Koniec  ”kijowskiej przygody” –  opuszczamy  niezbyt gościnną stolicę Ukrainy. Wylatujemy samolotem rejsowym  do Symferopola  na Krymie.  Przesiadamy się do autokaru  i przyjeżdżamy do Gurzufu  - położonego  nieopodal znanego ośrodka komsomolskiego  Artek . W oddali widoczny  [opiewany w sonetach krymskich Adama Mickiewicza]  szczyt Ajudahu .  Zakwaterowanie w 2 piętrowym bloku,  50 m. od morza . Pokoje 4-5 osobowe  z  obszernymi balkonami  i łazienkami [ z ciepłą wodą]- mobilizują  panie   do rozpoczęcia kąpieli i oczywiście prania spódniczek, bluzeczek, sweterków i  rajstop , które [w dziwny sposób] nocą znikają ze sznurów rozwieszonych na balkonach. Poranny „szumek” w wykonaniu pań , które protestują i wzywają milicję . Po kilku godzinach z Jałty przyjeżdżają   milicjanci –   spisują protokół i co?  I nic! Wiedzą , że  pobyt w Gurzufie potrwa kilka dni – więc biorą na przetrwanie .  Prawdopodobnie nie wszczynają żadnej procedury  poszukiwawczej. Nękają telefonami najbardziej poszkodowaną  ,wzywają ją co drugi dzień do oddalonej  o 45 minut   Jałty.  Kobieta po dwukrotnym kilkugodzinnym pobycie  w  komisariacie w Jałcie rezygnuje z dalszego dochodzenia w/w  sprawie – co jest wyjątkowo ” na rękę” tamtejszej milicji. Przepiękna lipcowa pogoda mobilizuje nas do kąpieli. Kamienista plaża stwarza pewien dyskomfort przy chodzeniu, zalecane chodzenie w klapkach – z którymi nie wiadomo co potem zrobić. Woda tak ciepła ,  że nie chce się z niej wychodzić – więc siedzimy w niej do oporu. Nasze pluskanie i pływanie przerywa incydent do którego doszło w tracie kąpieli. Jeden z pływających uderzył głową w niewidoczną podwodną skałę . Krzyk i cieknąca z rozbitej głowy krew zalewa mu oczy . Wyciągamy go na brzeg i tamujemy krew ręcznikiem- prowadząc go  do pobliskiego ambulatorium. Sprawa kończy się założeniem kilku szwów na  głowie. Wiktor wraz z kolegami dogadał się z Rosjaninem [właścicielem Moskwicza], który zawiezie ich  za odpowiednia sumkę do dawnej stolicy Chanatu Krymskiego  - Bachczysaraju . Tatarzy  zamieszkujący te tereny w ilości 200 tys,  jeszcze w czasie wojny  w 1944 r zostali przez Stalina wyrzuceni ze swoich  posiadłości  i przesiedleni w większości do Uzbekistanu. Powód –  część tatarów około 20 tys. wstąpiło do Waffen SS i Wermachtu , a 50 tys. Służyło w Armii  Czerwonej . Niestety  rodziny jednych i drugich potraktowane zostały w sposób jednaki – deportacji z rozkazu Berii dokonało NKWD. Witek jedzie do  Bachczysaraju , a ja z koleżanką wybieram się w Góry Krymskie. Konkretnie na najwyższy  szczyt Roman Kosz 1545 m. W drodze na szczyt przechodzimy przez – położoną na  zboczu masywu górskiego wieś zamieszkałą przez pracowników kołchozu , zajmującego się uprawą winorośli. Widoczna z daleka bieda , aż piszczy . Otwory okienne w barakach wyposażone w szyby wklejane za pomocą gliny w  ”niby okna”. Drzwi – to stara kołdra zawieszona na hakach . Wnętrze można sobie tylko wyobrazić . Wchodzimy do sklepu wiejskiego , żeby kupić coś do picia . Pijemy   oranżadę ,  jesteśmy obserwowani przez grupę  stojących pod sklepem dzieci ,patrzących  jak na ludzi z innej planety !  Długo po wyjściu ze sklepu  czujemy na plecach przeszywający wzrok mieszkańców wioski.  Dzieci towarzyszą nam  aż do jej granic. Szczyt jawi się nam  blisko , aby dość do niego trzeba okrążyć 20 metrową  pionowa ściankę  , lub ją pokonać. Koleżanka wybiera wariant dłuższego spaceru wokół ścianki , a ja próbuje ją pokonać. Początkowe 15 metrów pokonuję bez większych problemów.  Do końca wspinaczki brakuje 4-5 metrów i byłbym na górze jako pierwszy. Łatwo powiedzieć –  gorzej wykonać . Te ostatnie 5 metrów to gładka ściana bez  żadnych szczelin , w które można by wsadzić dłonie lub nogę , by się podciągnąć  wyżej. Staję przed trudnym dylematem . Marsz w górę  jest  niemożliwy [choć to tak blisko]. Schodzenie w dół równie trudne. Plecak zaczyna ciążyć jak cholera! Decyduję się zdjąć go z pleców i zrzucić na  dół. Nie jest to takie proste – żeby wykonać tą czynność trzeba zwolnić  z ramion szelki – trzymając się jedną ręką ściany. Pomału udaję mi się uwolnić od plecaka , który spada  15 metrów w dół.  Jest mi    lżej i wygodniej . Mogę względnie swobodnie patrzeć w dół  podczas schodzenia – wyszukując występów lub szczelin. Bardzo powoli krok za krokiem schodzę  do podstawy skały . Biorę plecak , wyrzucam szkła z pobitej butelki.  Dostaję  kilkuminutowego spazmu  łydek !  Tak zareagował organizm  na przebyty stres. Dziękuję Bogu , że to  nie stało się  , podczas trawersu ściany! Po ustąpieniu drgawek idę dalej , śladem mojej towarzyszki. Spotykamy się pod prawosławnym krzyżem wieńczącym wierzchołek Roman Kosz. Podziwiamy  niesamowite widoki  roztaczające się na Góry Krymskie.  W oddali [ na zboczu] dostrzegam  ogród i zabudowania. Postanawiamy  iść  w tym kierunku. Po zbliżeniu  do ogrodzenia widzimy , że zabudowania –  to zrujnowany pałacyk możnowładcy tatarskiego. W otaczającym ruiny zdziczałym ogrodzie,  moją uwagę przykuło jedno charakterystyczne  drzewo  o długich błyszczących liściach i  owocach  w kształcie pomidorów. Ciekawość  przemogła lęk – przechodzę przez wysoki parkan zakończony drutem kolczastym i podziwiam ruiny  saraju z resztkami mozaik na podłogach pomieszczeń [jeszcze nie całkowicie   zniszczonych] i fontannę na podwórzu . Zdziczały ogród – ma za sobą czasy świetności , po którym  w cieniu   drzew przechadzali się  mieszkańcy  o skośnych oczach i wystających kościach policzkowych –  zachował w sobie resztki tajemniczego piękna.  Nie mogę się  oprzeć  chęci zerwania owocu z „drzewa zakazanego”, który mnie  tutaj ściągnął. Wchodzę na drzewo i zrywam 3 owoce o pomarańczowej barwie skórki w kształcie spłaszczonych pomidorów . Próbuję ugryźć – kwaśny jak cholera .Dopiero później dowiedziałem się , że  to niedojrzała hurma . Zbliżam się do płotu , aby przejść na drugą stronę . Powrót okazał się znacznie trudniejszy . W trakcie przechodzenia  zaplątałem się w drut kolczasty i gdyby nie koleżeńska pomoc pewnie porwałbym  ubranie .W nagrodę dostała jeden z owoców hurmy.  Ze względu na późną porę  idziemy w kierunku ośrodka. Przed nami  ładny kawał drogi . Przyspieszamy kroku – myślę , że limit przygód na dzisiejszy dzień został wyczerpany !  Myliłem się – po przejściu kilku kilometrów   nieszczęśliwie staję na  cedrową szyszkę ,  skręcam  w kostce prawą nogę. Zatrzymujemy się obwiązuję  stopę chusteczką do nosa i utykając idziemy dalej , ale  w znacznie wolniejszym tempie . Plecak „pełen przygód” dał znać o sobie jeszcze raz . W pobliżu ośrodka prowadząca mnie pod ramię koleżanka potknęła się o  wystający kamień i złamała mały palec  lewej stopy. Do ośrodka wkraczamy  utykając. Wzbudzamy [ nie wiem dlaczego] ogólne rozbawienie – kulawy prowadzi chromego.  Słyszę  tu i ówdzie  niestosowne uwagi. Przysięgam sobie , że następny dzień pobytu , ze względu na chorą stopę potraktuję ulgowo . Żadnych sportów ekstremalnych , ani długich wyczerpujących  spacerów!  Noga lekko opuchnięta na to nie zezwala. Kolejny dzień pobytu – to wyprawa autokarowa do Jałty  połączona ze zwiedzaniem  Pałacu Potockich w Liwadii , gdzie wielka trójka [Churchill, Stalin i Roosevelt ] podpisała tak haniebny dla Polski Układ Jałtański. Oddając nas de facto w ręce Rosji  i zezwalając na okupację okrojonego  terytorium Polski.  C.D.N.