Jadę do Warszawy, pociągiem relacji Kołobrzeg-Kraków. Na peronie żegna mnie Małgosia ze łzami w oczach-pocieszając, że wszystko będzie dobrze, wierzę w to głęboko choć cel wyjazdu Instytut Onkologii nie budzi dobrych skojarzeń.

W Słupsku większość przedziałów prawie pusta,wsiadam i zajmuję miejsce przy oknie . Naprzeciwko siedzi młoda kobieta – niezbyt urodziwa, ale jak się potem okazało o gołębim sercu.

Po wymianie zdawkowych uwag o celu podróży , poczułem lekki głód i zacząłem szukać przygotowanych kanapek .Rozczarowany poszukiwaniami , dzwonię do żony  z komórki i dowiaduję się , że kanapki zostały w domu.

Słysząc to sąsiadka zadeklarowała swoją pomoc .

-Podzielę się z panem – szepnęła.

-Dziękuję nie odmówię.

-Proszę bardzo-powiedziała podając mi jedno ze swoich kanapek.

Następne przystanki wypełniają przedział, jedną z pasażerek jest starsza zakonnica, siedząca w drugim końcu przy wejściu.

Drzwi do przedziału otwiera steward z wózkiem .

-Kawa,herbata,czekolada, kakao.

Zakonnica zamawia kawę dla siebie i siedzącej obok sąsiadki.

-A pan co pije?

-Ja poproszę herbatę.

Przy płaceniu- zakonnica nie chce wziąć pieniążków, mówi,że jeszcze dziś nie zrobiła żadnego dobrego uczynku.Ten będzie pierwszy.

-Dziękuję bardzo,tyle tylko mogę zrobić- no może będę mógł jeszcze siostrze opowiedzieć nieprawdopodobną historię, która wydarzyła  się w moim życiu.

Był rok 1967 studiowałem wtedy w Olsztynie ,wraz z moją pierwszą żoną Teresą, któregoś dnia zapytała mnie ,czy pojadę z nią na ślub jej kuzyna Tadeusza Mrówki do Warszawy.

W związku z dużym opóźnieniem pociągu  nie zdążyliśmy na początek ceremonii. Trafiliśmy zatem  na salę z sutą zastawionymi stołami gdzie były 3 wolne krzesła, które zajęliśmy .

Po mojej lewej stronie siedział starszy pan w wieku 50-60 lat.

Toasty wznoszone przez gości- ośmieliły mnie do rozpoczęcia rozmowy z sąsiadem.

-Ja też jestem w jakiś sposób związany z Warszawą zagaiłem rozmowę.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie , ale pozwolił na kontynuację wynurzeń.

-Tu jest pochowany mój ojciec ,który zginął w 1939r. W obronie Warszawy.

-Ja też walczyłem w obronie Warszawy-odpowiedział.

-Mój ojciec walczył na Pradze,w Pułku Dzieci Warszawy ,do którego został wcielony po bitwie pod Mławą, gdzie XX Dywizja Piechoty,w skład której wchodził jego Działdowski Batalion Obrony Narodowej poniosła ogromne straty i jej niedobitki przebiły się do Legionowa, a potem do Warszawy.

-A jak nazywał się pana ojciec, bo ja też byłem w Pułku Dzieci Warszawy i walczyłem w okolicy dzielnicy Utrata na Pradze.

Tak jak ja Andrzej Urban,noszę po nim imię-odpowiedziałem.

Po mojej wypowiedzi zapadła cisza, a sąsiad siedział zszokowany i milczał jak grób. Po upływie dłuższego czasu -cedząc słowa powiedział.

-Ja byłem świadkiem śmierci pańskiego ojca .

Szok tym razem ogarnął mnie,zbladłem nie mogąc z siebie wydusić słowa .W tym momencie czułem się jak bokser po otrzymaniu piekielnego ciosu w głowę -zaniemówiłem.

Siedziałem tak przez dłuższą chwilę w końcu przemówiłem.

-Jak to?

Wiem z relacji mojej matki, której koledzy ojca zwrócili zegarek i obrączkę, że zginął 28 września 1939  r. w ataku na bagnety dostając pociskiem w usta. Dokładnie w miesiąc po rozpaczliwym pożegnaniu w Wylazłowie .

-Niech pan powie jak to było , skoro pan był przy jego śmierci?

-Jest wesele ,nie jest to dobra pora rozpamiętywania tak tragicznych wspomnień.

Proszę mnie nie naciskać, powiem to panu jutro, niech pan przyjdzie do mojego domu na kawę.

Pożyczył od gospodarza długopis i wręczył mi karteczkę z adresem swojego domu. Emocję ,których doświadczyłem uniemożliwiły mi sen [noc miałem z głowy]

Następnego dnia zjawiłem się u mojego weselnego rozmówcy, podawszy kawę zaczął snuć dalszą część opowieści.

W pierwszej kolejności, zweryfikował opowieść mojej matki co do wojskowego stopnia mojego ojca, który według mojego interlokutora miał stopień starszego sierżanta.

-Ja byłem jego podkomendnym, pamiętam dobrze jego wzburzenie po ogłoszeniu decyzji kapitulacji Warszawy. Nie mógł się z tym pogodzić, gdyż na naszym odcinku Niemcy nie zanotowali żadnych sukcesów. Rozkaz jednak to rozkaz i zrobiwszy zbiórkę plutonu odprowadził nas na punkt zdawania broni. Karabiny ustawialiśmy w kozły lub rzucaliśmy na stos, podoficerowie i oficerowie pistolety wrzucali do wiklinowych koszy stojących w pobliżu.

Ojciec pana – wyjął pistolet z kabury i spokojnym ruchem wsadził do ust naciskając na spust. Wystrzał – nawet niezbyt głośny i cichy stuk upadającego ciała wzbudziły poruszenie w szeregach stojących nieopodal oficerów i żołnierzy . W kilka chwil wokół leżącego ciała zaczęli gromadzić się żołnierze otaczając go coraz większym kręgiem .Stojący bliżej pozdejmowali z głów rogatywki ,cisnący się z tyłu dopytywali się -co się stało ,co się stało?

-Ktoś się postrzelił!

-Sanitariusz, gdzie są sanitariusze-rozległy się głosy. Do otaczającego ciało tłumu zaczęli przeciskać się dwaj sanitariusz z torbami. Dobrnąwszy do środka -pokiwali przecząco głowami- jakby chcieli powiedzieć , my tu już nie jesteśmy potrzebni .Do stojącego zbiegowiska podbiega jakiś oficer niemiecki,w stopniu kapitana ,wyjmuje z kabury pistolet i ruchami rąk i okrzykami raus, raus ,raus- zaczął rozpędzać rosnący tłum.Krzyknął do stojących w pobliżu żołnierzy niemieckich żeby przynieśli nosze , na które my Polacy złożyliśmy zwłoki pańskiego ojca. Hauptman wydał kolejny rozkaz o przykryciu ciała kocem i odniesieniu go w pobliże stojących nieopodal ciężarówek. Tłum żołnierzy ponaglany przez Niemców powoli rozchodził się do szeregów i tylko tam prowadzono ściszone rozmowy .Kto to był- kto popełnił to samobójstwo-to nurtujące wszystkich pytanie , przewijało się w różnych konfiguracjach wśród zgromadzonych.W końcu -ktoś z jego plutonu -wymienia nic nie mówiące nazwisko-Urban.Urban nazwisko to jak echo powtarzane w kolejnych szeregach-Starszy sierżant Andrzej Urban. Choć nie urodziłeś się w Warszawie,a w dalekim Galowie, ale teraz już jesteś na pewno pełnoprawnym żołnierzem Pułku Dzieci Warszawy.  Przy śmierci pana ojca było jeszcze wielu kolegów, mam kontakt ze Staszkiem z Siedlec,który ma tam zakład stolarski, może potwierdzić moją opowieść- chce pan jego adres?

-Oczywiście – ołówkiem zanotowałem jego adres na okładce książeczki PKO. Silne emocje, których doznałem spowodowały, że wszystko zaczęło mi się układać w jedną logiczną całość.

Daty zgonu ojca nigdy nie łączyłem z kapitulacją Warszawy, ponieważ wiedza moja w tym temacie nie była wystarczająco dobra.. Przecież to co przekazano matce było tylko półprawdą.

Rozumiem też intencje posłańca, niechcącego przysporzyć jej większego bólu. Podał jej wersję bardziej strawną dla wdowy.

Przez długie lata nie mogłem pogodzić się z decyzją ojca.

Wiem, że wiedział o ciąży żony. Zmobilizowany 28 sierpnia . Matka była  już wtedy w  trzecim  miesiącu ciąży. Ślub majowy grób gotowy – tak mi mówiła moja matka mająca obecnie 96 lat.

Po latach zrozumiałem, że  postępowanie  Ojca wynikło z wychowania w idei miłości Ojczyzny, którą tak ukochał – przecież był zagorzałym piłsudczykiem. Początkowo oprócz informacji o śmierci Ojca nie wiedzieliśmy na jakim cmentarzu złożyli jego prochy. Dopiero siostra Hanka mieszkająca w Warszawie , na moja prośbę wszczęła poszukiwania grobu. W końcu odszukała jego pochówek na Cmentarzu Bródnowskim w grobie NN.

W tej alei są 2 groby NN /w jednym pochowano 18 , a w drugim 11 żołnierzy/. .

Stoję pomiędzy dwoma pomnikami i zadaję sobie pytanie „gdzie leżysz ojcze” ?

Przeczucie podpowiedziało mi , że w tym drugim/11 żołnierzy/.

Przykro mi, że ja Twój pośmiertny potomek nie mogę Ci wystawić nawet skromnego pomnika upamiętniającego Twoja bohaterską śmierć Ojcze.

Niejednokrotnie zadaję sobie pytanie, co sprawiło że znalazłem przy tym weselnym stole człowieka,który opowiedział mi całą prawdę o Twojej śmierci. Prawdopodobieństwo tego zdarzenia jest jak wygrana w Totka , a jednak to niezaprzeczalny fakt , który miał miejsce.

Stąd na usta ciśnie się pytanie? PRZYPADEK to, OPATRZNOŚĆ czy PRZEZNACZENIE.