepastny kanion ,który uniemożliwia nam marsz .Musimy trawersem przejść przez żleb i przejść na sąsiedni stok , który mamy cichą nadzieje będzie tym ostatnim . W żlebie, po raz pierwszy spotykam się z leżącym tu śniegiem , przecież to kwiecień. Bartek zjeżdża na butach , jak na nartach [robię zdjęcia]. Amelka próbuje go naśladować , ale nie możemy jej na to pozwolić  z przyczyn wiadomych .Po wyjściu ze żlebu , musimy zaliczyć jeszcze kolejne poletko śniegowe i idziemy w kierunku szczytu. Nasza dzielna Amelka po raz pierwszy mówi , że bolą ją nóżki .Bartek proponuje jej pozostanie na miejscu bo do szczytu zostało może 300 m .Razem z Dodusiem  docieramy do kamienistego nasypu , który jest najwyższym wzniesieniem Ochil Hills. Przed nami niezapomniany widok na całe pasmo górskie , widoczne mosty w Quensferry, zatokę Firth of Fort, miejscowości Stirling i Dollar .Schodzimy ze szczytu w świetle zachodzącego słońca do zaparkowanego auta.Po drodze niestrudzony Doduś dzielnie goni bojaźliwe owieczki . Do czasu kiedy zobaczył bojowo nastawionego barana , naraz odwaga jego jakby zmalała i przeszła ochota na dalszą pogoń za owieczkami. Udaje przed baranem , że nie ma sprawy , on ich nie goni ,tylko one same przed nim uciekają. Zejście po południowym znacznie łagodniejszym stoku nie sprawia już takich kłopotów.Około 20 wsiadamy do auta żeby około 21 zameldować się w Edynburgu .Tak zakończyła się moja ostatnia wyprawa z Bartkiem , Amelką i Dodusiem do górskiej siedziby Szkockiego klanu Campbelów. Jutro żegnamy się na lotnisku i z żalem i łzami  w oczach opuszczamy szczęśliwy dom w mieście marzeń .IMG_1016IMG_1025IMG_0948IMG_0794