1. Ten wrześniowy dzień , zapadł mnie głęboko w pamięci  z dwu powodów , ale nie wyprzedzajmy czasu. Wstałem około dziewiątej -zaliczając spacer z pieskiem , potem zjadłem śniadanko i około dziesiątej zbieram się do wyjazdu. Po zapakowaniu roweru i kosza do bagażnika samochodu , jadę do miejscowości  Zimowiska i zatrzymuję się przy głównym dukcie prowadzącym w głąb lasu . Wyciągam pomału rower-mocuję drucikiem     [ do bagażnika ] wiklinowy koszyk i jadę.                                                       -Dzień dobry -pozdrawia mnie wyprzedzający mnie rowerzysta.                                                   – Dzień dobry -odpowiadam , ale się – śpieszy myśli pewnie , że więcej grzybów nazbiera jak  szybciej będzie na swoim miejscu! W tym momencie słyszę głośny trzask i głuche uderzenie w  ziemię . Podjeżdżam bliżej i widzę leżącego  na drodze  rowerzystę , który mnie  [przed chwilą ]  wyprzedzał!  Przestraszony- zatrzymuję się . Próbuję nawiązać kontakt z leżącym , ale bez  rezultatu. Podbiega do mnie mijany zbieracz  i razem podejmujemy decyzję o zawiadomieniu pogotowia ratunkowego. Po dłuższej chwili leżący- zaczyna dawać oznaki życia , a my dzwonimy  na numer 112 . Rower w fatalnym  stanie lampa rozbita , kierownica pogięta , wiaderko  plastikowe [na grzyby] rozbite  na kawałki. Poszkodowany jęcząc – prawą ręką zaczyna  obmacywać ramię -O Jezu , o Jezu  mam chyba złamany obojczyk ! Pomagam mu wstać na nogi i  delikatnie otrzepuję z kawałków szlaki  którą utwardzona jest droga. Równocześnie  wyjmuje  [powbijane w głowę] kawałki żużla , które w kilku miejscach poprzebijały jemu skórę- z której sączy się krew . Tymczasem kolega dodzwonił się do pogotowia:                                                                                                                 – Jak się pan nazywa?                                                                                                                              -Kozub -odpowiedział  tak cichym głosem, że ten nie zrozumiał i mówi :                                    - Kożuch !                                                                                                                                                    -Kozub  [powtarzam głośno] -mieszka  na ulicy  Wczasowej w Ustce.Tłumaczymy  dyspozytorce , że stoimy na leśnej drodze jakieś 1,5 km od szosy . -Panie kolego zostań pan z poszkodowanym ,a ja pojadę rowerem po samochód i dowiozę go do szosy , a tam niech czeka karetka pogotowia – przekaż  pan to dyspozytorce .                                                              -Dobrze -przekaże jej to co pan powiedział.                                                                                        -Jadę  rowerem po samochód [tam zostawiam go pod drzewem] i samochodem jadę po rannego . Tam przy pomocy kolegi – usadawiam go  na siedzeniu  i jadę  do karetki. Po drodze widzę jadący z naprzeciwka  samochód- ranny informuje mnie , że to auto  jego syna -zatrzymuję  się . Ranny wysiada i przy pomocy syna ściąga z siebie kurtkę i bluzę  [przygotowując się  do prześwietlenia i badań] . Rozebrany , tylko w podkoszulce – wsiada do samochodu, a syn jedzie w głąb lasu , aby zabrać uszkodzony rower . Podjeżdżam do  do stojącej  karetki -przekazując pasażera w ręce lekarza. Parkuję auto -biorę rower i pedałuję  , mając nadzieje ,że tym razem nic nadzwyczajnego się nie wydarzy.  Po przejechaniu 4-5 kilometrów  zatrzymuję się w znanej  części lasu bukowego , przypinam rower kłódką do cienkiego drzewka, a sam idę penetrować znajome miejsca , gdzie w ubiegłym roku zbierałem prawdziwki.Zaskoczenie zupełne, ktoś był szybszy i znajduje tylko ścięte korzonki borowików. Zaczynam tracić wiarę  widząc  to , że ktoś był przede mną – trudno idę dalej może nie wszystkie wyzbierał? Wchodzę w niewielki zagajnik bukowy -sąsiadujący z uprawami leśnymi [ogrodzonymi wysokim płotem] .Idę  wzdłuż płotu i nagle staję jak wryty! Przecieram okulary , czy to nie miraż , ale nie przede mną  stoi prawdziwek  tak duży , że w życiu takiego nie widziałem! Stawiam  kosz przy okazie i wyjmuję telefon komórkowy, aby uwiecznić takie znalezisko . Nie ukrywam , że jako  zapalony grzybiarz lubię się pochwalić osiągnięciami , ale to przecież nic złego.Po zrobieniu kilku zdjęć, wykręcam trzon z ziemi  i tu zaczyna się problem  -jak takiego olbrzyma zmieścić w koszu. Nie ma wyjścia w koszu ląduje gruby i duży trzon  grzyba, kapelusz pozostaje poza jego obrębem. Po takim ulokowaniu borowika muszę uważać -szczególnie przy przeciskaniu się przez zarośla ,aby nie uszkodzić takiego okazu.  Po kilku krokach  , za ogrodzeniem dostrzegam jeszcze dwa dorodne prawdziwki. Wracam się do miejsca , gdzie zapobiegliwi  leśnicy zrobili prowizoryczne przejście przez płot i udaję się w miejsce rośnięcia „bliźniaków”. Znowu robię zdjęcie -zabieram prawdziwki do kosza i idę dalej. Kieruję się w stronę „mojej wyspy” , gdzie co roku znajdowałem kilka prawdziwków. Wyspa -to  30-40 cm wzniesienie na terenie wysychającego bagna w 99% porośniętego  olszyną i paprociami. Nikt tu nie chodzi -bo grzybiarze wiedzą , że w olszynie grzyb  nie rośnie. Na wyspie rośnie jeden rozłożysty buk, pod którym zazwyczaj rosną prawdziwki. Idę i szukam „wysepki” nie mogę jej znaleźć , kręcę  się w kółko – przecież tu powinna być , przedzieram się przez paprocie i widzę  samotnie rosnący buk.  Widok , który ujrzałem  przyprawił mnie o gwałtowną  palpitację serca . Na polance pod bukiem rośnie [liczę]  2,5,8,12,15  dorodnych borowików i 6 malutkich 1-2 cm. Dorodne wykręcam z miną zdobywcy -przynajmniej Mont Blanc , maluchy zostawiam  niech podrosną.Dzwonek  telefonu komórkowego  wyrywa mnie ze stanu euforii i sprowadza na ziemię .Dzwoni żona z prozaicznym pytaniem , kiedy mam zamiar wrócić do domu.Mówię jej , że za 45 minut będę w Ustce.Idę do „zaparkowanego” przy drzewie roweru  ,mocuję kosz do bagażnika i jadę do samochodu .Po drodze myślę za co mnie Stwórca obdarował takim pięknym  zbiorem -chyba nie za ten samarytański uczynek?