Jadąc do Słupska nie przypuszczałem, że po wizycie u onkologa trafię do schroniska dla zwierząt. Myśl o piesku zrodziła się w autobusie w trakcie rozpamiętywania historii związanej z rakiem wątroby, na którą odszedł Filonek.. Fakt jestem w schronisku i szukam szefowej – znajduje pokój w którym zastaję korpulentną ale niezwykle sympatyczną panią
_ Dzień dobry!
– Co pana sprowadza do nas?
– Przyszedłem zobaczyć jakie państwo macie pieski w schronisku, bo niedawno odszedł od
nas nasz czworonożny przyjaciel – jamnik długowłosy- Filonek.
- Marysiu! Podeszła młoda kobieta z obsługi.
- Słucham szefowo.
-Marysiu przynieś tego czarnego jamnika z boksu.
- Dobrze.
- Zaraz przyniesie – zobaczy pan jaki śliczny.
-Przepraszam, ale ja przyszedłem tylko żeby zobaczyć jakie państwo macie u siebie pieski. Nie jestem jeszcze gotowy aby wziąć następnego pieska. Wchodzi pani z obsługi schroniska trzymając na rękach pięknego gładkowłosego jamnika.
- Ładny – podoba się panu?
- Podoba się bardzo, ale proszę pani ja mam żonę i takie decyzje winniśmy podejmować razem.
Da mi pani gwarancję , że jak go wezmę- to mnie żona z domu nie wyrzuci? Jeśli tak to go
wezmę bez zbędnych ceregieli .
- Płakała jak ten pana Filonek odszedł?
- Trzy dni płakała.
- To niech się pan nie martwi – na pewno pana nie wyrzuci.
-Ma pani rację – biorę go!
-Ma pan obróżkę i smycz?
-Jak mam mieć kiedy ta wizyta u pani była tak spontaniczna i wynikała z chęci zorientowania się jakie macie pieski do adopcji.
-No tak – rozumiem, coś tu znajdziemy. Po chwili przychodzi Marysia i podaje szefowej
niebieska obróżkę, ale smyczy nie mamy.
- To może macie jakiś sznurek, lub miękki drut czy kabel?
- Nic takiego nie mamy.
Wchodzi lekarz weterynarii, zabiera pieska do swojego gabinetu i daje mu zastrzyk przeciw
wściekliźnie. Za kilka minut przychodzi z pieskiem, który zamiast sznurka ma uwiązany do
obroży niebieski krawat.
- No teraz jesteś elegancki „ chłopak pod krawatem . Dowcipkuje śmiejąc się rubasznie. Śmiech
ogarnia całą czwórkę siedzącą u kierowniczki.
- Wszystko fajnie – tylko jak ja będę prowadził pieska na tym krawacie przez miasto? Jeszcze
tylko podpisuję list adopcyjny – podaje dane z dowodu osobistego i dumny jak paw opuszczam
mury schroniska z „Figusiem „ pod krawatem. Idziemy na przystanek autobusowy do Ustki,
mamy jeszcze ok. 30 m, macham ręką do kierowcy – niestety zostaliśmy na drodze sami.
Klnę w duchu jak szewc – następny autobus za 45 min.. Próbuje zatrzymywać jadące do Ustki
samochody, lecz widok faceta z psem na krawacie – wzbudza ogólną wesołość
/u przejeżdżających kierowców/, żaden nie zatrzymuje się.

Co robić? – przestałem już machać ręką, pogodziłem się z faktem czekania jeszcze ok. 30 min.
Nagle – elegancka Toyota ostro hamuje przed przystankiem.
– Pan do Ustki?
– Tak, a pan chyba miłośnik psów.
– No pewnie. Siadaj pan, pieska na kolana i jedziemy. Robię to co „zbawca” mi każe. Miła rozmowa -oczywiście o pieskach-
w trakcie 10 minutowej przejażdżki – zamienia się w szczegółowe pytanie.
– Gdzie pana wysadzić?
– Przy Klonowej. To druga ulica w prawo od wjazdu do Ustki. Kierowca zatrzymuje się
zgodnie z naszą rozmową. Wysiadam z samochodu wzbudzając u przechodniów
i sąsiadów kolejną falę wesołości. Dotarliśmy do domu, wchodząc do przedpokoju i słyszę
w głębi dużego pokoju telefoniczna rozmowę żony z córką. Puszczam psa z krawatem, ten
wpada do pokoju.
– Chwileczkę Julita, poczekaj muszę wygonić jakiegoś psa na krawacie, który wpadł do pokoju.
– Kochana żono – będziesz musiała nas obu wygonić z domu, bo to jest nasz piesek – wziąłem go ze schroniska. Pokazuje żonie list adopcyjny. Mocno zaskoczona żona przyjmuje nas na łono rodziny. /bo co ma zrobić – kocha pieski/ Kończy rozmowę z Edynburgiem
i zaczyna poznawać historię adopcji. Figo – imię nadała mu siostry córka – Małgosia , również wielbicielka jamników . Jej jamnik wabi się Luis – to już wszystko wiadomo.
Przez 2-3 tygodnie Figo jest idealny, posłuszny, ułożony. Załatwia się tylko poza domem.
Daje łapę – no wzór psa. Po tym okresie zaczyna się walka o przywództwo w stadzie.
Piesek otoczony czułą opieka żony zaczyna pokazywać różki. Powarkuje jak mu się coś nie
podoba. Zaczyna wymuszać posłuszeństwo na mnie gryząc mnie dotkliwie / do krwi/ w rękę. Zaczyna się bezpardonowa walka o władzę. Mały ale zażarty jamnik kontra niemniej
– zdeterminowany właściciel. Pozorna walka byka z parowozem – czyżby?
– Oglądam w TV na Animal Planet program „zaklinacza psów” – tam dowiaduję się o próbach
zdominowania właścicieli przez pieski. Wyciągam daleko idące wnioski z lekcji udzielanych przez Cesara Miliana. Przy kolejnej próbie ugryzienia przyciskam mu łeb do podłogi i trzymam tak długo, aż przestaje warczeć. /trwa to dobre 25 min./Po tym długim czasie Figo wstaje patrzy na mnie i udaje się na swoje posłanko. Zwycięstwo odniesione kosztem mojej przelanej krwi odmieniło nasze relacje. Figo zrozumiał, że nie tędy droga i od tej pory nie ugryzł mnie. Odwiedzający nas ludzie często pytają.
– Czy piesek gryzie? Odpowiadam im uczciwie i stanowczo.
– Nie – obcych nie gryzie – gryzie tylko gospodarza /co jest bezwzględną prawdą/.
– Często z żona wspominamy jego poprzednika Filonka, który zgodnie z hinduską religią i jej elementem reinkarnacji był chyba w poprzednim wcieleniu – „angielskim bankowcem”.
Odpowiedzialny, szlachetny i wrażliwy. Miał tylko jedną wadę – nikt nie mógł go ruszać jak był u mnie na kolanach – szczególnie moja wnuczka Martusia, która zajmowała w hierarchii stada ostatnie miejsce.
– Masz ładnie napisać o Figusiu- słyszę polecenie od małżonki, bo to jest mój pupilek . Mój kochany malutki przyjaciel.
– Idziemy spać Figo? Piesek macha ogonkiem i kieruje się w stronę swojego spanka -staje i czeka aż Gosia wyrówna mu posłanko i nakryje go całego kocykiem .

 

 

Tak okryty zwija się w kuleczkę i zasypia .
– Następnego dnia w domu „przewrót majowy” ,bo małżonka wybiera się się do dzieci mieszkających w Edynburgu. Wielkie kilkudniowe pakowanie i ważenie walizki nie ma końca. Co i rusz przybywa [bardzo ważnych prezentów] z których nie można zrezygnować. Niestety torba nie może ważyć więcej niż 10kg , gdyż za nadwagę linie lotnicze Ryanair biorą sowitą opłatę. Jak tu zmieścić wszystko dla Amelki ,Martusi i Bartka ,kiedy torba pęka w szwach- wszystko jest niezbędne, a waga dochodzi do 11kg.
– Gosia przeżywa męki Tantala – próbując rozstać się z jakąś niezwykle [ważną rzeczą].
– W końcu wpada na genialny pomysł i część rzeczy upycha w kieszeniach kurtki. Jazda na
lotnisko w Rębiechowie przebiega nadzwyczaj spokojnie.
Zostałem na gospodarstwie sam z Figusiem. Dni wloką się niemiłosiernie -jakoś sobie
radzimy. W niedziele- zaproszeni jesteśmy na obiad do przyjaciół Tereni i Grzesia Kardasów
mieszkających od kilku lat w Jarosławcu.
– Figo – jedziemy na spacerek! Na słowo spacerek piesek reaguje spontanicznym machaniem ogonka- pysk rozradowany widać ,że cały jest w skowronkach.
Po wspaniałym obiadku – idziemy na zasłużony spacerek nad morze. Figo spuszczony ze
smyczy ,buszuje w nadmorskich krzakach i biega po piasku. Z naprzeciwka widzę zbliżającą
się parę spacerowiczów z dwoma dużymi psami. Zbliżywszy się na jakieś 15-20 metrów
jeden z piesków [prawdopodobnie suczka] podbiega do Figusia i obwąchuje go. W ułamku
sekundy podbiega drugi i rzuca się zębami na moją psinę. Ten broni się jak może ,a ja stoję
jak słup soli i patrzę się na to. W końcu właścicielka napastnika rzuca się między walczące
psy i odciąga go na bezpieczną odległość, a ja i Tereska zabieramy się za ratowanie
poszkodowanego. Wygląda to strasznie ! Na zadzie wygryziony kawał skóry – rana o
średnicy 4-5 cm – krew się leje. Rana upaprana w brudnym piasku , który okleił ją
dokumentnie – okropieństwo.
Po chwili milczenia – atak słowny rozpoczyna właścicielka agresora stwierdzając, że
powinienem psa prowadzić na smyczy to nic by się nie stało. Ludzie trzymajcie mnie
bo nie wytrzymam!Trzeba być wyjątkowo bezczelnym , żeby za pogryzienie obarczać winą
poszkodowanego. Bąkam coś pod nosem , że to nie mój pies zaatakował -tylko pani i jak się
ma tak agresywne zwierzę to trzeba je prowadzić na smyczy, ale to do nich nie trafia i
widząc mnie zszokowanego – po prostu odchodzą.
– Co to za ludzie Grzesiek ? Pyta Tereska .
– Coś mi się widzi , że to miejscowi .Zawracamy do domu z krwawiącym psem na ręku. W domu oczywiście – przemywanie rany i szczegółowe jej oględziny. Na zadzie odkrywamy jeszcze liczne ślady po zębach napastnika. Krew przestaję płynąć-pies próbuje lizać zranione miejsce ,ale rana jest tak niefortunnie usytuowana
– że nie może pyskiem do niego dostać.
– Wracam do Ustki zrozpaczony – nie tylko stanem pieska ,ale jak tu zawiadomić żonę co się stało z jej pupilkiem. Następnego dnia rankiem jestem w przychodni
– weterynaryjnej -na zabiegu. Czyszczenie rany i zastrzyk , kończą naszą wizytę w gabinecie. Po kolejnych odwiedzinach widać wyraźną poprawę .Rana zaczyna się zabliźniać i pokrywać strupem. Po kilku dniach rozmawiam przez skype z Edynburgiem – opisuję przeżytą historię i pokazuje poranionego pieska .Żona zrozpaczona – wytyka mi, że jak tylko wyjedzie to zawsze coś złego musi się stać! Ripostuję modlitwą : „Aniele Boży stróżu mój – Ty zawsze przy mniej stój rano we dnie , oraz w nocy bądź nam zawsze ku pomocy i nigdy nas nie opuszczaj nas aż do śmierci. Kochany Aniele Stróżu . Amen