Marzec 1945 roku w Ustce -po zajęciu jej bez żadnego oporu przez „krasnoarmiejców” i panicznej ucieczce większości ludności niemieckiej wydawał się miejscem wyjątkowo spokojnym. Niemcy , którzy zostali byli na łasce i niełasce zwycięzców. Nieliczni Polacy, którzy tu przywędrowali z przymusowych robót w Rzeszy- zajmowali się przywracaniem działalności portu ,rybołówstwem oraz budową nowych struktur administracyjnych. Najważniejszym budynkiem w Stolpminde nie był organizowany na ulicy Marynarki Polskiej budynek ratusza , a znajdujący się na nabrzeżu portowym , magazyn spirytusu. Całodobowa straż postawiona tam przez rosyjskiego komandira miasta świadczyła o jego nadzwyczajnej ważności. Nie dziwmy się komendantowi bo w owych czasach wartość wódki na czarnym rynku porównywalna była z wartością złota. Za wódkę można było kupić wszystko co tylko chciało się mieć ,począwszy od zegarka a skończywszy na samochodzie – oczywiście za odpowiednią jej ilość.Klucze do dwu kłódek założone na drzwiach do magazynu gorzelni i całodobowa warta – stwarzały barierę nie do przebycia, dla potencjalnych chętnych raczenia się spirytualiami, których bez przesady były setki? Życie kulturalne dowództwa rosyjskiego garnizonu składało się w większości przypadków z organizowania częstych pijatyk w towarzystwie kobiet i miejscowych notabli . Zabawa rozwijała się w jak najlepsze , stół suto zastawiony różnego rodzaju konserwami głównie z UNRR-y, oraz różnego kształtu i rozmiarów butelkami kryjącymi w sobie tą jakże cenną zawartość .Na honorowym miejscu za stołem siedział przełożony naszego majora – dowódca okręgu słupskiego pułkownik Siemaszenko w otoczeniu swoich oficerów i naszego gospodarza majora Dobrynina.Scena jako żywo przypomina fragment filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście” z Kobielą w roli głównej – goście ci sami rosyjscy oficerowie i świta tworzącej się polskiej inteligencji połączonej węzłami przyjaźni z szabrownikami i kombinatorami. Około północy, gdy zabawa rozkręciła się na całego do naszego majora podszedł jeden z jego oficerów – odpowiedzialny za udaną ucztę i na ucho mu szepnął. -Panie majorze napitek zaczyna się kończyć! -Zawołajcie mi tu sierżanta Wanię! -Tak jest ! Oficer trzasnął butami i zrobiwszy w tył zwrot dyskretnie wyszedł z sali. W niedługim czasie przy krzesełku majora zameldował się sierżant Iwan Pietrow -zwany pieszczotliwie przez majora Waniuszą. Miał do niego bezgraniczne zaufanie- dlatego zrobił go swoim adiutantem i kierowcą. Pochodzili obaj z Nowosybirska – prawdopodobnie ich rodziny też się znały ,stąd taki stopień zażyłości. -Waniusza weź samochód jedź do magazynu gorzelni i przywieź 3 kanistry spirytusu – no lepiej 4 kanistry na wszelki wypadek. Masz tu 2 klucze od kłódek. -Tak jest – zameldował sierżant i odwróciwszy się na pięcie opuścił salę. Po około 45 minutach wraca [ meldując wykonanie zadania ]- oddaje klucze majorowi. Po rozrzedzeniu w sąsiadującej z salą główną kuchni i przelaniu ich w butelki alkohol trafia na stoły,a zabawa trwa w najlepsze- do białego rana. Rankiem stoły przedstawiały przerażający widok – poprzewracane puste butelki po napitkach, porozlewane napoje chłodzące,walające się resztki jedzenia i co jakiś czas leżący na stole lub pod stołem uczestnik libacji. Sierżant Wania – prawa ręka majora Dobrynina , oprócz służby w Armii Czerwonej zajmował się jeszcze cichym handlem spirytusem.Miał on jedną z zalet człowieka biznesu – ogromne pokłady pomysłowości .Początkowo podczas częstych libacji – ulewał z przywożonych kanistrów trochę okowity dla siebie , ale doszedl do wniosku , że w ten sposób szybko się nie wzbogaci. Myślał , myślał i wymyślił jak się dostać w sposób bezpieczny do magazynowanego [ 50 tys. litrów] zbiornika spirytusu – przed którym stała całodobowa warta. Przed budynkiem gorzelni-zrobionym z czerwonej cegły pokrytej półkolistym dachem z blachy falistej stała niewysoka dobudówka z drewna ,nad którą było okienko wentylacyjne magazynu spirytusu. Stąd po jego otwarciu – po drewnianych krokwiach można było stosunkowo łatwo dostać się do zbiornika jakże cennego płynu. Nasz pomysłowy Wania regularnie 2-3 razy w tygodniu w nocy, a czasem bardzo wczesnym rankiem podjeżdżał służbowym Jeepem w pobliże gorzelni – parkując go w lesie obok. Wyprawa po „złote runo”- zaczynała się od wyjęcia 2 kanistrów – owiniętych grubym kocem, aby zapobiec ewentualnemu hałasowi – po dojściu do bocznej ściany magazynu dostawał się na daszek przybudówki po olbrzymiej pace [ z piaskiem do gaszenia pożaru].Następnie podstawiał drabinę do okienka i stamtąd do zbiornika. Droga powrotna była nieco trudniejsza , ale cóż to dla naszego pomysłowego Waniuszy? Interes kwitł w jak najlepsze gorzałka na czarnym rynku sprzedawała się znakomicie – oczywiście tylko za dobra materialne takie jak zegarki, pierścionki i inne precjoza. Okres prosperity trwał długie miesiące , ale wszystko ma swój koniec- tak i w tym wypadku „woda ognista” zaczęła się kończyć , a wraz z nią złoty interes sierżanta Wani. Początkowo tankowanie do kanistrów spirytusu nie sprawiało żadnych trudności. Zaczerpnięty wiadrem płyn wlewało się przy pomocy lejka do kanistrów – świecąc sobie latarką zawieszoną na ostatnim guziku munduru..W miarę ubywania trunku lustro płynu zaczęło obniżać się tak mocno że zaczerpnięcie wiaderkiem odpowiedniej jej ilości zaczęło sprawiać duże trudności.Jedną ręką należało trzymać się krawędzi włazu drugą – maksymalnie wyciągając -zaczerpnąć odpowiednią jej dawkę. Życie naszego majora w okupowanej Ustce – to życie jak w przysłowiowym Madrycie. Mając takie możliwości jednał sobie nie tylko życzliwość przełożonych, ale załatwiał to co chciał, w tym dodatkowe przydziały konserw mięsnych – ba miał nawet prywatnego Opla, którym po zakończeniu służby wraz z „zorganizowanymi ” dobrami mięli wrócić do Nowosybirska .Upływający czas pełen wszelakich wrażeń – został brutalnie przerwany w związku ze zniknięciem Waniuszy wraz ze służbowym Jeepem. Major niechętnie zawiadomił – swojego kolegę kapitana Rykowa ze Słupska szefa służb N.K.W.D. o zaginięciu sierżanta. Ten wszczął odpowiednie procedury śledcze i przysłał do Ustki 4 swoich najlepszych NKWDzistów. W krótkim czasie odnaleziono stojący w pobliskim lesie – samochód majora w stanie nieuszkodzonym. Dalsze poszukiwania skupiły się na przeszukaniu pokoju sierżanta i tu natrafiono na prawdziwy skarb gromadzony przez długie miesiące. W sprytnej skrytce w dnie dużej walizy – znaleziono 14 ręcznych zegarków,złote stare monety,biżuterię,pierścionki i obrączki w takiej ilości , że sama waliza bez zgromadzonych ciuchów ważyła przeszło 40kg. Po kilku dniach bezowocnych przepytywań i przeszukiwań kapitan Rykow zakończył śledztwo. Stosowny protokół zawierał oświadczenie, że przyczyny zniknięcia Iwana Pietrowa należy doszukiwać się w utonięciu po pijanemu w nieodległym kanale portowym. Major w oficjalnym liście do rodziny potwierdził zgon Wani, ale za przyczynę zgonu przyjął [ wersję bardziej strawną dla rodziny ] wypadek związany z wejściem na minę – co w owym czasie było śmiercią równie często i prawdopodobną. Na miejsce Wani nasz major wyznaczył innego kierowce , a życie wróciło do ustalonego do tej pory trybu.Gdy w potężnym zbiorniku spirytusu zaczęło prześwitywać dno, a ręczna pompa zaczęła zapychać się osadami zgromadzonymi na dnie zbiornika, kolejny adiutant-pompujący wieczorem pozostałe resztki-postanowił oświetlić jego wnętrze . Widok , który tam ujżał niejednego chłopa zwaliłby z nóg w najlepszym wypadku wprowadził w stan osłupienia i szoku. W głębi opróżnionego zbiornika twarzą do góry z wybałuszonymi oczami i szeroko rozwartymi ustami leżały zwłoki zaginionego sierżanta Iwana Pietrowa- zwanego pieszczotliwie Waniuszą. P.S.Złośliwi twierdzą , że zwłoki sierżanta Wani są lepiej zakonserwowane niż ciało Włodzimierza Ilicza Lenina i przetrwają dłużej niż mumia Ramzesa Wielkiego. Smakosze wódki wypitej znad zwłok naszego sierżanta – nazwali ją „nalewką na Wani” lub Wańkówką.