Pisanie dziś o szczęściu ,w świecie toczących się mordów na chrześcijanach w państwie ISIS , ginących Ukraińcach broniących swojej ojczyzny, czy też ginących ludziach w katastrofach lotniczych jest co najmniej nie na miejscu, ba powiedziałbym nawet ,  że jest obrazoburcze .Psuje nam widok świata ogarniętego szałem zagłady – tego co dobre i szlachetne . Zbliżająca się pora odlotu do Edynburga, na tle mordu 149 pasażerów  ARBASA-A320 , którego dokonał szaleniec Andreas Lubitz ,kierując samolot prosto w jeden ze szczytów alpejskich , też nie napawa optymizmem . Szczególne podenerwowanie widzę u żony ,gdy rozmawiamy o tragicznym kroku pilota samobójcy. Po odprawach, rewizjach i sprawdzaniu dokumentów- lecimy.Pogoda na lotnisku L.Wałęsy [nas nie rozpieszcza] zaledwie 4 stopnie C- wiatr i deszcz ze śniegiem  na porządku dziennym. Kołowanie i start ,bez większych niespodzianek. Na pułapie przelotowym wita nas słoneczko , a pod nami biel obłoków. Wypatruję na próżno dziur w chmurach. Po godzinie lotu – gdzieś nad morzem Północnym pojawiły się pierwsze prześwity [w chmurach], baranki rozstąpiły się i zobaczyłem sine wody z kłębkami białych kłaczków które w zbliżeniu okazały się grzywami fal. Po kolejnej godzinie -jesteśmy nad lądem stałym [to już Szkocja] jeszcze tylko zwrot nad zatoką Firth of Fort i kierujemy się w stronę lotniska. Pod nami dzielnica Edynburga – Portobello , port Leith  z jego wizytówką [królewskim jachtem Britannia ] oraz sąsiadującymi wyspami Cramond  i Incholm .Zniżamy się nad lotnisko , silny wiatr rzuca samolotem raz w lewo ,raz w prawo. Przyziemienie dosyć twarde ,ale bez większych problemów. Po odprawie paszportowej – czeka na nas trójka Czekajów .Ktoś pomyśli, że tworzę nowomowę . Nie – tak po prostu nazywa się mój szczęśliwy zięć Bartek Czekaj. Pierwszy dzień pobytu w wieżowcu o wdzięcznej nazwie  Hutchison House [po zjedzeniu posiłku ] spędzamy na pogaduchach o wszystkim i niczym. Kolejny dzień -jedziemy z Bartkiem zwiedzać zamek Craigmillar i wzgórze Calton Hill z monumentalnymi pomnikami w postaci wieży Nelsona i Panteonem  poświęconym pamięci żołnierzy szkockich, którzy zginęli w wojnach napoleońskich.Dzień następny -to samotna wyprawa do dzielnicy Cramond , sąsiadującej z wyspą o tej samej nazwie. Zaopatrzony przez Gosię  w kanapki i picie, idę w kierunku dobrze widocznych wzgórz Corstorphine Hill [charakteryzujących się dwiema wielkimi antenami nadawczymi] .U stóp wzgórz , leżą wielkie pola golfowe , a szczególnie na jej południowo-zachodnim stoku .Nie zaczepiany przez nikogo wchodzę na pole golfowe i idę wzdłuż płotu, tam gdzie nie grają golfiści . Rozzuchwalony , brakiem jakiejkolwiek reakcji idę na ukos trawiastego stoku pola golfowego .W pewnym momencie staje przed kamiennym płotem  [otaczającym golfowisko ] o wysokości 2 m , który trzeba przekroczyć, ale jak? W pobliżu wypatruje karpę po ściętym drzewie , wystającą ponad podłoże  na 75 cm , która umożliwia mnie dostanie się na grzbiet muru .Stąd tylko 2 m skok w dół i jestem bliżej celu. Z wierzchołka widzę w oddali zatokę Firth of Fort , a więc już nie tak daleko .Kierunek marszu wskazują przelatujące co 2-3 minuty samoloty , kierujące się na pobliskie lotnisko .Przygotowując się do lądowania obniżają lot właśnie nad wyspą Cramond, którą widziałem wyraźnie podczas lądowania . Kierunek marszu wytyczony , jeszcze tylko zrobię zdjęcie przepięknie kwitnących rododendronów , przed uroczą rezydencją bogatego Szkota. Robiąc zdjęcia- zostaje zaproszony ,przez pracującego tam ogrodnika , do wnętrza ogrodu. Z jego wypowiedzi orientuje się ,że tamtejsze rododendrony zaczynają kwitnąć już w grudniu , co nie jest dla mnie zaskakujące , bo byłem tam w grudniu i styczniu 2014-15 r. Podziękowawszy za możliwość zwiedzenia ogrodu idę dalej – wybrzeże zatoki widać coraz lepiej. Jeszcze tylko łąka z pasącymi się owieczkami [białe futra -czarne łebki ] rasy Kent , przechodzę po drutami kolczastymi otaczającymi łąkę i po 15 minutach jestem nad zatoką . Ufffffffffff.  Zgłodniały siadam na ławeczce i zaczynam wcinać przygotowane przez Gosię kanapki , przyglądając się przechodzącym ludziom i nieodległej wyspie Cramond i Inchcolm . Przy brzegu stoi olbrzymi czerwony głaz wyrzeźbiony w kształcie ryby z napisem Cramond Fish .Nasyciwszy się widokami wysp Cramond i Inchcolm [z ruinami średniowiecznego opactwa]. W drodze powrotnej przez pola , łąki i parki  przy Cramond Road odkryłem [opisywany w przewodniku po Edynburgu ]  pałacyk Lauriston Castle . Pałacyk -przepięknie położony w cudownym wielkim ogrodzie , w stylu angielskim , ale znakomita jego część zaprojektowana i wykonana przez mieszkańców japońskiego miasta Kioto [dawna stolica Japonii] dla zaprzyjaźnionego Edynburga . Robię kilkanaście zdjęć [szczególnie ogrodu japońskiego] i marsz w kierunku dzielnicy Haymarket . Zmęczony jak cholera ostatkiem sił docieram do domu. Tym razem przeceniłem swoje siły , pobyt w szpitalu [ jeszcze 2 tygodnie temu ] dał mnie się nieźle we znaki. Sześciogodzinny marsz ze średnią prędkością 5 km/ godz daje w sumie 30 km , a to trochę za dużo jak na moje lata .                                                                                                                                                                                                                     Na zdjęciu 2 -słynna kamienna rzeźba Cramond fish  ,zdjęcie 1 to dobrze zachowane ruiny zamku Cragmiiler Castle ,kolejne to widok na wyspę Cramond z ogrodów japońskich Lauristone Castle .

DSC07830

DSC07914

ogród