Zwiedzamy Liwadyjski Pałac Potockich – przyglądamy się obrazom wielkiej trójki z postacią Stalina w środku . Przewodniczka  [ładna Ukrainka] rozwodzi się nad zaletami -wodza,  ja myślę kiedy to wszystko się skończy ,  bo  noga zaczyna   boleć na dobre . Siadam na najbliższym krześle .Nagle słyszę przerażający krzyk , który zmroził mnie na chwilę . Zrywając się z krzesła odczułem  przeszywający  ból w nodze i przechodzące  ciarki. Nie wiem czy  od krzyku przewodniczki , czy może nieopatrznie usiadłem na krześle Stalina  tego wcielonego  szatana – mordercy mojego stryja [ w Katyniu]. Po zakończeniu zwiedzania całą grupą  udajemy się na promenadę Jałtańską  biegnącą wzdłuż  brzegu Morza  Czarnego . Na nabrzeżu rzucają się nam w oczy dwie długie stojące kolejki.  Pierwsza- do sprzedawanych z przyczepy  traktora arbuzów. Stajemy grzecznie w kolejce , która szybko się przemieszcza i kupujemy – każdy po dwa arbuzy . Nie przygotowani do jakichkolwiek zakupów zmuszeni jesteśmy do transportowania ich pod pachami rąk. Wygląda  śmiesznie  jak tak  duża grupa pań i panów przemieszcza się z dużymi arbuzami do następnej  znacznie dłuższej  kolejki. W tej drugiej stoi  około 90-100 osób w większości  mężczyźni. Kolejka porusza się bardzo wolno . Podchodzimy bliżej i widzimy olbrzymi zbiornik [  na przyczepie samochodu ciężarowego]  z napisem SUCHOJE – młode wino. Przy kranie spustowym stoi facet w przybrudzonym białym kitlu , który do trzech grubych litrowych kufli  do piwa- nalewa winko . Pełna kultura picia ! Stojący w długiej kolejce dopingują tych pijących okrzykami  -  tempo , tempo, tempo!  .Ci chcąc sprostać ich zachętom – piją na czas, kto  szybciej ! Niektórzy podczas picia zachłystują się  i część winka wylatuje nosem . Po wypiciu- kufelek jest elegancko przepłukiwany w stojącym obok wiaderku i dalej jazda . Przez godzinną   obserwacje  kolejki, nie zauważyłem , żeby wodę w wiaderku ktoś wymieniał. Kolejka porusza się w tak wolnym tempie , ponieważ trzy kufle , które trzeba opróżnić – blokują jej szybkość . Mądrzejsi tubylcy przychodzą z litrowymi słoikami i podchodzą bez kolejki,  co spotyka się niezbyt przychylną reakcją kolejkowiczów i wprowadza niepotrzebny ferment. Kochani koledzy stwierdzili kategorycznie, że stanie w kolejce z arbuzami pod pachą jest bardzo niewygodne .W związku z powyższym  [ ponieważ chory pić winka nie może] powierzamy ci bardzo odpowiedzialne zadanie – będziesz pilnował naszych arbuzów. Nie czekali na moją zgodę , posadzili mnie na  ławce i obłożyli arbuzami. Sami stają w gigantycznej kolejce .Obłożony arbuzami  staję się obiektem zainteresowań  przechodniów , którzy myślą , że jestem handlarzem i co rusz pytają  się – po ile są te arbuzy? Muszę  się gęsto tłumaczyć , że  nie sprzedaję – tylko pilnuje. Odchodzą srodze zawiedzeni , a ja mam dosyć  pytań. Po godzinie stania, koleżeńska grupa  zaczyna  tankować winko , również ponaglana do szybkiego opróżnienia kufli  . Jedni piją po jednym kufelku , inni nawet po dwa. Wraz z ilością wypitego trunku , rośnie atmosfera ogólnego rozluźnienia. Palące słońce , w sposób znaczący przyśpiesza ten proces. Picie młodego winka przebiegało w atmosferze ogólnego podniecenia wywołanego nie tylko tempem picia , ale również kłótniami o kufle. Szczególne pretensje miano do  ”repetentów” , którzy kolejny litr napitku spożywali w tempie znacznie wolniejszym od zakładanej normy. Zdarzały się przypadki wyrywania sobie kufli z rąk  i dochodziło do szarpaniny i nieprzyjemnych przepychanek. Harmider i kłótnie  towarzyszyły tej szczególnej atmosferze . Nie była to uczta za stołem w w sali Bachusa ,  raczej w jego chlewie  w towarzystwie  chrumkających , kwiczących , cisnących  się do koryta świnek.  W pewnym momencie – dochodzi do rozłamu [wśród pijących] jedni mają dosyć a  drudzy chcą jeszcze raz stanąć w kolejce po kufelek winka. Sytuację uzdrawia przewodniczka – informując , że nie ma czasu” na  powtórkę z rozrywki”bo autokar do Gurzufu  odjeżdża za 30 minut. Odgłosy niezadowolenia [ grupy niedopitych ]  towarzyszyły nam , aż do drzwi  autobusu.  Towarzystwo zaczyna się zbierać wokół mojej ławki, każdy bierze swoje arbuzy i chwiejnym krokiem zmierza w stronę  autokaru. Witek przychodzi jako jeden z ostatnich , bierze pod paszki swoje kawony i udaje się w ślady  pozostałych.W pewnym momencie jeden z arbuzów wypada mu z rąk  na ziemię. Nie  podnosi go , lecz zaczyna  toczyć po chodniku jak piłkę – wzbudzając u pozostałych falę wesołości . Nagle z stojących , przy barierce grupy Rosjanek odrywa się  jedna  krzyczy , klnie i gestykuluje rękoma – podbiega do Wiktora : To wy Polacy -swołocz takaja- to ja za was w czasie wojny krew przelewałam , a wy tak marnujecie pracę ludzkich rąk ! Pada stek rosyjskich przekleństw [ których tu nie przytoczę]. Riposta  Witka jest natychmiastowa :               -Martw się lepiej babo tymi  tonami winogron , które tam na zboczach [w waszych kołchozach] gniją na krzakach , bo nie ma kto ich zbierać!                                                                                                      Baba klnie jeszcze więcej ,  grupa krokiem trochę chwiejnym , ale co ważne – porusza się do przodu. Na końcu orszaku Bachusa – kulając swojego arbuza idzie nasz prowokator Wiktor. Wsiadanie do autokaru przebiega bez większych problemów – nie licząc trzech rozbitych arbuzów . Witek swojego dokopał w całości . W końcu ‚wesoły autobus” rusza z miejsca. Wewnątrz rozbawione towarzystwo zaczyna śpiewać piosenki biesiadne, a   kulające  po podłodze arbuzy , dopełniają  atmosferę super wesołości. Upalny dzień – nagrzał blachy autokaru – towarzystwo zaczyna otwierać okna . Po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyboistymi drogami [ kilka osób z tych co więcej wypili] zaczyna spłacać dług Bachusowi. „Haftują” w reklamówki  i wyrzucją [na szosę]przez  okna . Zapach taniego wina i wymiocin rozchodzi się po autokarze. Część kobiet , zmienia miejsca siedzenia , widząc jak jej sąsiadowi zbiera się na wymioty. Pomimo otwartych okien i przeciągu , wspomniane  zapachy pozostają wewnątrz autokaru, bo niektórzy koledzy nie trafiali do reklamówek , lub  tylko częściowo. Czas mija z  łbów uczestników libacji , aż się ” kurzy’, a wesoły autobus jedzie dalej. ” Góralu czy ci nie żal ” kończy pijacki repertuar utworów biesiadnych. Po 45 minutach jesteśmy w Gurzufie. Rozbawione towarzystwo  [ trochę chwiejnym krokiem]  wysiada z arbuzami  i tak mi się wydaje, że z jadącej grupy mężczyzn dwóch było tylko trzeźwych – kierowca  i ja.                             Kolejny dzień pobytu jawi nam się  jako  ”dzień trzeźwienia” i leczenia kaca . Następnego dnia wyjeżdżamy do Soczi . W dniu wyjazdu- w ośrodku  ogólny rozgardiasz  autobusy stoją przed wejściem .  Pakujemy torby i lokujemy się w ich wnętrzach. Wśród kolegów biorących udział w wyjeździe  jest Czesiek L. – sympatyczny młodzian , który w trakcie pobytu poderwał recepcjonistkę o imieniu Tania . Imię to w języku polskim ma niezbyt dobre konotacje . W pijanym widzie podczas „tokowania”  , grami wstępnymi  a pójściem do łóżka – obiecał jej [w obecności jej koleżanki ] , że się z nią ożeni. W trakcie pobytu – Czesiek był  dwukrotnie przywoływany do spełnienia  przyrzeczenia . Tania obiecankę ożenku wzięła na serio i twardo obstawała przy swoim . Czesiek też jest spakowany , wychodzi na balkon  z którego chce zrobić pożegnalne zdjęcie okolic ośrodka. W pewnym momencie zaobserwował  stojącą przed  schodami wyjściowymi [swoją ulubienicę]   Tanie  w towarzystwie wujka milicjanta . Milicjant i wściekła  ”narzeczona” – to może być  ”mieszanka wybuchowa”. Sprawa wygląda na tyle poważnie ,  że efekt końcowy jest nieprzewidywalny. Co tu robić? Po szybkim przeanalizowaniu sytuacji podejmuje decyzję . Prosi kolegę [ z pokoju]  o zaniesienie j bagażu do pierwszego autokaru [stojącego najdalej od drzwi wejściowych], sam schodzi na wysoki parter i  z balkonu   na tylnej ścianie budynku skacze  na okalający budynek – kwietnik. Przemieszczając się pod tylną ścianą budynku , wsiada niezauważony do pierwszego autokaru . Tam czeka na niego bagaż – informuje kolegę ,że do chwili odjazdu  będzie siedział w kucki na podłodze pomiędzy siedzeniami . Miał przeczucie bo Tania wraz z wujem  dwukrotnie obchodzili autokary , przed ich ostatecznym odjazdem. Nie zdecydowali się jednak na sprawdzenie  wnętrza. W końcu ruszamy z miejsca – żegnani rozczarowanym wzrokiem Tani i jej wuja. Nie mogli zrozumieć , gdzie się  mógł podziać  Czesiek L. jej „niedoszły narzeczony”. Droga strasznie się dłuży , choć mijane krajobrazy są bardzo malownicze. W połowie trasy , kierowca zatrzymuje się  przed przydrożnym kioskiem z napojami. Wysiadam z Józkiem i  jako pierwsi  podchodzimy do kiosku.  Z wnętrza kiosku wyłania się postać  faceta o ciemnej karnacji [ Gruzin myślę ]. Patrzę w głąb kiosku i oczom własnym nie wierzę – na ścianie w  ramkach wisi portret Stalina.                    -Józek  co to za dziad wisi  na ścianie  - rzekłem z ironią. Gruzin zrozumiał – bo jego twarz w mgnieniu oka zrobiła się purpurowa, oczy nabiegły krwią zmieniły jego oblicze w pysk rozszalałego brytana. Łapie za nóż – gotów do morderczych czynów , tak jak to robił jeszcze niedawno  jego  poplecznik. Widząc taką reakcję [ zwolennika stalinizmu] , dyskretnie ulotniłem się z miejsca zdarzenia ,bo wynik tego starcia byłby nieprzewidywalny. Sytuację ratował Józek , który tłumaczył Gruzinowi , że kolega nie zna historii , a Stalin to wielki człowiek. Masowy  ”wysyp” autokarowych klientów, otaczających kiosk  i zamawiających szczególnie piwko , odwrócił uwagę Gruzina od incydentu. Ruszamy dalej , następny przystanek – to już cel naszej podróży  Soczi. Pawilon mieszkalny – to piętrowy mocno przeszklony budynek , leżący 30 m. od morza . Stołówka i pozostałe pawilony zatopione w zieleni   egzotycznych krzewów , palm i bananowców. Warunki w pokojach 3-4 osobowych dobre – łazienki w pokojach , tworzą  oznaki  ”małego komfortu”  z jakim dotychczas nie spotkaliśmy się. Widoki z okna na góry Kaukazu – niezapomniane , wyżywienie dobre , no żyć nie umierać ! Rozbawione towarzystwo, po zapoznaniu się z „terenem” – rusza do dyskoteki pod gołym niebem .Oczywiście pierwsze kroki kieruje do barku – gdzie serwują niezłe drinki. Towarzystwo międzynarodowe  oprócz  Polaków i Węgrów są tam Rosjanie . Tańcom i drinkowaniu nie ma końca . Poznałem tam nauczycielkę z   Białorusi , a konkretnie z Brześcia , z którą wywijaliśmy na parkiecie. W trakcie zabawy podchodzi do nas młody Gruzin , przedstawia się i siada przy przestronnej ławie . Po chwili ,nie pytając nikogo o zgodę wylewa na posadzkę resztki niedopitych drinków. Chwila konsternacji  [jak towarzystwo zareaguje na taki afront] nie trwa długo – z wewnętrznej kieszeni  marynarki wyjmuje piersiówkę i rozlewa do opróżnionych kieliszków . Na pytanie co to jest za trunek [odpowiedział ] ” czacza”. Próbujemy  [mocny jak cholera] – z tłumaczenia dowiadujemy się , że jest to 70% spirytus winogronowy. Po wypiciu 3-4 drinków i zdecydowanej poprawie humoru-czas na tańce  . Próbuję  wstać od stołu i poprosić nauczycielkę. Niestety – próba nie udała się, bo nogi mam jak z waty i odmawiają mi posłuszeństwa, a rozum jasny i wesoły . Cholera co  robić ?Jak  dojdę do pokoju na takich nogach – to i inne pytania nie dają mi spokoju .  Dochodzę do wniosku , że tylko upływ czasu może mnie uratować . Piję tylko wodę mineralną , aby rozrzedzić  spirytus  i czekam na odzyskanie władzy w nogach . Po dosyć długim czasie dochodzę do siebie . Dzień następny ,[wbrew pozorom] o dziwo bez żadnego kaca.Wszystkie następne dni mało różniły się od siebie , a przebiegały w/g schematu- śniadanko, kąpiel w morzu,opalanie , obiad , kolacja  i dyskoteka . Nie mogę czytelnikom mydlić oczu , że  celem wycieczki  , był tylko wypoczynek . Powiedzmy wprost – celem głównym tak nas  jak i Argonautów było pozyskanie złotego runa. Wyprawa , ze wszech miar udana , czas rozejrzeć się za złotem. Po przeliczeniu zarobionych rubli  dochodzimy do wniosku , że czas udać się do  Jubilera ,żeby zamienić je na złoto.  Doszedłem do porozumienia z  Zbyszkiem B. i kupujemy platynowy pierścionek z brylantem. Po udanych zakupach została nam jeszcze wycieczka na herbaciane pola w Batumi . Ostatni dzień pobytu w Soczi  minął na dyskotece i pożegnaniach z przyjaciółmi. Rano autokary odwiozły nas na  lotnisko w miejscowości Adler , gdzie godzinne oczekiwanie na samolot przerodziło się w nieoczekiwaną kilkugodzinną przerwę.W porze obiadu-  zgłodniali udaliśmy się do miejscowej restauracji. Studiujemy menu i zamawiamy  kurczaka [ kurica II sort] z ziemniakami i sałatą . Po otrzymaniu dania – zauważyłem na talerzu jakiś mały korpusik ptaka o udkach grubości mojego kciuka. Pytam kelnera – co to jest, bo na kurczaka to nie wygląda  [dla mienia eto ptica nie kurica] raczej na popularnego ptaka wielbiciela czereśni- szpaka.Kelner tłumaczy  zawile , że jest to kurczak II kategorii.  Mówię  , że nie słyszałem żeby pisklęta podawać jako danie obiadowe. W końcu zrozumiałem , że kelner w tym przypadku był całkowicie niewinny ,bo  nie on odpowiada za gospodarkę produkcyjną kraju. Nie mieli karmy na dalszą hodowlę kurcząt to zabili je  w takim stadium rozwoju. Po zjedzeniu ptasiego posiłku – lecimy ,  nie do Kijowa  tylko do Doniecka. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest awaria samolotu rejsowego.Tam czekamy na przesiadkę  i  lądujemy w Kijowie, skąd pociągiem jedziemy do Warszawy. Zgromadzeni  w olbrzymim hallu dworca kijowskiego , czekamy na  pociąg. Witek P.  stojący  obok  mnie –  zapalił papierosa , strzepując popiół do pudełka zapałek. W pewnym momencie podchodzi do niego umundurowany milicjant -salutując.                                                          -Wiecie obywatelu , że na dworcu kolejowym nie wolno palić papierosów.                                             -Nie – nie wiem , bo u nas wolno.                                                                                                                               – Kulturalny człowiek – powinien wiedzieć!                                                                                                             -To znaczy , że ja jestem niekulturalny?                                                                                                               – Tak  wygląda.                                                                                                                                                                   – No cóż  [Witek gasi papierosa] muszę się poprawić i dostosować.                                                               Milicjant odchodzi na bok , wkłada ręce do kieszeni spodni i obserwuje nas,   szczególną uwagę skupiając na Wiktorze.                                                                                                                                                     -Popatrzcie wszyscy mówi głośno Witek – oto kulturalny milicjant  idzie a ręce trzyma w kieszeniach .                                                                                                                                                                       Milicjant podbiega do grupy i pokrzykuje:                                                                                                               -Ja  będę telefonować do polskiego Konsulatu, tak tego nie zostawię – zobaczycie Polaczki.          W tym czasie z głośników odezwał się głos spikerki , oznajmiający wjazd pociągu relacji  Kijów – Warszawa . Grupa otoczywszy  Witka zaczęła się przemieszczać  na  peron, zostawiając  na środku hallu złorzeczącego  nam „kulturalnego milicjanta”.