Dzień jak co dzień ,zwykły dzień jak co dzień……płyną z radia słowa tej jakże znanej piosenki,
ale czy on będzie akurat taki zwykły – to się jeszcze okaże ?
Atmosfera jak przed burzą, cisza i oczekiwanie na coś nieuchronnego – zmusza mnie do poszukiwania przyczyn takiego stanu rzeczy ?
Pan Janek Przyłuski -prywatnie wczasowicz- oficjalnie profesor Politechniki Warszawskiej , zaprasza mnie do swojego samochodu -wyposażonego w dobre radio odbierające krótkie fale. Tam wyszukujemy i wsłuchujemy się w przerywane zagłuszarką słowa spikera R.W.E.
W skrawkach zdań , które można zrozumieć – powtarza się [w różnych odmianach ] nazwisko
Wałęsa i strajk w Stoczni Gdańskiej. Wałęsa, Wałęsa- powtarzam w myślach to nazwisko i
staram się je zapamiętać, jakbym wiedział , że w niedługim czasie będzie ono znane i powtarzane w różnych językach na całym świecie.
-Co z tego będzie panie Andrzeju, co z tego będzie? Przecież komuna tak łatwo nie odpuści!
To i inne pytania bez odpowiedzi, będą nas nurtować jeszcze przez długi czas.
Dyskutujemy do późna w nocy przy kawie i herbacie na zajmujący cały świat temat rozszerzającego się strajku stoczniowego i pozostajemy tak samo mądrzy jak byliśmy, podejrzewam, że nie tylko my wtedy osiągnęliśmy taki stan ducha -nie tylko my?
Następnego dnia idę do pracy i przechodzę przed bramą Usteckiej Stoczni -widzę zamknięte bramy ,a na nich flagi narodowe, a więc to prawda co mówi R.W.E.
Przychodzę do pracy , a tam wrze jak w ulu. Wszyscy dyskutują na jeden tylko temat. Ludzie w mniejszych lub większych grupkach wychodzą z hal produkcyjnych , aby chociaż przez chwilę -popatrzeć na to co się dzieje „za kanałem u sąsiadów”.
Do stojących przy nabrzeżu grupek -podchodzi Andrzej Ż. I sekretarz PZPR w „Korabiu”-rozejść się panowie nie ma tu nic ciekawego do oglądania. Słowa jego nie trafiają jednak do nikogo.
Jakoś nie widać ,aby odniosły oczekiwany skutek.
Ludzie stali się jakby odważniejsi? Stoją i nie reagują na nic -patrzą na Ustecką Stocznię jak
zahipnotyzowani i mnie udzieliła się ta atmosfera wyczekiwania – NA CO?
Nikt nam nie może w tym czasie udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie ?
Nikt nic nie wie – to tytuł znanego czeskiego filmu , jakże pasującego do tamtej rzeczywistości. Nic dodać nic ująć ?
Po pracy dalszy ciąg dyskusji w gronie rodzinnym-mam tego dość -idę się zrelaksować w ogrodzie przed domem.
Pielenie ogródka -przerywa przyjazd zdezelowanej „Syreny Bosto” z której wysiadają Tomaszewski i Staszek Wełpa z Usteckiej Stoczni .”Tomek” udaje się do sąsiadującej z moim domkiem stołówki po zlewki dla hodowanych przez nich „blondynek”, a ja wciągam Staszka w dyskusję na temat strajku w S.G. i u nich w Stoczni Ustka. Dostaję od niego nielegalne
pismo- 4 numer Biuletynu Informacyjnego wydawanego w Stoczni Gdańskiej.
To po lekturze wymienionego biuletynu -rodzi się w mojej głowie pomysł zorganizowania w „Korabiu” Niezależnych Związków Zawodowych.
Pierwsze rozmowy , na intrygujący mnie temat, toczę w Biurze AOR [Armatorski Ośrodek Remontowy] z moim przyjacielem Zbyszkiem Badowskim , Kaziem Lewandowskim i Zbyszkiem Bryńczakiem, a potem idę na stołówkę , gdzie podczas przerwy rozmawiam z robotnikami.
Temat rozmów w tym czasie jest tylko jeden. Większość pracowników – tak jak ja solidaryzuje się ze stoczniowcami, ale są też głosy krytyczne.
-Jak się to skończy ?
-Czy zdaję sobie z tego sprawę?
Mówiąc szczerze -nie zdawałem sobie sprawy ,ani z konsekwencji tego co robię , ani jak daleko będzie się można posunąć , w tej nieświadomie rozpoczętej grze?
Podbudowany rozmowami z pracownikami -organizuję zbiórkę pieniędzy na pomoc Stoczniowcom.
-Pierwsze kroki stawiam w biurowcu administracji [robię listę osób], ,które dają pieniądze ,
a tym samym popierają strajkujących stoczniowców.
Zebrane pieniądze przekazuje uroczyście zebranym w jednej z hal -stoczniowcom .Dostaje oklaski i podziękowania. Sam też deklaruje w imieniu „Korabia” swoje poparcie dla nich. Nikt i nic nie odda atmosfery tamtego wiecu – setki głów widziane z [ zaimprowizowanej] mównicy i ich oczy wpatrzone w tych , którzy chcą coś zrobić, o czym sami jeszcze nie mają pojęcia. To jak droga ślepca idącego po omacku – do nie określonego bliżej celu.

-2-

Jest jeden czynnik , który niewątpliwie ich łączy -to atmosfera podniecenia i więzi,,że są w tłumie osób podobnie myślących. Ten stan ducha -uskrzydla człowieka i dodaje siły do dalszego działania. Nikt z nas wtedy , ani myślał o możliwych konsekwencjach.
Wiedzieliśmy jedno, że uczestniczymy w ogólnopolskim patriotycznym zrywie społecznym,który później zostanie nazwany Wielkimi Przemianami Społecznymi ,lub Bezkrwawą Rewolucją-która w niedalekiej przyszłości doprowadzi do upadku komunizmu w Europie wschodniej. Targany uczuciami bezsilności,tremy,żalu, złości,podziwu,obawy ,odwagi wszystkie te uczucia w różnych konfiguracjach i zestawieniach przewalały się po mojej skołatanej głowie.
Tej nocy nie spałem , ani godziny moc wrażeń , których doświadczyłem ,oraz kłębiące się w głowie myśli nie pozwoliły mi zasnąć.
Strajk stoczniowców trwa, a ja organizuję Niezależne Samorządne Związki Zawodowe w „Korabiu”.
Wszystko zaczęło się od „korabiowskich stoczniowców” bo AOR to nic innego jak stocznia remontowa kutrów .
Tu zresztą miałem najbliżej ,znałem najwięcej ludzi ,z którymi razem jedliśmy śniadania.
Werbunek do nowych związków idzie nieźle. Na wyrwanej z zeszytu kartce papieru- zapisuje
nazwiska osób deklarujących chęć zmiany przynależności z reżimowego ZZMP do NSZZ, które jeszcze wtedy nie mały nazwy „Solidarność”.
W trakcie kolejnego spotkania i rozmowy przy śniadaniu, któryś z pracowników zadał mi
ciekawe , a zarazem zaskakujące pytanie:
Czy tak naprawdę zdajesz sobie sprawę z tego co robisz? I czy rozważasz możliwość spędzenia „przymusowego urlopu” w krainie białych niedźwiedzi?
Delikatną aluzju poniał- odpowiedziałem, ale przyznam się szczerze nigdy takiej opcji nie
rozpatrywałem.
Jak do tej pory – nie było żadnego zainteresowania dyrekcji tym co się działo w zakładzie.
Przestraszona-napiętą sytuacją – siedziała jak przysłowiowa mysz pod miotłą, czekając na nieprzewidywalne ruchy kota.
Następnego dnia w towarzystwie Stasia Misiewicza jem jak zwykle stołówkową zupkę z
wkładką , a potem namawiam nieprzekonanych do wstępowania do związku.
Naraz -na sali zapada śmiertelna cisza- do stołówki wkracza sam dyrektor naczelny Lewand. Sala zamarła ,a my wszyscy czujemy się jak uczniacy , złapani przez nauczyciela na paleniu papierosów .
-Siadaj Urban.
-Pozwolisz ,że i ja zamienię kilka słów z tu obecnymi?
-Co ja tu mam zezwalać -Pan tu jest gospodarzem.
-Dziękuję Ci. Naczelny – będąc dobrym oratorem, zaczyna powoli i spokojnie stopniując argumenty na potwierdzenie tezy wielkiej zażyłości z rybakami , których [ bezinteresownie ] na wesela swoich córek zaprasza? Z tą bezinteresownością -to mógłbym podyskutować.
Jest tylko jako człowiek [odpowiedzialny za zakład i załogę ] skłonny nas poinformować ,
że to co robimy jest niezgodne z prawem i tym samym nielegalne, a On jako „ojciec” nie może pozwolić nam na takie ekscesy !
Ton spokojnego przemówienia- zaczyna się radykalizować i w końcu znalazł w mojej osobie kozła ofiarnego .Daje mi popalić , wylewając na moją głowę kubeł za kubłem z maksymalnie zagęszczonymi pomyjami…!
Kogo to wyście wybrali na swego przywódcę?
Człowieka o wątpliwej wartości moralnej -rozwodnika , który porzucił żonę i dziecko!
Te i podobne tego typu inwektywy płynęły z jego ust przez dobre pół godziny. Czułem , że tracę dotychczasowe zaufanie załogi-jeszcze trochę , a uwierzą w to co mówi Lewand.
Kolejne pytanie do załogi [zadane przez niego] doprowadziło mnie do szewskiej pasji.
-Kim jest Urban?
-Człowiekiem panie dyrektorze -człowiekiem!
-Przepraszam , że przerywam panu tą tyradę , ale minęło przeszło 30 minut i jeśli to ma
być sąd nad moją głową , to mam chyba prawo zabrać głos w swojej sprawie -tak czy nie ?
Konsternacja i pełne zaskoczenie malujące się na twarzy Lewanda , pozwoliło mi na kontynuację obrony !
Panie dyrektorze zarzuty , które mi tu pan postawił, to ciosy poniżej pasa i od inteligentnego człowieka na pana stanowisku, nigdy bym się nie spodziewał takiego postępowania?
Co ma wspólnego rozwód – do mojej moralności?

-3-

Rozstanie z Teresą i Jędrusiem to moja wielka tragedia osobista i w takim kontekście prosiłbym spojrzeć na to. Nie fair gra pan dyrektorze nie fair!
Konsternacja na twarzy „wodza”- przemieniła się w zdziwienie , że taki mały szary człowieczek potrafi usta otworzyć, ba bronić się? Nie do wiary?
Ostateczny cios zadałem mu pytaniem :
-Panie dyrektorze -chwali się tu pan przed nami, że na wesela swoich córek zaprasza pan rybaków z żonami , a może pan wymienić chociaż jednego robotnika z którym się pan przyjaźni?
Zapadła głęboka cisza. Wszyscy czekają na ripostę Lewanda ?
-Ja w przeciwieństwie do pana mogę wymienić nawet kilku tu siedzących na tej sali- Czesiek Lesner, Zenek Cnota , Romek Groszek, „Tomek” i inni.
Czuje to – prawie fizycznie , że robotnicy znów są ze mną , o czym świadczą niemilknące przez kilka minut oklaski -od 50 siedzących na stołówce pracowników.
Reakcja Lewanda jest natychmiastowa. Wstaje ze stołka na którym siedział .
- No cóż – ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu -jak go chcecie?Nie mam nic przeciwko temu Wycofując się ku drzwiom-powtarza pod nosem – nie mam nic przeciwko niemu?
Zwycięstwo, zwycięstwo na całej linii na słowa i argumenty.
Zaskoczony takim obrotem sprawy- myślałem ,że nie będzie mi już więcej szkodził, czas pokaże jak się wtedy myliłem.
Taki obrót sprawy udowodnił mi , że z każdym przeciwnikiem można wygrać mając wiarę w sukces , argumenty i poparcie ludzi , a ja to wszystko wtedy miałem!
Kolejny dzień strajku w S.G., a ja nawiązuje bliższe kontakty z Ustecką Stocznią- skąd zaczynam dostawać Biuletyny Informacyjne , które rozprowadzam pomiędzy ludzi. Roli kuriera [na moją prośbę] podjął się Jurek Czynsz, o ile mnie pamięć nie myli był też naszym przedstawicielem w Komitecie Strajkowym Stoczni Ustka.
Pamiętam jak jedną ryzę Biuletynu Informacyjnego. Przyniósł mi Jurek po zakończeniu pracy.
Mając uzasadnione obawy że dyrekcja współpracuje z S.B.-może dokonać rewizji w moim biurze-zabieram nielegalne gazetki ze sobą do stołówki Domu Rybaka , gdzie codziennie jem obiad.
Po drodze spotykam moją matkę spacerującą z wózeczkiem , w którym jest kilkumiesięczna Małgosia Lew [córka mojej siostry] To mama jako stara konspiratorka [ poszukiwana przez Gestapo w czasie okupacji niemieckiej] mówi do mnie :
- Daj mi tą „bibułę”, to włożę pod kołderkę Małgosi – tu jej nikt nie znajdzie .
W ten oto sposób 8 miesięczna Gosia stała się najmłodszą konspiratorką w P.R.L.
- Kolejny dzień strajku , coraz więcej zakładów przyłącza się do strajkującej S.G.-
tworząc strukturę Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w skrócie MKS.
Następnego dnia rozdaję bibułę pracownikom „Korabia”, a po pracy na zebraniu w stołówce AOR – powołujemy Komitet Założycielski N.S.Z.Z., który wybiera mnie na swojego przewodniczącego. W skład komitetu wchodzą Zbyszek Bryńczak, Czesław Lesner, Karol Suder, Zenek Cnota i inni.
Następnego dnia rano , zaraz po przyjściu do pracy – telefon z sekretariatu .
Pani Janeczka Mey prosi całą naszą grupę do gabinetu dyrektora naczelnego.
Do tej pory zachodzę w głowę kto, kiedy i jak poinformował Lewanda o składzie naszej grupy. Wiem jedno , że musiał być to ktoś ze składu składu komitetu założycielskiego?

-4-
Po kilku zdaniach grzecznościowych – dyrektor prosi całą grupę oprócz mnie do sąsiedniego pokoju. O czym rozmawiał z nimi dowiedziałem się dopiero niedawno od Zbyszka. W zawoalowany sposób nie wymieniając nazwiska próbował ich przekonać, że na tak ważne stanowisko należy wybierać ludzi odpowiedzialnych nie „jastrzębi”, ludzi z którymi można się dogadać. Oczywiście wszyscy zrozumieli, że chodzi tu o moją skromną osobę. W odczuciu Zbyszka Bryńczaka i z jego dalszych wypowiedzi dawało się wyczuć lekki strach przede mną. Nie wiedział jednego , że tez się bałem jego nie mniej niż on mnie. To kolejna próba zdyskredytowania mnie w oczach załogi – znów nieudana. Kolejny dzień strajku i kolejna nieprzespana noc. Jak przemówić do załogi konserwiarni, wędzarni, transportu, przetwórstwa, administracji i sieciarni, tak aby trafić im do serc. Zżera mnie potworny strach i trema!. Na sama myśl o wystąpieniu – serce bije mi jak najęte pompując najwyższą dawkę adrenaliny. Nie wiem – czy potrafię przekazać to co myślę i czuję, ale zbieram się w sobie i mówię o Usteckiej Stoczni, o poparciu którego należy im udzielić, w końcu o nadziei i oczekiwaniach na coś nierealnego co odmieni nas i nasze życie, być może na zawsze.
W tym czasie zebrał się czteroosobowy zespół dyrektorów, który deliberuje co zrobić z Urbanem, żeby go uciszyć. Padają różne propozycje. Jedni chcą mnie wysłać w delegację, inni zaś na urlop. W końcu dochodzą do wniosku, że jeśli dostanę urlop, to będę miał jeszcze więcej czasu na działanie!. Zebranie kończy się niczym.
Uważny czytelnik zastanowi się skąd znam te fakty. Otóż w ich szeregach tez byli ludzie którzy pracowali na dwa fronty. Jednym z nich był Krzysztof Buss mój były „przyjaciel”.
Dzień następny niesie nadzieje na zakończenie strajku. To Stocznia Szczecińska po przewodnictwem Mariana Jurczyka podpisuje porozumienie ze stroną rządową. Za kilkanaście godzin radość zamienia się w euforię, bo Lech Wałęsa reprezentujący Stocznię Gdańską podpisuje takie samo porozumienie z premierem Jagielskim. Są łzy i wzruszenie. Porozumienie transmitowane przez radio i telewizję kończy okres napięcia jakim poddawane były tysiące, ba nawet miliony ludzi.
Zwycięstwo, zwycięstwo na całej linii. Jednym z warunków porozumień sierpniowych jest punkt mówiący o możliwości tworzenia w zakładach pracy Niezależnych Związków Zawodowych!
Początek września z nieregularnie dostarczanych Biuletynów Informacyjnych dowiaduję się, że w Gdańsku powstała Ogólnopolska Struktura N.S.Z.Z. „Solidarności”.Zbieram się na odwagę i idę do dyrekcji po delegację do Gdańska -celem rejestracji korabiowskiej „Solidarności”. O dziwo -dostaje ją bez większych problemów . Wraz ze mną jedzie Czesiek Lesner,Zenek Cnota  i chyba Dunder .
W Gdańsku odnajdujemy siedzibę „Solidarności”- gdzie przyjmuje nas Alina Pieńkowska. Na korytarzu ruch i przepychanki w sąsiednim pokoju urzęduje Lech Wałęsa .Przyjechała kolejna ekipa zagraniczna -chyba z Japonii -sądząc po rysach operatorów. Pokój Wałęsy jest oblegany tak, że fotoreporterzy i operatorzy muszą czekać w korytarzu.
Rozmawiam z Aliną  na temat strajku skarżąc się , że schudłem przez ten czas , na skutek stresów i przeżyć 3 kg.
Uśmiechnęła się delikatnie:
A co ja mam powiedzieć , kiedy w ciągu dwóch tygodni spadłam na wadze 10 kg.
Faktycznie – dopiero teraz zaobserwowałem szczupłość jej sylwetki. Rozmawiamy jeszcze kilkanaście minut o nastrojach , entuzjazmie i dziesiątkach komitetów założycielskich „Solidarności ” rejestrujących się w Gdańsku.

-5-

Wizyta dobiega końca , jeszcze tylko podpis i pieczątka na delegacji [ którą mam do chwili obecnej] – radośni i podbudowani na duchu wracamy do domu. Wracamy przez Oliwę – proponuję wypad do Palmiarni – na który wszyscy się zgadzaj , a potem wracamy do domu.
Wrzesień jest miesiącem bardzo pracowitym. Pierwsze wybory Komisji zakładowej na których zostaję wybrany na jej przewodniczącego. Kilka dni później jadę do Szczecina na „ resortowy okrągły stół ”, gdzie „Solidarność „ stawia postulaty Zjednoczeniu Gospodarki Rybnej . Stronie rządowej przewodniczy [dyrektor departamentu] w-ce minister T. Nestorowicz , stronie związkowej F. Zegarski z PPDiUR „Gryf” Szczecin. Ja zostaję w-ce przewodniczącym zespołu negocjacyjnego. Z ciekawostek tamtych czasów jest fakt ,że po stronie Mariana Jurczyka , na terenie zakładów produkcyjnych tworzą się struktury Komisji Robotniczych NSZZ „Solidarność- po stronie Lecha Wałęsy Komisje Zakładowe.
Pamiętam – jedną z uroczystości upamiętniających wydarzenia grudnia 1970 roku
w Szczecinie . Maszerujemy w tłumie [ uczestników manifestacji] skandujących -Marian Jurczyk , Marian Jurczyk , Marian Jurczyk , a ja z Jurkiem Borzyszkowskim Lech Wałęsa , Lech Wałęsa . Wkrótce do nas dołączają inni i tak skandując te dwa nazwiska docieramy do bramy Stoczni Szczecińskiej- tam składamy wieniec upamiętniający zabitych stoczniowców i wracamy pociągiem pełni wrażeń  do domu-do Ustki.

.