Obrońca i norka patriotka

 

Piękny poranek – pogoda ustabilizowała się na tyle, że nie padało od kilku dni. Niewielkie połacie śniegu leżały tylko w głębokich zagłębieniach gruntu i gęstych krzewach.
– luty tamtego roku był wyjątkowo ciepły i nic nie wskazywało na to ,że spacer z moim jamnikiem zapadnie mi tak głęboko w pamięci.
– Idziemy na spacerek piesku! Na dźwięk słowa spacerek Filonek zaczyna swój radosny taniec „Świętego Wita” i dopiero po założeniu smyczy uspakaja się nieco. Idziemy raźno po chodniku, dopiero przed przejściem dla pieszych musimy się zatrzymać na dłuższą chwilę.
– Piesku, pieseczku nie denerwuj się tak – widzisz jaki ruch na szosie – musimy poczekać.
Idziemy dosyć szybko, w dobrym tempie zalecanym przez lekarzy – 3 mile na godzinę. Filon jest w swoim żywiole, buszuje w krzakach raz go widzę po prawej, raz po lewej stronie ścieżki. Ile on kilometrów zrobi na tych swoich krótkich nóżkach. Na ścieżce od czasu do czasu omijamy niezbyt liczne kałuże, potem przejście przez tor kolejowy, ostry skręt w lewo i wchodzimy do lasu bukowego. Długi odcinek ścieżki prowadzi nas wzdłuż torów do omurowanego zagłębienia ujścia lokalnego strumyka do Słupi. Rzeka dziś dość niespokojna, a jej stan dość wysoki. Brunatne wody mają stąd jeszcze tylko 3 km meandrów, do ujścia w morze. Na środku rzeki utworzyła się wysepka ze splątanych korzeni zwalonych drzew, na której nawet porastają jakieś chwasty? Wkraczamy do Rezerwatu Buczyny Nizinnej.
– Filonek zachowuj się jesteś w rezerwacie. Tu „bracie” kopanie nornic i kretów jest prawnie zabronione.
– Co protestujesz? Głośne hau, hau nic tu nie pomoże. Widziałeś tablice.
– Co nie ma tablic? Przedwczoraj jeszcze były. Dostrzegam tylko dwa dołki po wyjętych słupkach. Szlag człowiek trafia patrząc na taki wandalizm! Idziemy dalej, dróżka prowadzi
teraz z górki. Filon rozpędzony mija mnie jak burza. Idziemy dalej, jeszcze tylko przejście przez niewielki strumyczek, który tworzy małe bagienko na dróżce. Dla ułatwienia przejścia – chyba leśnicy położyli kilka kołków brzozowych. Niestety upływający czas i woda zrobiły swoje. Drzewo zaczęło gnić i trzeba dobrze uważać, żeby się nie osunąć w niezbyt miłe błotko. Szczególną ostrożność /przy przechodzeniu/ zachowuje Filonek. Głowa nisko spuszczona. Pomalutku łapka za łapką stawia na palikach. Najlepiej widać z jakim skupieniem wykonuje tę czynność – boisz się Filonku? Oj! Chyba tak. Jasne, bo na ścieżce miałeś postawę – luzaka. No, ale przejście przez bagienko za nami, jeszcze tylko mała górka i zbliżamy się do drewnianego mostku na Słupi. Stojące duże tablice grożą konsekwencjami wejścia na kładkę! Filonek tym razem biegnie pierwszy na drugi brzeg. Tak to jest jak ktoś czytać nie umie? Nie wie co mu grozi. Idę w jego ślady, pal diabli konsekwencje i Urząd Gminy , który biedny nie ma pieniędzy na jej naprawę.
Z jednej strony brak środków na odbudowę kładki, z drugiej podejrzenia o wzięcie łapówek przez wójta. Kilka spraw w sądzie. Centralne Biuro Śledcze prowadzi dochodzenie – to wszystko szara rzeczywistość! Po drugiej stronie Słupi – krótka prosta i jesteśmy w Wodnicy. Droga główna w tym miejscu jest już droga polną. Skręt w lewo. Idziemy do Kolonii Wodnica. Kilka domków n górce, oddalonych jakieś 1,5 km od ostatniego domu tej długiej wsi. Dochodzimy do domków – widok przerażający, po obu stronach drogi stoją rozkładające się szczątki jakiś maszyn. Istne składowisko złomu. Coś strasznego! Idziemy dalej. Filon trzyma się przy nodze, bo straszliwie obszczekały nas psy zagrodowe. Niektóre nieuwiązane zbliżają się do nas na niewielką odległość i ujadają.
Filonek drapie mnie w nogę. To znak, że chce na ręce. Oj ty mój odważny pieseczku. Mijamy ostatnie domostwo Kolonii. Ucichło ujadanie, idziemy po łące wzdłuż rowu melioracyjnego do najbliższego lasu bukowego. Naraz drogę do lasu zagradza nam spora /jak na nasze możliwości/ rzeczka Potynia. Odbijamy w prawo w poszukiwaniu mostku.

 

Trudno to nawet nazwać mostkiem -studzienna cembrowina przykryta dwiema betonowymi płytami. Omijamy liczne kałuże i jeszcze liczniejsze koleiny , po jeżdżących traktorach.
Glina lepi się do butów. Mój „niskoskopodwoziowiec” wcale się tym nie przejmuje i brnie odważnie po tym błocie. No pieseczku będziesz ty miał w domu eleganckie kompanko – którego tak nie lubisz. Las bukowy kończy się -przed nami duża polana, a na jej skraju domek. Nigdy bym nie przypuszczał , że w tej głuszy może ktoś mieszkać.
-Domek z muru pruskiego przypomina mi raczej chatkę „baby jagi”. Trochę krzywy, przygarbiony jak wiekowy starzec -pochylony pod ciężarem przebytych lat. Szyby w oknach i jakieś szmatki imitujące firanki -świadczą , że ktoś tu mieszka.
Przed domem ogródek, parę rachitycznych drzewek owocowych- ogrodzonych zardzewiałą siatką. Na podwórku wala się sterta gałęzi, część porąbana na mniejsze kawałki-przygotowane do palenia.
Na drzwiach domu – skobel i potężna kłódka świadczą, że gospodarza nie ma w domu.
Zaglądam przez brudne jak cholera szyby do środka. Niewiele widać- jakieś sprzęty kuchenne i szafki. Z sufitu zwisa ,równie czysta jak szyby okienne -lampa. Jeszcze raz lustruję chatkę i widzę w narożniku numer-Pęplino 86 ,a więc jestem u celu naszej wyprawy. Zaciekawiony zadaję sobie pytanie – kto tutaj mieszka? Idziemy dalej, rozjeżdżona przez traktory /wożące z lasu drzewo/ droga przypomina mi poligon wojskowy.
Skręcam na równolegle idącą do drogi ścieżkę, wijącą się przez zagajnik bukowy. Po przejściu /100-150m/ za kolejny zakręt staję jak wryty. Na środku ścieżki w odległości 4-5 m stoi olbrzymi dzik. Locha w głęboko zaawansowanej ciąży. Patrzymy na siebie zaskoczeni tą niecodzienną sytuacją. Przez głowę w trybie super ekspresowym przelatuje mi dziesiątki myśli.
– Co robić?
– Rozwiązuje problem dzik, skręcając w las.
– Po przebiegnięciu dwu kroków, pada jak ścięty piorunem. Dopiero teraz zauważam, że dzik
ma w miejscu gdzie u człowieka jest szyja zaciśniętą pętle z linki stalowej. Linka uwiązana jest do dość grubego / jak na zagajnik/ buka.. Jeszcze kilka, może kilkanaście szarpnięć i locha leżąc na grzbiecie zaczyna się dusić. Wpijająca się w ciało stalowa linka – odcięła jej dopływ tlenu do tchawicy. Straszliwy charkot i przebieranie nogami, świadczy o agonii zwierzęcia.
_ Patrzę na to jak zamurowany.
_ Kierowany nie wiem czym, chyba litością w ułamku sekundy podejmuję decyzję o ratowaniu ciężarnej samicy, która już się nie porusza! Ściągam rękawice i próbuję poluzować pętlę.
_ Próba się nie udaje, gdyż napięta linka na to nie pozwala.
_ Zmieniam taktykę. Podskakuję do drzewa i odplątuje miedziany drut, którym owinięte są
końcowe zwoje stalowej linki. Uwolniony ostatni zwój linki gwałtownie rozpręża się i jej ostre zakończenie uderza mnie w rękę.
_ Krew się leje ze skaleczonej dłoni /biorę leki przeciwzakrzepowe/, lecz nie ustaję w próbach ściągnięcia, głęboko wżynającej się w ciało dzika linki.
_ Kolejna próba daje efekt. Poluzowałem linkę może 5-7 cm. Zwierzę odetchnęło głęboko . Kolejne oddechy głośne,lecz spokojniejsze. Żyje hura, hura! Zaczynam tamować krew płynącą z ręki, robię to chusteczką od nosa, bo nie mam nic lepszego. Nagle locha zrywa się na nogi. Widzę jej przekrwione oczy i zakrwawiony pysk, którym próbowała przegryźć linkę. Otwiera go nieznacznie i zaczyna szarżować na mnie!
Cofam się do tyłu ciągle patrząc na nią. Potykam się o gęsto rosnące młode buki. Kolejny atak lochy! Podbiega w moim kierunku. Widząc to Filon, wchodzi ostro do akcji i rzuca się w kierunku dzika. Odżył w nim instynkt myśliwski , czy może solidarność z zagrożonym panem?
Atak Filona pozwolił mi na wycofanie się na bezpieczną odległość. Dzik atakuje psa, który chowa się za krzaczkiem obszczekując go zajadle! Nigdy nie przypuszczałbym, że mam takiego dzielnego pieska.

 

Malutki jamnik długowłosy ratuje swego pana. To temat na artykuł w czasopiśmie, ale to fakt.
Przerażony dzik, spojrzał na mnie. Stoję jakieś 10 m od niego i na psa, który ujada jak cholera. Odwraca się i biegnie w głąb zagajnika.
– Szukam rękawiczki, która gdzieś mi się zapodziała,jak wycofywałem się z miejsca ataku. Znajduję ją obok drzewa do którego kłusownik umocował linkę. Dopiero teraz mogę się przyjrzeć spokojnie temu miejscu. Wokół 20 cm pnia buka wszystkie mniejsze drzewka są wyrwane lub wycięte zębami dzika. Musiał stać w tej pętli dłuższy czas, żeby tego dokonać. Pierwsze myśli, które mnie nachodzą – „masz zapłatę za uratowanie jej życia”. Ty ją ratujesz, a ona zamiast być wdzięczny -atakuje. No tak ,ale skąd locha mogła wiedzieć ,że to nie ja zastawiłem na nią wnyki?
– Jest wytłumaczalne jej zachowanie . Pomału dochodzę do siebie, po tym gwałtownym i
dużym przypływie adrenaliny. Głaszcze mojego jamnika – chwaląc go za odwagę i „wielkie serce”, które okazał w obronie pana. Krew z ręki jeszcze się sączy, choć nieco mniej. Serce już tak szybko
nie bije. Uspakajam się.
_ Zmiana decyzji nie idę dalej – postanawiam zawrócić do domu. Idę inna drogą, niż tą, którą szedłem. Skrajem lasu dochodzę do polnej drogi Pęplino – Wodnica i tą już spokojnie wracam do Wodnicy. Stąd przez mostek, bukowy las do Ustki.
Jesteśmy w domu. Zanim opowiem żonie nasza przygodę słyszę…
– Jak ty wyglądasz Filonku? Jedna kupa błota, aleś go urządził. Spod warstwy brązowego błotka jawi się mordka, korpus oraz ogonek dzisiejszego bohatera .
Dopiero teraz po przemyciu i dezynfekcji dłoni mogę opowiedzieć żonie o naszej nieprawdopodobnej przygodzie.
Za kilka dni jestem z wizytą u Andrzeja Ż.. W trakcie „private relatione” opowiadam mu moją historię. Umawiamy się na wycieczkę rowerową. Proponuję wyprawę do Pęplina – szlakiem niedawnej przygody.
-Przy okazji pokażę ci miejsce „przestępstwa” z wyrwanymi drzewkami-wokół pnia ,do którego zamocowano pętle. Dobrze-nie ma sprawy,przyjadę do ciebie o 10 .
-No to jesteśmy umówieni. Andrzej jak zwykle przyjeżdża punktualnie ,pompujemy koła w moim rowerze szykując się do jazdy.
-Filonek -wdzięczy się i merda ogonkiem sądząc , że zabiorę go na kolejny spacerek. Brutalne słowa -musisz zostać-wypowiedziane zdecydowanym głosem sprawiły, że piesek odwraca się i ze spuszczonym ogonkiem oddala się na dwa kroki. Odjeżdżając- widzę śledzące mnie smutne i zawiedzione ,lecz jakże wierne psie oczy. Jedziemy szlakiem rowerowym do Wodnicy. Ścieżka już przeschła na tyle, że jazda jest bardzo przyjemna. Po drodze ,a szczególnie na prostych odcinkach,
ucinamy sobie gadu-gadu w tematyce o wszystkim i o niczym.
-W Wodnicy jak zwykle skręt w lewo -długa prosta i ostry podjazd pod górkę.
Tradycyjnie obszczekani przez psy – jesteśmy na dróżce do Pęplina. Jazda przez łąki rozjeżdżone traktorami okazuje się niezbyt przyjemna. Co chwilę schodzimy z rowerów, bo koleiny i błoto uniemożliwiają nam spokojną jazdę. Koła miejscami oblepione glina, że „nie idzie jechać”. Jesteśmy przed domkiem „Robinsona”. Z domku wychodzi gospodarz. Jowialny pan o czerwonej twarzy i mocno zaokrąglonym brzuchu – istny Pikwick z powieści Dickensa.
– Dzień dobry! Poznaj Andrzej gospodarza „leśnej głuszy”
– Leopold jestem!
– Bardzo mi miło A.Ż.
Po krótkim wstępie rozmowa potoczyła się na tematy nurtujące wszystkich Polaków.
_ Jak pan tu żyje?
Widzicie jakoś leci – prąd jest, opał też, a mało to zwierzyny w lesie?

– Wie Pan mój kolega miał w tu w lesie taka przygodę! Lekki kopniak, który zaserwowałem Andrzejowi w nogę, przywrócił mu zdolność kojarzenia. Przecież do cholery to kłusownik myślę sobie – tym powiedzeniem przyznał się do wszystkiego!. Andrzej też „zaskoczył” i zmienił temat rozmowy. Dalszą drogę pokonaliśmy nie skupiając się już na „drażliwym temacie”, dopiero po rozstaniu się z Leopoldem rozgorzała dyskusja na temat kłusownika.
– No niewiele brakowało, abyś mnie wydał.
– Popatrz no nie wygląda na kłusownika.
– Jak na bezrobotnego – żyjącego z 50 zł zapomogi tez nie wygląda. To prawda „rzucająca
się w oczy”.
_ Szkoda, że nie mogliśmy obejrzeć miejsca zdarzenia.
_ Trzeba było nie prowadzić emocjonującej dyskusji z kłusownikiem, to byś zobaczył – zripostowałem. Dyskurs na temat kłusowania trwał jeszcze przez długi czas drogi powrotnej i oscylował pomiędzy skrajnym potępieniem, a próbą wytłumaczenia jego zachowania. Z tematu egzystencjonalnego przeskoczyliśmy na temat patriotyczny.
_ Opowiem ci Andrzeju historię o przemiłym zwierzątku zwanym norką.
_ Co to ma wspólnego z patriotyzmem?- Poczekaj na zakończenie opowieści, strasznie jesteś niecierpliwy. Do mojej sympatii Haliny Ś. Ze Słupska przyjechała rodzina z Rosji. Ciotka z córką Walą. Było piękne lato – czekając na sympatię poszedłem w głąb ogródka do klatek z hodowanymi przez jej rodziców norkami. Tam zastałem oglądającą zwierzątka Walę.
_ Zdrastwuj Wala.
_ Zdrastwujcie.
_ Nu szto tiebia nrawitsa eti zwiery?
_ Da oczeń.
_ Nu paczemu ty nie gawarisz po polsku? Mat twaja Polka, aciec toże Polak.
_ A ja Ruska! Odparowała Wala.
Odpowiedź Wali zaskoczyła mnie do tego stopnia, że przez chwilę stałem jak zamurowany. Swoja stanowczością dowiodła jak silną indokrynację przeszła, że ona drugie pokolenie nie mówi po polsku. Wyjąłem z klatki jedną z norek wiedząc, że jest obłaskawiona i nie gryzie. Trzymam ją na ręku i głaszcze jej bardzo miłe w dotyku futerko. Wala również zapragnęła pogłaskać zwierzątko i wyciągnęła rękę w stronę norki.
Błyskawiczny ruch głowy i palec Wali znalazł się w dobrze uzębionym pyszczku małego drapieżnika. Wala krzyczy w niebo głosy, a nasza norka szarpie palec i nie puszcza. Za każdym szarpnięciem zęby wbijają się w kciuk coraz mocniej. Schylam się ciągle trzymając norkę na ręku, a ze mną Wala, którą trzyma za palec norka. Znalezionym patykiem podważam mały pyszczek, który w końcu uwalnia nieszczęśliwy palec. Wpuszczam norkę do klatki i oglądam ranną Walę.
_ Dlaczego ona mnie ugryzła – wredna!
_ Bo to jest norka patriotka.
_ Co to jest patriotka?
_ No wiesz Wala – jak Ci to prosto wytłumaczyć?
_ To jest polska norka – wychowana w duchu patriotycznym. Ona po prostu Ruskich nie lubi!