Urban – Historie z Życia…

Autentyczne historie ludzi i ich przeżyć na tle mijającego czasu.

Droga z zamku Daune  do miejscowości Falkirk trwała około 30 minut  już z parkingu widać jakąś kosmiczną budowle nie przypominając nic co człowiek widział w swoim długim życiu.Podchodzimy bliżej na czołowej ścianie urządzenia jawi nam się napis Falkirk Wheel .Tajemnicza budowla przypomina jakieś urządzenie istot z innej planety , a nie budowlę ziemską.  Stoimy i przyglądamy się z zainteresowaniem bo za 20 minut zobaczymy widowisko wodowania turystycznej barki , które przypłynęła tutaj z Glasgow górnym korytem  Union Kanału i będzie zwodowana na poziom niski za pomocą obracających się „półkul .”Ciekawostką jest to ,że barka wodowana  jest z cząstką U.C. W której pływa nasza barka .W trakcie opuszczania barki z górnego piętra podnosi się otwierane koryto z barką z niższego piętra , która po dostaniu się na wyższy poziom uwalnia pływającą w niej barkę -płynąca do Glasgow .Na pierwszej fotce na górnym pułapie widać niebieską barkę płynącą z Glasgow do Edinburgha  opuszczaną na dół .Na drugim fioletową barkę podnoszona na górny pułap i płynąca na odwrót.Trzecia fotka pokazuje przęsła Union Canalu i jej koryto płynące do Glasgow . W tle restauracja dla uczestników wypraw turystycznych ! Podnoszenie barek samych nie jest żadną rewelacją , ale podnoszenie wraz z częścią koryta U.C. jest rzeczą unikalną na świecie .!IMG_1370 IMG_1260 IMG_1780 IMG_1316

Oflag VII A Murnau cz.12

0

Koszary planowane na 600 osób musiały pomieścić przeszło 1000 jeńców , stąd konieczność  ich  rozbudowy . Na terenie obozu zorganizowano zakład stolarski , którego zadaniem było nie tylko zbudowanie piętrowych prycz  , ale również rozbudowę obozu.Kadra oficerska [zgodnie z podpisaną konwencją Haską ] nie mogła być wykorzystywana do prac fizycznych , więc do obozu sprowadzono żołnierzy z najbliższego stalagu .W piętrowych budynkach obozu , na piętrze ulokowano młodszą kadrę oficerską ,a na parterze  kapitanów ,majorów ,pułkowników i generałów .Ciasnota była spora nawet generałowie mieszkali po 5 w pokojach , a było ich sporo wymienię   tylko najbardziej znanych gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba , Tadeusz Piskor , Juliusz Rommel  gen. brygad : Walerian Czuma , Leopold Cehak , Emil Krukowicz-Przedrzymirski , Czesław Młot Fijałkowski , Wiktor Thomme , Juliusz Zulauf i inni . Niemieckim komendantem obozu został emerytowany pułkownik dr.Frey , ze strony polskiej gen.Tadeusz Piskor . Atmosfera wśród generalicji , była niezbyt sympatyczna. Często dochodziło do sporów , ba kłótni odnośnie podejmowanych przez nich decyzji w czasie kampanii wrześniowej. Podziały prowadziły też do utworzenia dwu zwalczających się stronnictw  politycznych : Sikorskiego i Andersa . Swary i kłótnie doprowadziły do izolacji niektórych oficerów poddanych presji środowiska .Zamykali się w sobie uciekając w samotność [ o którą tu było szczególnie trudno] lub oddając się nałogowi gry w karty .Młodsza kadra oficerska psychicznie trzymała się znacznie lepiej. Zaczęto organizować szkolenia różnego typu , konkursy ,teatr, zawody sportowe, bibliotekę , kluby brydżowe i.t.p. Już na samym początku kilku podchorążych do której należał Tadeusz zaczęła organizować grupę , której celem była ucieczka z oflagu do leżącej w odległości około 80 km Szwajcarii .Sprawa ucieczki  była tak głęboko zakonspirowana , że  nawet powojenne relację byłych jeńców nie wiele wnoszą światła w tym temacie . Niewątpliwym bohaterem tej ucieczki stał się por.Kępa , ale do rzeczy. Rozmowy o sposobie ucieczki trwały dobre kilka dni. Przeanalizowano  wszystkie możliwe wersje zrealizowania planu , W końcu podjęto ostateczną decyzję. Ucieczkę trzeba przeprowadzić kanałami odwadniającymi teren , który wychodził na sąsiadujące z  obozem łąki . W trakcie kolejnych spotkań rozdzielono zadania do wykonania tak przez grupy uciekinierów jak i pojedyncze osoby . Potrzeb było dużo począwszy od zorganizowania cywilnych ubrań , przez podrobienie stosownych dokumentów ,zdobycia narzędzi do przekucia cembrowin  studzienki odpływowej jak i nauki niemieckiego z jej akcentem bawarskim . Spotkanie wszystkich uczestników ucieczki było trudne do zorganizowania .Wszelkie zgromadzenia były szczególnie pilnie obserwowane przez t.zw. niemiecki „personel wywiadowczy ” lub rodzimych „kapusiów „. Grupa uciekinierów i z tym sobie poradziła. Wszyscy zapisali się do obozowego kółka teatralnego i zorganizowali zamkniętą dla widowni próbę teatralną , której pilnował jeden z uczestników nie wpuszczając nikogo obcego . Po raz pierwszy spotkali się wszyscy uczestnicy ucieczki razem .Nie obyło się bez burzy mózgów , poprawiających  plan ucieczki , jak i szczegółów technicznych związanych z podkopem i kuciem . Zorganizowano także” fundusz uciekinierski ” , który miał posłużyć do zakupu odzieży cywilnej , papieru na dokumenty identyfikacyjne i narzędzi niezbędnych do cięcia krat metalowych przy odpływie wód z cembrowiny. Jednym z najważniejszych tematów ” forum dyskusyjnego” była sprawa zachowania tajemnicy wszystkich przedsięwzięć .  Oprócz uciekinierów trzeba będzie dopuścić do planu ucieczki osoby , które będą n.p. podrabiać dokumenty i pomagać maskować ślady wykopu.Trzeba być ich bezwzględnie pewnym , bo najdrobniejszy przeciek może  doprowadzić do zniweczenia tak misternie ułożonego planu .Możliwość wychodzenia pod eskortą do miasta stwarzała warunki do zakupu pewnych towarów niedostępnych w obozie .Niemieccy strażnicy przekupieni paczkami amerykańskich papierosów lub czekolad  [otrzymywanych przez jeńców w paczkach czerwonego krzyża] byli wyjątkowo spolegliwi podczas wyjść poza teren obozu . Stwarzało to możliwość zakupu nawet cywilnych ubrań niezbędnych do ucieczki .Przygotowania zostały podzielone pomiędzy uczestników . Bardzo ważną role miał tu odegrać grafik , którego zadaniem było bardzo precyzyjne podrobienie dokumentów , aby były nie do rozpoznania .Wszystko to musiało być wykonane przy pomocy pióra ze stalówką redisową i tuszu . Stemple wycięto w gumkach do wycierania ołówka . Dokumenty wzorowane były na oryginalnych drukach wydawanych pracownikom przymusowym , zezwalającym na podróż do miejsca zamieszkania na 4-5 dni n.p.  śmierci członka rodziny . W międzyczasie szlifowano naukę języka niemieckiego , który miał być pomocny w ewentualnych kontaktach z ludnością niemiecką . Byli też tacy , którzy zamierzali uciec do oddalonej o 80 km  Szwajcarii , do nich należał porucznik Kępa , który zamierzał dokonać tego płynąc wpław przez jezioro Bodeńskie .

 

Podróż w nieznane cz.2 Daune Castle !

0

Koniec zwiedzania , koniec zwiedzania tymi okrzykami nasza czarująca przewodniczka oznajmia w „delikatny ” sposób , że czas na zwiedzanie zamku Dumbarton ma się ku końcowi. Wniosek jest tylko jeden , jedziemy dalej w nieznane , a gdzie to się zobaczy to tajemnica -podpowiada. Wsiadamy w miarę szybko , poganiani  niezbyt sympatycznymi  spojrzeniami w rytm piosenki : ” Nie ma , nie ma wody na pustyni ….  Po tyłku też jeszcze nikt nas nie bije , ale poganianie przypomina trochę wersy tej piosenki „. Jedziemy przed siebie.  Gdzie wiedzą  tylko „poganiacze” ? W/g zegarka podróż trwała około godziny , gdy  nagle zobaczyłem na drogowskazie  napis Daune  Castle .Wiedziałem , że to jest cel naszej podróży . Z daleka jawi się nam  bryła potężnego zamczyska zbudowana [z lokalnego  kamienia] w II połowie XIV wieku dla syna króla Szkocji Roberta II. Zamek położony w hrabstwie Stirling  pomiędzy dwoma rzekami  Teith i Ardoch  służył w latach 1400 za siedzibę księcia Albany  [Roberta  Stewarta ]. W latach 1542-67 kilkakrotnie gościł królowę Szkocji Marię I Stuart. Z ciekawostek , które tam dostrzegłem to krzesła tronowe pięknie rzeźbione przez jakiegoś wybitnego snycerza , oraz równie pięknie rzeźbione ławy. Z ciekawostek związanych z zamkiem jest informacja , że tu nagrywano szereg scen z filmu „Gra o  tron” .IMG_1717IMG_1228IMG_1289IMG_1345IMG_1212IMG_1788

Siedzę oglądam TVN , ale słuch mam jeszcze niezły i w strzępkach słów docierających do mnie- jawi mi się  tajemniczy plan kolejnej wyprawy , którą chcą nam zafundować  Marta i Bartek .Pytanie dokąd nas chcą zabrać? Pozostaje bez odpowiedzi , tym razem ścisła tajemnica i usilne próby z mojej strony do jej rozwiązania pozostają bez echa .Jednym słowem czeski film „Nikt nic nie wie ” t.zn. Oni wiedzą , a my nie ! Wyjazd w ”nieznane ” planowany na godzinę 10 dnia następnego . Przygotowania przebiegają dosyć sprawnie fakt , że termin wyprawy mimo niewielkich perturbacji dotrzymany . Jedziemy całą rodziną włącznie z pupilkiem całej rodziny Dodziem , który zajmuje zaszczytną pozycję na kolanach Amelki . Pogoda typowa siąpi  deszczyk i wycieraczki chodzą na 1 biegu .Cholera mam nie tęgą minę .  Jak tu zwiedzać  cokolwiek w deszcz? Siedzę cicho nie komentując wyprawy , o której nic nie wiem .Po drogowskazach rozpoznaje kierunek Glasgow .  Czas mija wraz z przebytymi kilometrami ,deszczyk nie zamierza przestać padać , a my jesteśmy już w Glasgow . Ponure przedmieścia domków jednorodzinnych w stylu wiktoriańskim przechodzą w mieszaninę kamieniczek z okresu króla Jerzego i nowoczesnych wieżowców 26 piętrowych . To wszystko składa się na obraz bezmyślnego planowania tutejszych architektów .Rozumiem ,że to największe miasto przemysłowe Szkocji , ale brzydactwo form architektonicznych już nie „kłuje ” , a „gryzie ” w oczy ! W centrum skręcamy na drogę prowadzącą do miejscowości  Dumbarton i jawi nam się drogowskaz  Dumbarton Castle – cel naszej wyprawy ! Jesteśmy na miejscu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki  deszcz przestaje padać i chwilami pokazuje się słońce .Zaczynam coraz bardziej podejrzewać moją wnuczkę o kontakty z siłami nieczystymi ? Wysiadamy na parkingu i tu jawi się nam cud natury połączony z pięknem architektury średniowiecznych architektów .Pomiędzy  dwoma skalistymi pagórkami  ,których północno -zachodnie stoki  zanurzają się w wodach fiordu , stoi skromna budowla tutejszego zamku . Wkomponowana pięknie w dwa bliźniacze zbocza „gór”.Dalszy komentarz fotograficzny pozostawiam Bartkowi  naszemu nadwornemu fotografikowi …….Zdjęcie 5 przedstawia lokalizację  zamku ,czwarte fiord -omywający bliźniacze wzgórza ,który jest głęboką zatoką Morza Irlandzkiego, na ujęciu 3 wasz „ukochany” autor  na jednym ze szczytów -podniesiona ręka ma symbolizować pozdrowienie dla wszystkich Fs-bukowiczów za wyjątkiem tych należących do PiS-u, zdj.2 to portret jednego z właścicieli zamku admirała jej królewskiej mości , którego nazwiska po prostu zapomniałem [nie był to na pewno Nelson].No i zdjęcie 1 wyższej „góry” z  masztem na którym powiewa flaga Szkocji z charakterystyczną sylwetką [jak się dobrze przyjrzysz ] wnuczki , która jako pierwsza z rodziny zdobyła ten szczyt i stoi z wyciągniętymi w górę rękoma ciesząc się ze zwycięstwa nad pozostałą -mniej usportowioną częścią rodziny !!!      IMG_1814IMG_1246IMG_1285IMG_1347IMG_1766

Dyskusja na temat jak poinformować Zosię o śmierci jej męża trwała do późnych godzin nocnych .Wnioski jakie wyciągnięto z tej dyskusji sprowadzały się do tego , że informację należy przekazać po narodzinach dziecka . Tadeusz ma jej przekazać informację ,że jest w niewoli niemieckiej .                                                             -Synku taka decyzja jest chyba najkorzystniejsza , bo nikt z nas nie może zagwarantować , że wiadomość o śmierci Andrzeja nie wywoła u niej tak wielkiej traumy ,która może spowodować poronienie dziecka . Mielibyśmy ją wtedy „na sumieniu”, bo prawda jak wiadomo użyta niewłaściwie może też zabić .                      -Zgadzam się całkowicie z Helenką .Jemu i tak życia nie przywrócimy , a możemy narobić szkód nieodwracalnych .Proponuje też zachować w nieświadomości jej siostrę Marysię niech obie będą przekonane , że Andrzej jest w niewoli niemieckiej. Tadeusz rozumiem , że tą wersje rozpowszechnimy wśród rodziny w Nicku i Biernatach .                                                                                                                              -Tak tato zgadzam się z wami , uważam że to najsłuszniejsze rozwiązanie .            Następnego dnia po południu Tadeusz składa wizytę wujostwu Tabęckim w Nicku.  W progu dworku wita go uśmiechnięta 8 letnia Anulka pamiętająca go zawsze jako niezapomnianego zapiewajłę wiersza-piosenki : Pan Twardowski na kogucie w jednym „korku” ,drugim bucie .                                                                                 -Mamo , mamo wuj Tadeusz przyszedł !                                                                                       -Bonek [Bonifacy] ! Zobacz jakiego mamy gościa ! Zjesz z nami obiad.  Wejdź proszę co tak stoisz w drzwiach ?                                                                             Serdecznym gestem zapraszając go do saloniku . Temat rozmów mógł być tylko jeden – wojna i jego wojenne losy .Po niedługim czasie, opowiadanie Tadeusza przerwała gosposia Henia  Rosiewicz zapraszając  państwa do pokoju stołowego na obiad. Obiad jak zwykle był bardzo smaczny , bo ciotka Stefania uchodziła w rodzinie za jedną z najlepszych pań domu .Po zakończonym obiedzie towarzystwo przeniosło się do saloniki , gdzie przy herbatce  kontynuowano wcześniej rozpoczętą dysputę .W końcu , po wyczerpaniu tematów i zapadającego   zmroku Tadeusz zaczął  żegnać się z wujostwem nie wiedząc ,że  jest to ich ostatnie spotkanie  w Nicku , gdyż za rok 16 grudnia 1940 roku zostaną brutalnie wyrzuceni z majątku przez okupantów .Przez krótki odcinek drogi towarzyszył mu mały rudy kundelek  Pikuś własność  Haliny i Anulki , który dopiero po wyraźnym poleceniu Tadeusza zawrócił do domu . Pomału zaczął przyzwyczajać  się tak do cywilnego ubrania jak i pobytu wśród rodziny. W kolejnych dniach miał jeszcze złożyć wizytę w majątku ciotki Marii Tabęckiej  [z d.Osieckiej ] w Biernatach . Następnego dnia w godzinach rannych , będąc w „wygódce” znajdującej się na podwórku , przez szparę w drzwiach zobaczył podjeżdżające auto ciężarowe z którego wysiadają  dwaj uzbrojeni niemieccy żandarmi i oficer Wehrmachtu wchodzących do dworku .Wie jedno,że przyjechali na pewno do, lub po niego .Wychodzić , czy uciekać ? Myśl ta tylko przez chwilę zagościła w jego głowie .Prostolinijność , uczciwość i honor oficera nie pozwolił mu na inny sposób rozwiązania sprawy .Wiara w podpisany układ kapitulacyjny gwarantując im zwolnienie do cywila zapewniała również nietykalność .Tak mu się wtedy zdawało ? Wyszedł kierując się do dworku , gdzie czekają na niego Niemcy . Zdaje sobie sprawę , że nic dobrego z ich strony spotkać go nie może .W pokoju stołowym podchodzi do niego hauptman  i odczytuje rozkaz Oberkommando der Wehrmacht  [ OKW] podpisany przez gen. Wilhelma  Keitla  , o jego aresztowaniu i przekazaniu do oflagu w Murnau. Po odczytaniu decyzji ,karze mu się ubrać w mundur i szynel. Po zabraniu sprzętu osobistego i pożegnaniu z rodziną odprowadzony zostaje do ciężarówki gdzie przebywa już kilku jego kolegów z innych miejscowości .Pożegnaniu towarzyszy głośny płacz matki i sióstr i łzy w oczach ojca nieświadomego losu swego jedynaka .Po drodze do Działdowa samochód zatrzymuje się jeszcze w kilku miejscach pobytu żołnierzy i oficerów zabierając ich do wnętrza pilnowanej ciężarówki .Znów są w działdowskim KL Soldau stąd w ciągu dwu dni przetransportowani zostaną koleją przez Wrocław , Monachium do bawarskiego miasteczka Murnau leżącego nad jeziorem Staffelsee. Wjazd pociągu na dworzec , gęsto obstawiony  uzbrojoną żandarmerią z psami nie należał do najprzyjemniejszych .Pokrzykiwania strażników obozowych i szczekanie psów mieszały się z głosami masowo przybyłych tu chłopców z Hitlerjugend -złorzeczącym jeńcom i pokazujących niewyszukane gesty  nożami fińskimi .Po uformowaniu kolumny marszowej poprowadzono wszystkich do oddalonego o 2 km obozu oficerskiego Oflag VII A Murnau. Obóz został założony na bazie koszar Werdenfelser batalionu pancernego Wehrmachtu , o wymiarach 200~200 m ogrodzony podwójnym pierścieniem z drutu kolczastego [ pod napięciem] z 4 wieżyczkami strażniczymi w narożnikach .

Decyzja była komentowana wśród żołnierzy i kadry oficerskiej wywołując w ich szeregach wielką frustrację i oburzenie .Najbardziej bitna jednostka jaką był 21p.p. , który  nie ustąpił pola Niemcom , ale swymi zażartymi atakami zdobył  kawał terenu okupowanego przez wroga jak również  masę  sprzętu w tym dział , moździerzy,pocisków artyleryjskich i karabinów maszynowych, musi iść do niewoli i to jako pierwszy . Słowa oburzenia , ba zdrady padały z ust żołnierz i oficerów .Nie wiadomo jak by się to skończyło , gdyby nie autorytet dowódcy , który  przekonał podkomendnych o słuszności decyzji głównodowodzącego o poddaniu Warszawy Niemcom , a nie  Sowietom , którzy od 27  lX byli na Pradze. Część żołnierzy i oficerów mieszkających w Warszawie postanowiła przebrać się w ubrania cywilne i nie iść do niewoli .Zatrzymując się  w sąsiadujących z frontem praskich domach i kamienicach . Z relacji naocznego świadka tych wydarzeń cytuję :Byłem podwładnym sierżanta Andrzeja  , pamiętam dobrze jego wzburzenie po decyzji kapitulacji Warszawy. Nie mógł się z tym pogodzić , gdyż na naszym odcinku odcinku nie Niemcy , ale my odnieśliśmy znaczne sukcesy. Rozkaz jednak to rozkaz .Zrobił  zbiórkę plutonu i tak w dwuszeregu z bronią poprowadził nas do punktu zdawania broni .Karabiny ustawialiśmy w kozły lub rzucaliśmy na stos . Podoficerowie i oficerowie pistolety wrzucali do wiklinowych koszy [do zbioru kartofli] stojących w pobliżu . Andrzej wyjął pistolet z kabury i spokojnym ruchem wsadził do ust naciskając spust. Wystrzał nawet niezbyt głośny i cichy stuk upadającego ciała wzbudził poruszenie w szeregach stojących nieopodal żołnierzy i oficerów .W kilka chwil wokół leżącego ciała zaczęli gromadzić się żołnierze , otaczając go coraz większym kręgiem .Stojący bliżej pozdejmowali z głów rogatywki .Stojący z tyłu dopytywali się  co się stało , co się stało ? Ktoś się postrzelił ! Sanitariusze ! Gdzie są sanitariusze! Rozległy się głosy.Do otaczającego ciało tłumu przeciskali się dwaj sanitariusze z torbami. Podeszli do ciała, pokiwali tylko przecząco głowami jakby chcieli powiedzieć , my tu  nie jesteśmy potrzebni . Do  zbiegowiska podbiega  oficer niemiecki w randze kapitana. Wyjmuje z kabury pistolet , zaczyna machać rękoma i okrzykami raus , raus , raus  rozpędza rosnący tłum .Przynieście nosze ! Krzyknął do żołnierzy niemieckich nieopodal stojących , na które my Polacy złożyliśmy ciało Andrzeja. Hauptman wydał kolejny rozkaz  przykrycia ciała kocem i przeniesienie go w pobliże stojących nieopodal ciężarówek .Tłum żołnierzy ponaglany przez Niemców powoli rozchodził się do szeregów i tylko tam prowadzono ściszone rozmowy .Kto to był ? Kto popełnił to samobójstwo ? To intrygujące wszystkich pytanie , przewijało się w różnych konfiguracjach wśród żołnierzy . W końcu  ktoś z jego plutonu wymienia nic nie mówiące nazwisko Urban . Urban- nazwisko to jak echo jest powtarzane w kolejnych szeregach .To starszy sierżant Andrzej Urban . Choć nie urodził się w Warszawie , a w dalekim Galowie jest teraz na pewno pełnoprawnym żołnierzem Pułku „Dzieci Warszawy”.

Po” zdobyciu” przez Niemców najważniejszego odcinka fortów wewnętrznych f. 1 „Zakroczym” , a właściwie po poddaniu go przez obrońców .Niemcy ochłonęli z szału bitewnego i zaczęli zachowywać się jak normalni żołnierze [prawdopodobnie skarceni przez dowódców] po tym co zrobili . Po złożeniu broni rozdzielono żołnierzy od oficerów .Linią podziału była droga prowadząca do miejscowości Kroczewo. Po jednej jej stronie zgromadzono kadrę oficerską po drugiej żołnierzy .Po kilku godzinach po oficerów przyjeżdża samochód ciężarowy i zabiera ich do Kroczewa ,pod pałacyk Czarnowskich, gdzie oczekują na kolejne rozkazy. Przed zmrokiem wszystkich przeprowadzają do świetlicy wiejskiej ,w której przyjdzie im spędzić noc. Sala wyścielona jest słomą , która zastępuje łóżka. Po raz pierwszy przygotowano możliwość umycia się i  wydano skromną kolację .Niemcy przygotowali Polakom miłą niespodziankę w postaci rozdania  kartek pocztowych na których mogli napisać wiadomość do swoich bliskich . Następnego dnia miały być wysłane do adresatów. Tadeusz chętnie skorzystał z możliwości poinformowania rodziny cytuję : Kochani Rodzice .Żyję , nie jestem ranny. Przebywam w niewoli niemieckiej , ale już jutro [dowiedziałem się tego od pilnującego nas żołnierza ] przewożą nas do tymczasowego obozu jenieckiego w Działdowie . Po dopełnieniu ewidencji zostaniemy zwolnieni do domów [tak jest w umowie kapitulacyjnej]. Już niedługo się spotkamy .Cieszę się ,że ten koszmar w końcu się skończy , choć bardzo boleje nad losem Ojczyzny .Pozdrawiam i całuję Was wszystkich w Wylazłowie ,Nicku i Biernatach  - Tadeusz .     Noc po raz pierwszy minęła bez huku armatnich wystrzałów i rozrywających się bomb lotniczych .Kolejny dzień pobytu oficerów pozwolił na poranną  ablucję połączoną z goleniem zarośniętych  twarzy i kolejny posiłek [chleb,marmolada i kawa]. Doprowadzeni „do ludzi ” czwórkami przemaszerowali przez Kroczewo,dymiący jeszcze Zakroczym do stacji Modlin. Ulokowani w pociągu jadą do K.L. Soldau w Działdowie .Tego samego dnia 29 podczas spotkania gen. Thommego z niemieckim gen.Straussem na szosie Sękocin – Jabłonna potwierdzono wcześniejszą umowę kapitulacyjną .Umowa w kilku punktach zawierała warunki kapitulacji tj.pozostawienie szabel oficerom i zwolnienie wszystkich [po za ewidencjonowaniu] do domów .Ironia losu sprawiła .że 32p.p. walczący w obronie modlińskiej twierdzy został skierowany do koszar tegoż pułku w Działdowie , który zamieniono na tymczasowy obóz przejściowy dla załogi pod odcinka „Zakroczym”.Obozem o powierzchni 8 ha zarządzał hauptsturmfurer SS Hans Krause  wyjątkowo ponura postać , która w początkach sprawowania swojej władzy nie rozwinęła jeszcze w pełni swoich krwiożerczych instynktów .Wpływ na jego zachowanie miał niewątpliwie dokument kapitulacyjny , który zabraniał znęcania się moralnego i fizycznego nad jeńcami , oraz zapis o zwolnieniu jeńców [po za ewidencjonowaniu i wydaniu niemieckich dokumentów ] do domu.W czasie pobytu w KL Soldau dwukrotnie odwiedzały go siostry Zosia i Marysia przywożąc mu paczki żywnościowe .W pierwszej połowie października, w godzinach wieczornych w drzwiach wejściowych [dworku w Wylazłowie ] stanął Tadeusz .Wielka radość rodziny , uśmiechy sióstr i łzy matki mieszały się z serdecznym przytulaniem żołnierza.Ojciec próbował zachować powagę  ,ale też miał łzy w oczach witając syna. Stali  przez kilka minut w kręgu otaczając i obejmując ramionami  Tadeusza , jakby chcieli  się upewnić ,że to nie jest sen.  Płacz i łzy mieszały się z radością z szczęśliwego powrotu do domu- dumy rodziny.                                                                                                                                                    - Słuchajcie , przecież on jest głodny i zmęczony przeszedł piechotą przeszło 20 km. Siadajmy do stołu zaraz przygotuję gorący posiłek – powiedziała mama .            -Który to miesiąc Zosiu? -zapytał Tadeusz wskazując na mocno zaokrąglony brzuch siostry.                                                                                                                                       -Piąty- lekarz powiedział , że poród przewiduje na koniec lutego , początek marca.Tadeusz , czy ty wiesz coś na temat Andrzeja ?Do tej pory nie mam żadnych wieści , a walki o Warszawę zakończyły się 28 września.                                                      -Zosiu pozwól ,że o tym porozmawiamy jutro .Teraz chcę się nacieszyć wami i zjeść coś ciepłego. Po drodze zjadłem raptem 6 sucharów i popiłem wodą z manierki .                                                                                                                                            Po zjedzeniu sutego posiłku Tadeusz rozpoczął snuć opowieść o tym co przeżył walcząc z Niemcami jak i będąc w KL  Soldau w Działdowie . Późno w nocy kiedy Zosia i Marysia poszły spać , a on został sam  z rodzicami zdradza największą tajemnice ,którą przywiózł ze sobą , a której nie mógł wyjawić przed siostrą Zosią. -Moi kochani .Muszę się podzielić z wami bardzo smutną wiadomością , którą zdobyłem  w działdowskim obozie jenieckim .Otóż będąc tam nawiązałem koleżeńskie kontakty z adiutantem komendanta obozu Austriakiem niejakim Brunonem Wolfke .Dzięki jego staraniom dowiedziałem się ,że mąż Zosi -Andrzej jest na liście poległych 21 p.p. „Dzieci Warszawy ” dowodzonego przez płk.Sosabowskiego.Bacząc na jej brzemienny stan – jak  mam jej to powiedzieć ? Przecież to będzie dla niej olbrzymi szok ! Może stracić dziecko .

 

 

  1. Gromadzący się na Pradze  komuniści zachowywali się wyjątkowo  poprawnie , nie wywoływali żadnych burd i zamieszek , ale  też nie uczestniczyli  w manifestowaniu swojego patriotyzmu wobec jawnej agresji Niemców i Sowietów .Prawdziwe oblicze pokazali dopiero w Siedlcach   , gdzie zbudowali na szosie wlotowej bramę tryumfalną z napisem cytuje: „Witamy umiłowaną Armię Sowiecką ” .Wartę przy bramie sprawowali  poprzebierani w czarne kurtki skórzane z pistoletami za  pasem, czerwonymi opaskami na rękawach i bukietami kwiatów w dłoniach,witali żołnierzy Armii Czerwonej .Wszystko to miało miejsce jeszcze podczas pobytu żołnierzy niemieckich przygotowujących się do opuszczenia miasta .Ci  będący na Pradze czuli  jeszcze strach przed  patriotycznie nastawionym społeczeństwem  jak i bohaterskimi  obrońcami prawobrzeżnej Warszawy ! Informacje o zbliżającej się  nawale bolszewickiej dochodziły do nich prawdopodobnie  poprzez słuchanie radia Moskwa . Aktywność ich skupiała się na organizowaniu zebrań i narad na tak intrygujący temat ich udziału w nowych porządkach , które z pewnością  zaprowadzą Sowieci w okupowanej Polsce . Ataki niemieckie nie ustawały , choć żaden z nich nie był prowadzony z takim rozmachem i determinacją  jak ten z 17 września .Odbywały się przeważnie nocą i odpierane były z równą zaciętością .Ostatni atak na Pragę miał miejsce 26/27 września  o godz 23h 30m następny o godz 1h .Polacy spodziewając się nocnych ataków budowali w odległości 100-150 m od linii swoich okopów zamaskowane stanowiska  dla dwu żołnierzy . Tak  przykryte zamykaną klapą, że nawet z małej odległości były nie do wykrycia przez nieprzyjaciela. Zadaniem  ich było obserwowanie okopów nieprzyjaciela , przed niespodziewanym atakiem niemieckiej piechoty lub czołgów .                                                                                                                                    -Władek ,słyszysz? Jakieś odgłosy od strony Niemców ?                                               -Faktycznie jakieś szuranie ,trzeba dać znać dowódcy, że Niemcy przygotowują się  do kolejnego ataku .Biegnę do naszych ! Bieg w kierunku naszych stanowisk w stylu dobrego sprintera trwał kilkanaście sekund.                                -Panie plutonowy  melduje ,że Niemcy przygotowują się do nocnego ataku.          -Biegnij i zaalarmuj sierżanta Urbana .                                                                               -Tak jest. Kolejny bieg do domku w którym jest zakwaterowany pluton Andrzeja. Alarm bojowy ogłoszono poprzez bicie w kawałek szyny spełniającej rolę dzwonu ! Śpiący w ubraniu  Andrzej zerwał się z łóżka i w tempie ekspresowym założył buty i pas z pistoletem .Po drodze złapał zdobycznego schmeissera i wyskoczył przed domek na podwórko, gdzie  zbierał się jego pluton ustawiając  się w dwuszeregu.                                                                                    -Biegiem na stanowiska ! Szkopy atakują !!                                                                         Żołnierze rzucili się biegiem do okopów zajmując przydzielone stanowiska bojowe .Andrzej podążył w ślad za nimi,Będąc w okopach wydał  kolejny rozkaz .                                                                                                                                              -Bagnet na broń ! Przygotować granaty !Atak nastąpi po zbliżeniu się nieprzyjaciela na odległość rzutu granatem !   W tym czasie setki oczu skierowanych było w nieprzeniknioną ciemność gdzie coraz wyraźniej  słychać było zbliżające  się odgłosy kroków żołnierzy Wermachtu .  Nagle w niebo wystrzelono dziesiątki flar , które pomału spadały na spadochronikach oświetlając przedpole.Noc zamieniła się w dzień. W oddali wyraźnie widać było sylwetki wroga .W tym momencie Niemcy podjęli bieg w stronę naszych stanowisk. Odległość   300-400 m była jeszcze zbyt daleka ,ale nie dla moździerzy  ,które rozpoczęły intensywny ostrzał niemieckiej tyraliery powodując wyraźne luki w jej szeregach .Odległość malała w zastraszającym tempie już tylko  100m ,50.                                                                                                         -Odbezpieczyć granaty i rzucać!                                                                                          Huki wybuchów granatów zlały się z charakterystycznym terkotem karabinów maszynowych .                                                                                                                                 -Naprzód do atakuuuu !!! Krzyknął Andrzej wychodząc po drabince na przedpole okopu, rzucając się biegiem[ z niemieckim pistoletem maszynowym] w stronę wroga.Głośne i przeciągłe huuurrraaa przebiegło przez linię naszej tyraliery. Chłopcy biegli jak szaleni w stronę nieprzyjaciela i starli się z nimi w krwawych zapasach .Niemcy pomimo lepszego uzbrojenia nigdy nie wytrzymywali walki wręcz.Panicznie bali się walki na bagnety, tak stało się i tym razem .Pierwszy rząd niemieckiej tyraliery padł  lub wił się w bólach pod ciosami polskich bagnetów .Tu i ówdzie leżały również ciała Polaków do których z noszami podbiegali sanitariusze . Następne  szeregi zrobiły w tył zwrot i uciekały w kierunku swoich stanowisk bojowych. Kolejne polskie zwycięstwo. Nikt z nich nie wiedział ,że to ostatni atak nieprzyjaciela na Pradze i  ostatni kontratak.  Dzień 27 września to dzień wyjątkowo smutny dla Warszawy i dla Pragi .W tym dniu pierwsze sowieckie czołgi dotarły do frontu praskiego i stanęły na przeciw Polaków . Równocześnie w Warszawie trwały rozmowy w sprawie kapitulacji Warszawy która  w efekcie końcowym podpisana została  przez gen.Rómmla .Narada w sztabie pułk.Sosabowskiego była bardzo burzliwa. Część oficerów , która zaznała tylko smaku zwycięstwa była oburzona decyzją sztabu gen.Rómmla o bezwarunkowej kapitulacji.Generał Kutrzeba uzgodnił ,że kapitulować będziemy tylko przed Niemcami , a pierwsi do niewoli pójdą żołnierze z Pragi.

Oprócz powietrznych ataków Luftwaffe ,obrońcy twierdzy Modlin byli w zasięgu dział  i moździerzy niemieckiej piechoty wchodzącej w skład 228 d.p..Ostrzał artyleryjski i regularne naloty samolotów wroga nie złamały ducha obrońców. Sytucja militarna ,była jednak nie do pozazdroszczenia .18 września Niemcy po przygotowaniu artyleryjskim i po nalotach postanowili przypuści atak piechoty. Dumni , pełni pychy i buty szli w trzech tyralierach jak na defiladę wierząc w swoją przewagę  techniczną i mit o niezwyciężonej armii niemieckiej .Młodzi nadęci i pełni wiary w swoją misję  nie spodziewali się większego oporu ze strony  ludzi , którym ich wódz Adolf Hitler przeznaczył rolę niewolników . W odległości 400-500 metrów dostali się w ogień polskiej artylerii i c.k.m.  Silny ogień zaskoczył Niemców.Pierwszy szereg zaległ , lub padł rażony celnymi pociskami. Następne szeregi parły jednak naprzód po trupach swych kolegów i ciałach rannych .Niestety żaden z nich nie dotarł do stanowisk bojowych polskiej 32 d.p. Odwrót pozostałych przy życiu odbywał się poprzez czołganie w kierunku swoich stanowisk. W godzinach popołudniowych nastąpiło drugie natarcie nieprzyjaciela. Tym razem na nasze prawe skrzydło uderzył 400 p.p. i opanował część naszych pozycji .Nie na długo jednak, gdyż  3 batalion 36 p.p. śmiałym atakiem odzyskał nasze pozycje.W tym dniu gen. Strauss zablokował pozycje zajmowane przez gen. Thommeego  na odcinkach Nowy Dwór .Pomiechówek,Twierdza i Zakroczym . Świtem 19 września rozpoczął się kolejny nalot samolotów na twierdzę Modlin. W szczególności na Pomiechówek i Kazuń.Prawie jednocześnie rozpoczął się ostrzał niemieckiej artylerii wchodzącej w skład 2 i 15 korpusu  mającej na celu zmiękczenie polskiej obrony. Do natarcia poszedł 400 p.p. na stanowiska naszego 1 batalionu 36 p.p. Niemcy podekscytowani długotrwałym ostrzałem i bombardowaniami  byli pewni ,że w okopach nie ostała się żadna żywa istota. Poszli do ataku jak w dym nie spodziewając się oporu ze strony Polaków . Do skraju polskich okopów było już tylko 80-100 m .Nagle rozpętało się piekło , z transzei posypał się grad granatów , odezwały się karabiny maszynowe i ogień strzelców. Tyraliera padła- jak pada zżęte zboże pod kosą wytrawnego żniwiarza ! Drugi rzut tradycyjnie podał tyły i wiał ,aż się kurzyło, żegnany seriami z karabinów maszynowych .Niemcy nie mogąc siłą opanować Modlina wpadli na pomysł opanowania go podstępem . Rozpoczynają akcję propagandową polegającą na zrzucaniu z samolotów zamiast bomb , równie bombowych ulotek informujących o sytuacji militarnej Polski , ale również pełnych gróźb : „Jeśli nie oddacie twierdzy to , najcięższa artyleria i  bomby zburzą ją doszczętnie , a wy zginiecie za Polskę , której już nie ma „.Inne namawiały żołnierzy do dezercji  i nieposłuszeństwa , a nawet do buntów i mordowania dowódców .Większość z setek tysięcy ulotek posłużyła do niewyszukanych żartów , ale i celów bardziej  praktycznych – związanych z dużymi brakami w zaopatrzeniu w papier toaletowy. Żarty żołnierskiej braci polegały na chęci napisaniu listu dziękczynnego do Hitlera za szybkie dostarczenie w tak dużej ilości papieru d…..nego . Po serii nieudanych ataków Niemcy w nocy z 20-21 postanowili przegrupować wojska i w miejsce 400 p.p. wprowadzili dywizję  pancerną „Kempf”. Nasze dowództwo szybko zorientowało się w zagrożeniu wynikającym z takiego układu sił i wzmocniło  odcinki obrony 2 dywizją piechoty Legionów i 30 dywizją gen. Cehaka .Wczesnym rankiem 22 września udanym atakiem  Niemcy zdobyli naszą placówkę w Pomiechówku i usadowili się na zachodnim brzegu Wkry. Nie zabawili tam jednak zbyt długo bo o zmroku kontratak 36 pułku piechoty gen.Bończy – Uzdowskiego śmiałym atakiem wyparł ich na poprzednie stanowiska. Dzień 24 września to dzień przygotowań do ostatecznej rozprawy z obrońcami modlińskiej twierdzy .Niemcy zmobilizowali do natarcia 2 korpus z 3 Armii, 15 korpus z 8 Armii działania piechoty winna wspierać 1 i 4 Flota Powietrzna .Żołnierze z 32 p.p. w którym był Tadeusz po raz wtóry mieli się zmierzyć z dywizją pancerną „Kempf”.Jeden z niemieckich żołnierzy oficer SS Standarte  ”Deutschland” Wimm  Brandt , uczestnik walk o Modlin tak pisze w cyklu reportaży p.t.”Die Bilder der Belagerung vom Modlin”: „Od 24 września rozpoczęła się wzmożona działalność  niemieckiej artylerii przeciwko polskim stanowiskom i samemu Modlinowi .Ponadto zaczęły atakować  niemieckie bombowce. Szczególnie często wysyłano samoloty nurkowe przeciwko twierdzy. Właściwe urządzenia bojowe [kaponiery-bunkry] wykazały wielką odporność na ogień artylerii i bomby , natomiast spustoszenie wśród urządzeń mieszkalnych były bardzo duże. Drogi do samego Modlina stawały się pomału nie do przebycia z powodu lejów i kup gruzów ……”.W dniu 25 września gen. Blaskowitz  zdecydował o użyciu do natarcia na twierdzę Modlin jeszcze dodatkowo  10 korpus w składzie 213 i 221 dywizji piechoty .Szturm generalny miał nastąpić 29 września , a tymczasem trwały naloty bombowe i ostrzał. Meldunki z dnia 26 i 27 do gen.Rómmla  mówią o twardej obronie twierdzy Modlin .Pierwszego dnia po silnej nawale ogniowej zaatakowały 32 dywizja piechoty i dywizja pancerna „Kempf” – kierunek ataku to północny pierścień fortów modlińskiej  twierdzy. Atak tak jak inne został odparty z dużymi stratami w szeregach niemieckiej piechoty i sprzęcie  przez nasze 28 i 2 dywizje piechoty .Dzień 27 września tak jak poprzednie zaczął się od nalotów Stukasów na nasze pozycje.Nasza obrona przeciwlotnicza rozpoczęła ostrzał z kilku pozostałych działek , ale braki w amunicji uniemożliwiły jej skuteczne działanie.Po zakończeniu bombardowania rozpoczął się ostrzał artyleryjski , który nie zaskoczył już Tadeusza i jego kolegów bo stan taki trwał od dobrych 10 dni.Żołnierze będący w okopach podczas nalotów i bombardowań leżeli przytuleni do jego ścian , jakby chcieli wrosnąć ciałem w tą ziemię wstrząsaną wybuchami bomb i pocisków ciężkiej artylerii. Cisza po ostrzale zawsze zapowiadała atak wroga  .Tak było i tym razem. Niemiecki atak 32 dywizji piechoty i dywizji pancernej „Kempf”został z dużymi stratami odparty przez żołnierzy z 2 i 28 polskiej dywizji piechoty. Data 28 września przejdzie do historii obrony odcinka „Zakroczym” jako dzień wyjątkowo tragiczny .Wczesnym świtem rozpoczął się  nalot samolotów i ostrzał artyleryjski po nim ruszył kolejny atak nieprzyjaciela .Tym razem na odcinek „Zakroczym ” uderzył elitarny pułk piechoty zmotoryzowanej SS Standarte „Deutschland”. Żołnierze 2 pułku wchodzącego w skład 2 d.p. bronili się dzielnie i natarcie rozwijało się powoli , pomimo olbrzymiej przewagi technicznej Niemców .Pułk SS „Deutschland” wyposażony był w najlepszy i najnowocześniejszy sprzęt jakim dysponowała niemiecka armia nie mówiąc już o wyszkoleniu , doborze fizycznym ssmanów jak i przebytym przeszkoleniu politycznym .W tym czasie, do niektórych jednostek dotarła informacja o zawieszeniu broni i kapitulacji ,zaczęto wywieszać białe flagi i opuszczać bronione schrony i okopy. Tyraliera SS-manów zbliżała się coraz bardziej do poddających się polskich żołnierzy ,naraz ze schronu wypadło kilka sylwetek żołnierzy z rękami podniesionymi do góry , którzy zostali zaatakowani miotaczem ognia i spaleni żywcem ! W innym miejscu odcinka Niemcy otworzyli ogień  z broni maszynowej do siedzących pod schronem bezbronnych żołnierzy polskich .Wśród spalonych żywcem był k.pt.Tadeusz Dorant , st.sierż. Stanisław Drechno i kilku legionistów z 2 pułku piechoty .Tak kończył się ostatni tragiczny dzień obrońców twierdzy Modlin – odcinka „Zakroczym”.

 Pierwsze odezwały się nasze ciężkie karabiny maszynowe , ale odległość była jeszcze zbyt duża i serie trafiały w próżnie .Kolejne serie zaczęły dosięgać przeciwnika i czynić wyrwy w jego szeregach.Niemiecka tyraliera jednak nieubłaganie zbliżała się do naszych okopów .Żołnierze w większości uzbrojeni byli w broń automatyczną ,pistolety maszynowe  schmeisser ,z których strzelali krótkimi seriami ,by dodać sobie odwagi .W polskich okopach napięcie sięgało zenitu. Jeszcze nie strzelać! – 300 m, 250, 100,50.  Odbezpieczyć granaty !!Rzucać ! Dziesiątki granatów poleciało w stronę przeciwnika ,a huki  wybuchów zlały się w jeden grzmot, który przebiegł przez przedpole naszych transzei.Kolejny okrzyk – do atakuuu…..Z okopów zaczęły  wysypywać się setki żołnierzy z bagnetami na karabinach i z okrzykiem hurraa rzuciły się na wroga .W niedalekiej odległości od  linii okopów doszło do walki wręcz . Pojedyncze strzały , szczęk i zgrzyt metalu ,krzyki w różnych językach i jęki rannych tworzą upiorne widowisko . Widok pola bitwy jako żywo przypomina mi słynny obraz Picassa – Guernica .Zdeformowane i zniekształcone leżące ciała , zaciśnięte pięści i rozwarte szczęki , pełne bólu i rozpaczy wyrażające gniew przerażenie i smutek .Polacy i Białorusini [walczący w składzie 20 d.p.i 79 p.p.] owładnięci „szałem walki”przechodzą jak burza przez pierwsze szeregi niemieckiej tyraliery , pozostawiając za sobą zabitych lub rannych wijących się w bólach ! Widząc to kolejne szeregi nieprzyjaciela robią w tył zwrot i zaczynają   paniczną ucieczkę  w stronę swoich stanowisk bojowych .Niemcy uciekają na złamanie karku , a na ich grzbietach siedzą Polacy goniąc ich zajadle .Upadek lub słabsza kondycja to pewna śmierć od bagnetu .Tego Niemcy boją się najbardziej .Okopy wroga tuż ,tuż . Pozostali w okopach nie mogą strzelać widząc kolegów pędzących w ich kierunku. Udziela im się paniczny  strach uciekających .Wyskakują z okopów rzucają broń, salwują się ucieczką .Goniący dobiegli już do stanowisk wroga . Jeszcze tylko skok przez transzeje i są po drugiej stronie okopów . Zmęczeni długim biegiem żołnierze 1 i 2 Korpusu 3 Armii Wermachtu coraz częściej padają  na ziemię z wyczerpania  , ginąc pod ciosami polskich bagnetów .Polacy dobiegają do stanowisk artylerii polowej , której załoga zrejterowała kilkanaście sekund temu , a ci którzy nie zdążyli uciec rzucają broń i podnoszą ręce do góry .Zwycięstwo!!! Duma rozpiera żołnierskie serca , które biją przyspieszonym rytmem nie tylko z powodu morderczo długiego biegu , ale również z powodu potężnych  dawek adrenaliny  , które dostarczyło im bezsporne zwycięstwo . Chytry plan sztabu płk. St.Sosabowskiego powiódł się znakomicie  uniemożliwiając Niemcom użycie c.k.m. i artylerii . Umożliwił  również wzięcie do niewoli 120 żołnierzy pochodzących z Prus i Saksonii w tym 10 oficerów ,nie mówiąc już o zdobytych działach i moździerzach . Dowódcy powstrzymują dalszą pogoń za uciekającym nieprzyjacielem. Rozkazują wycofanie do zdobytych okopów wroga i zajmowania stanowisk .Poszły w ruch saperki zmieniając w szczególności kierunek usytuowania przedpiersia stanowiska strzeleckiego . Zdobycz wojenna w postaci broni , amunicji i granatów , też była nie do pogardzenia , nie mówiąc już o zapasach prowiantowych w postaci konserw mięsnych i czekolad .Po zdobyciu nieprzyjacielskich okopów , dowódcy podciągnęli  odwody celem uzupełnienia składu plutonów i drużyn , które poniosły straty.  Szczególnie wyróżnione zostały 4 i 5 kompania  piechoty 21 w. p.p dowodzone przez por. Polegaja  i por.Safina .Morale żołnierzy po tak spektakularnym zwycięstwie bardzo wysokie , co przyznał głównodowodzący pułk.Sosabowski przyznając najdzielniejszym stosowne odznaczenia .Dowództwo praskiego frontu zaniepokojone jest gromadzeniem  na Pradze komunistów . Przybyli tu z całej lewobrzeżnej Warszawy czekają na przyjście Armii Czerwonej , gdyż zgodnie z sierpniowym układem Ribbentrop – Mołotow cała Polska leżąca po prawej stronie Wisły stanie się łupem Rosjan .

Kolejny poranek zaczął się od nalotów Stukasów , które niczym sępy krążyły nad twierdzą zrzucając śmiercionośne ładunki .Fala za falą jedna odlatuje zwalniając miejsca następnej. Kaponiera w której zgromadziła się większa część załogi fortu „Zakroczym ”chroni obrońców przed bombardowaniami  grubymi betonowymi ścianami , nieprzebijalnymi  dla bomb średniej wielkości ,które  były na uzbrojeniu  myśliwców  .Oprócz huku bomb i wstrząsów , którymi poddana była nasza kaponiera , słychać było serie z przeciwlotniczych karabinów maszynowych i jazgot naszych  działek przeciwlotniczych , umieszczonych na najwyższej kondygnacji. Naraz poprzez huki i trzaski z zewnątrz przebił się krzyk dochodzący z wnętrza, od obsługi działek  i karabinów .To załoga trafiła jeden z nadlatujących samolotów ,który odleciał ciągnąc za sobą smugę czarnego dymu .Tadeusz z grupą nocujących w kaponierze nie mając co robić w przerwach pomiędzy nalotami organizują kuchnię polową. Nagle nadleciała kolejna fala Stukasów powodując potężny wybuch. Bomba , która trafiła w strop bunkra zakołysała całą jego konstrukcją nie czyniąc jednak większej szkody.W godzinach południowych natężenie nalotów zmniejszyło się ,  w końcu zapanowała  cisza.  Załoga wyszła na zewnątrz .Widok  iście księżycowy – okolica usiana lejami po wybuchających bombach  i zniszczonym budynku koszar.Opadający kurz i pył odsłania wnętrze budynku z porozbijanym szafkami i porozrywanymi łóżkami z pościelą  fruwającą jeszcze w powietrzu . W niektórych pokojach poskręcane łóżka tworzą  jakąś upiorną gmatwaninę materaców,pościeli i metalu . Nagle zza rogu uszkodzonego budynku wychodzi koń obsypany pyłem i kurzem , który wlecze za sobą jakąś uczepioną dolnej partii brzucha linkę. Po zbliżeniu się obserwujący  żołnierze dostrzegli potworną ranę brzucha zwierzęcia z której wypadły jelita ciągnąc i zaczepiając o kolejne przeszkody.Równocześnie  kroczące zwierze samo kopytami stawało na poskręcane jelita co powodowało dalsze ich wyciąganie z głębia trzewi zwierzęcia . Koń nie czuje jeszcze bólu bo szok po urazie którego doznał blokuje wszystkie nerwy czuciowe .Tadeusz podszedł do konia wyciągnął z kabury pistolet przystawił go do głowy konia,  pociągnął za spust oddając strzał skracający męki zwierzęcia .Cielsko padającego zwierzęcia o mały włos nie przygniotło go do ziemi. Błyskawiczny  odskok  uratował go przed niechybnym przygnieceniem. Wokół zabitego konia zgromadziła się grupka żołnierzy dyskutując nad dalszym losem zwierzęcia .W końcu powstały dwa przeciwstawne stronnictwa. Jedni chcieli zakopać zwłoki konia ,drudzy chcieli podejść do problemu bardziej praktycznie i po prostu zjeść dobrze odżywione zwierze . Tadeusz widząc , że grupa „spożytkowania ” końskiego mięsa jest większa wydał rozkaz przeciągnięcia cielska bliżej zaimprowizowanej  kuchni. Jeden z żołnierzy będący w cywilu rzeźnikiem postanowił dokonać rozbioru końskiej tuszy i spożytkować mięso .         -Związać nogi zwierzęcia liną i przeciągnąć !                                                                    Żołnierze zaczęli rozglądać się za jakimiś linami i w końcu jeden z nich przypomniał sobie , że w koszarach w magazynku podręcznym jest zwój lin. Po przyniesieniu związali koniowi nogi i w 10 zaczęli ciągnąć cielsko konia , które ze względu na nierówności  stawiało spory opór.Podczas ciągnięcia jeden z żołnierzy poślizgnął się na trzewiach zwierzęcia i upadł jak długi na plecy w pył placu apelowego .Padając na plecy zaczął przez chwilę machać rękom i nogami jak pajac ,co wzbudziło u pozostałych salwę śmiechu . Pomoc w postaci podanej ręki przez najbliższego kolegę zakończyła zabawną scenkę .Przeciąganie martwego zwierzęcia odbyło się już bez większych problemów. Jeszcze tylko rozbiór tuszy, w co zaangażował się nasz żołnierz dobierając sobie pomocnika .Pozostali zobligowani zostali do przyniesienia odpowiedniej ilości misek do mycia na pozyskane mięso . Pozostałą część końskiego szkieletu zakopano w jednym z wielu kraterów po bombach .

 

 

Andrzej wraz z szczątkową formacją 20 d.p. i resztkami wchodzącego w jej skład B.O.N. przedzierają się na warszawską Pragę.Tam zostają wcieleni w skład 21 pułku piechoty „Dzieci Warszawy” dowodzonego przez płk. St.Sosabowskiego . Okopy, w których im przyszło bronić stolicy , były już wykopane -częściowo przy pomocy ludności cywilnej. Śmiertelnie zmęczony [długotrwałym odwrotem ,połączonym z bombardowaniami i ostrzałem przez nieprzyjacielskie samoloty ] ,po przydzieleniu kwatery [w niewielkim domku z ogródkiem] padł ,nie ściągnąwszy nawet butów i zapadł w głęboki sen . Następnego dnia z trudem dobudził go żołnierz , który przyniósł rozkaz ,  aby za godzinę zgłosił się w komendzie pod odcinka  Utrata u ppłk F. Węgrzyna . Gospodyni domu pani Nowicka zaprosiła Andrzeja  i trzech jego towarzyszy na śniadanie z czego chętnie skorzystali.W międzyczasie skorzystali z bieżącej wody w jeszcze działającej łazience.  Wodociągi jeszcze działały, choć pierścień hitlerowskich wojsk z dnia na dzień zaciskał się jak pętla na szyi skazańca. Śniadanie w pokoju stołowym przygotowane przez gospodynię to jajecznica na kiełbasie .Jajka od biegających po podwórku kurek , kiełbasa od znajomego rzeźnika .Na Pradze jeszcze nie było takich problemów aprowizacyjnych jak w centrum .Po sutym posiłku melduje się u d-cy odcinka .                                                                                                                                     -Panie pułkowniku , sierżant Andrzej Urban melduje się na rozkaz .                               -Skończcie sierżancie z tymi regulaminowymi regułkami !Chcę , aby w moim oddziale była atmosfera rodzinna .Walczymy wszyscy w  słusznej sprawie naszego bytu i naszej Ojczyzny .Wiem ,że przeszliście przez te kilka dni twardą szkołę życia.Ilu żołnierzy  wam zostało ?                                                                                                 – Z mojego plutonu zostało  23 żołnierzy zdolnych do walki .                                             -Wraz  z waszym dowódca por.Bolesławem Pałczyńskim dobierzecie żołnierzy z ludzi 20 d.p. i 21 p.p  będących w odwodzie naszej jednostki do pełnego składu plutonu. Doboru ludzi dokonacie sami .Powierzam wam odcinek w okopach od prawego skrzydła 3 plutonu chorążego Frankowskiego do lewego skrzydła 2 plutonu sierżanta Purskiego. Macie jakieś pytania ? Jeśli nie to jesteście wolni.        -Tak jest panie pułkowniku ! Andrzej zasalutował i zrobił zwrot w kierunku drzwi. W tym czasie do pokoju wszedł adiutant kpt.Modzelewski informując ,że za 20 minut mają odprawę u płk.Sosabowskiego .Pułkownik spojrzał na zegarek i zaczął dopinać mundur . Jestem gotowy – idziemy. Adiutant , który podszedł do niego zwrócił uwagę ,  zostało nam niewiele czasu panie pułkowniku około 20 minut do odprawy . Jazda zarekwirowanym Fiatem do sztabu płk Sosabowskiego  nie obyła się bez przygód. Kierowca już od jakiegoś czasu kręcił korbę samochodu . Silnik złośliwie odmawiał posłuszeństwa i nie chciał „zaskoczyć”.Czerwony i spocony szofer ledwie dyszał i gdyby nie pomoc adiutanta , pewnie padłby z wyczerpania . Szarża adiutanta wyraźnie zrobiła wrażenie na aucie bo po minucie silnik zagrał swoim równomiernym rytmem ku zadowoleniu wszystkich . Z uśmiechem na twarzy sytuację skomentował nasz pułkownik słowami : Nawet auta  pana słuchają kapitanie !                                                                                                  -Mój ojciec miał taki model i często mi go pożyczał ,stąd moja znajomość tego typu silnika . Dalsza jazda odbyła się bez większych przygód i zdążyli w ostatniej minucie na naradę  . Wchodząc na odprawę pułkownik Sosabowski ujrzał , że wszystkie krzesła są zajęte więc bez zbędnych ceregieli rozpoczął odprawę .               -Panowie zebraliśmy się tu na kolejnej naradzie poświęconej dwu rzeczom :przybyciem posiłków w postaci 20 d.p. , a właściwie  części , która się do nas przebiła . Są to jednostki które stoczyły bohaterska bitwę pod Mławą .Tą część postanowiłem włączyć w skład naszego pułku w ten sposób pułk odzyskał swój pełnoetatowy skład .W drugiej części odprawy , chcę przedyskutować plan podjęcia działań zaczepnych w stosunku do nieprzyjaciela .Wiemy , że dotychczasowe ataki Niemców są nieskoordynowane i jak dotychczas słabe .Od wziętego do niewoli Niemca dowiedzieliśmy się , że przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w umowie ,którą Niemcy zawarli z Sowietami mówiącej o tym ,że część Polski leżąca po prawej stronie Wisły będzie należeć do Sowietów . Stąd się biorą te ich dylematy atakować ,czy nie !Chciałbym zwrócić panów uwagę na gromadzenie się na Pradze ludzi o przekonaniach komunistycznych , którzy pewno czekają na swych ”czerwonych ”przyjaciół , oraz o nielicznych [na szczęście] dezercjach Białorusinów wchodzących w skład 20 d.p..Jak wiecie głównodowodzący obroną Warszawy gen. Rómmel przydzielił nam obronę Pragi od Saskiej Kępy przez Aleje Waszyngtona ,Grochowską ,Podskarbińską,dworzec Wschodni , Utratę ,Zacisze ,cmentarz Bródnowski i Pelcowiznę .Wiemy ,że ataki niemieckie zawsze następują po przygotowaniach artyleryjskich ,to jest ostrzale danego odcinka zmasowanym ogniem armat, haubic i moździerzy. Potem następuje szturm piechoty .Proponuję podpuścić Niemców  nawet na 100 m od naszych transzei następnie przywitać go zmasowanym ogniem c.k.m. i granatami  potem  gwałtownym atakiem na bagnety pogonić ich w stronę własnych okopów . W ten sposób unikniemy użycia przez nieprzyjaciela nie tylko broni maszynowej,ale również moździerzy czy granatników .Plan pułkownika po sprecyzowaniu i szczegółowym omówieniu został przyjęty do wykonania . Okazja jego realizacji przyszła dnia 17 września .W godzinach południowych gdzieś około godz.13 nieprzyjaciel rozpoczął bardzo silny ostrzał artyleryjski.Pociski z ciężkich dział i haubic rwały  ziemię tworząc olbrzymie leje i wyrzucając fontanny ziemi. Mniejsze kratery tworzyły wybuchu z moździerzy , które spadały znaczne bliżej linii okopów . Ostrzał trwał już dobre 30 minut i nic nie świadczyło o szybkim jego zakończeniu .Na szczęście pociski wroga przelatywały nad głowami ,lub spadały na przedpole transzei tylko 1 pocisk z moździerza trafił w okop zabijając 4 i raniąc 2 strzelców .Na dnie okopów wraz z dowódcami siedzieli żołnierze czekając na ustanie kanonady i atak nieprzyjaciela .Naraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ogień milknie i zapada świdrująca uszy złowroga cisza . Ciszę przerywa głośny  okrzyk -bagnet na broń! Przez chwilę słychać tylko trzask zapadek mocujących bagnety na lufach karabinów . Okopy ożyły .Kolejny rozkaz – na stanowiska ! Żołnierzy sprawnie zajmowali swoje stanowiska bojowe  czekając na dalsze rozkazy.Tyraliera niemieckich żołnierzy w mundurach feldgrau ruszyła z początku powoli  by po jakimś czasie przyśpieszyć  kroku .Odległość była jednak jeszcze zbyt duża by otworzyć ogień . c.d.n.

  Po oderwaniu się 32 p.p. od nieprzyjaciela ,skierowano  go do obrony  twierdzy Modlin .Wycofywanie  odbywał się pod obstrzałem niemieckiej artylerii i bombami wrogich samolotów .W dniu 7 września jej przednia szpica dotarła do Modlina .Z Pułku Piechoty wydzielono pododdział , który został oddany pod dowództwo obrońcy Modlina gen.Juliusza Zulaufa .Przydzieleni żołnierze  zostali sprawnie zakwaterowani w koszarach twierdzy .Kwatery w budynkach  [pamiętających czasy carskie ] daleko odbiegały od pokojowych standardów . W pokojach 4 osobowych musiało pomieścić się 8-10 osób.Oczywiście łóżka były piętrowe ,a poruszanie się pomiędzy nimi sprawiało nie małe kłopoty. Przyczyną takiego stanu rzeczy była nadmierna ilość żołnierzy w twierdzy.Po zakwaterowaniu,Tadeusz pierwsze kroki skierował do łaźni , gdzie pozbył się wielodniowego brudu, po trudach walk z niemieckim Korpusem „Wodrig”. Bieżąca woda w kranach jeszcze była , a więc warunki jawiły się jako komfortowe -żyć nie umierać ! Po umyciu wyszedł przed koszary poszukać kantyny oficerskiej .  -Tadeusz ?                                                                                                                                               Głos , który dobiegł zza jego pleców , kazał mu odwrócić głowę w jego kierunku , ujrzał sylwetkę p.por. w eleganckim  mundurze uśmiechającego się do niego serdecznie .                                                                                                                                              - Bartek -to ty ? Skąd ty się tu wziąłeś ?Jakże się cieszę ,że Cię spotkałem .                 -Jestem tutaj od dwóch dni wraz z moją jednostką. Służę w 5 d.p.dowodzonej przez gen. Juliusza Zulaufa .Gdzie ty się teraz wybierasz ?                                                 – Do kantyny coś zjeść -bo głodny jestem niemiłosiernie .                                                    - Zaprowadzę cię , po drodze sobie pogadamy.                                                                          -  Tu Tadziu jest kantyna oficerska ,przepraszam cię ,ale muszę zgłosić się do swojego d-cy po rozkazy .Mieszkam w tym baraku  w sali nr.3 , wskazał palcem na niedaleko stojące zabudowanie . Po zajęciu miejsca przy stoliku ,zaraz znalazł się kelner z dymiącą michą zupy z wkładką .                                                                                   – Panie poruczniku , wiem jak jesteście głodni -czy będzie pan chciał repetę ?           – Oczywiście -dawno nie jadłem ciepłej strawy!                                                                       Po krótkim czasie kolejna porcja posiłku wylądowała w żołądku wygłodzonego . Spać ,spać ,spać ta jedna myśl nieubłaganie przebijała się do świadomości , mobilizując organizm do przyśpieszenia kroku w kierunku zbawczego łóżka ! Zdjął tylko obuwie rzucił się na łóżko i zasnął snem tak głębokim , że chodzenie , składowanie broni i plecaków przez kolejnych przybyłych nie potrafiło  zakłócić jego kamiennego snu . Noc minęła spokojnie , świt przyniósł niemiłą niespodziankę !                                                                                                                                Ryk nurkujących samolotów i wściekły wizg spadających bomb , wyrwał go z błogiego snu. Włożył  buty i wybiegł na plac apelowy , na którym rozpętało się prawdziwe piekło . Lotnik kryj się!!! Okrzyki d-ców krzyżowały się z wybuchami bomb wyrzucając ziemię w powietrze, zrzucane niezbyt precyzyjnie wyrządziły  nie wielkie  szkody w otoczeniu placu apelowego.Ktoś krzyknął -idzie druga fala stukasów .Na znacznie niższej wysokości leci kilkanaście maszyn nieprzyjaciela , tym razem atak był bardziej precyzyjny bomby spadły na plac i stojące w pobliżu budynki koszar.Potworny huk rozrywających się bomb,latające odłamki i pył zakryły na dłuższy okres  miejsce bombardowania. Opadający pył- odkrył przed oglądającym szereg olbrzymich lejów , jeszcze zasnutych dymami po wybuchach . Samoloty zatoczyły koło ,ponownie  zbliżają się do miejsca gdzie przed chwilą zrzuciły bomby.Dość długa przerwa po ostatnim nalocie spowodowała , że część żołnierzy wyszła na plac -myśląc , że to koniec nalotów. W tym momencie  nadleciała kolejna fala nisko lecących samolotów.Tym razem odezwała się nasza artyleria przeciwlotnicza i grad pocisków wyleciał na spotkanie nadlatujących stukasów .Serie karabinów maszynowych wroga siały śmierć i zniszczenie w szeregach obrońców  . Przestrzeń wypełniły krzyki  i jęki rannych zmieszane z rozkazami sanitariuszy , którzy starali się w jak najszybszym czasie udzielić pomocy poszkodowanym. Sanitariusze uwijali się jak w ukropie , bandażując na miejscu  lżej rannych – ciężkie przypadki  odnosząc na noszach do lazaretu , a ciała tych którym już nie można pomóc przykrywali kocami .Po opatrzeniu lekko rannych i odniesieniu ciężej do wojskowego szpitala , jeden z obecnych na placu oficerów wydał rozkaz przyciągnięcia platformy do przewożenia skrzynek z amunicją , na które ładowano zwłoki .Podczas ich układania na platformie stojący obok kapitan odłamywał część nieśmiertelnika zawieszonego na ich szyjach. Lazaret fortu nr.1 „Zakroczym ” z każdą chwilą zapełniał się rannymi .Straty po nalocie okazały się duże – 21 zabitych , 17 lekko rannych i 34 ciężko rannych ,w tym 3 w stanie krytycznym.Lekko rannych opatrywano na miejscu , średnio i ciężko rannych przewożono do szpitala na terenie twierdzy Modlin. Lekarze dwoili się i troili zszywając ,krojąc i amputując ręce i nogi , aby uratować jak najwięcej istnień młodych dzielnych ludzi .Niestety mimo nadludzkich wysiłków 3 najciężej rannych nie udało się uratować , choć tak nie powinno być.  Wojna jest nieubłagana i zabiera w większości ludzi młodych , zdrowych i silnych .Kalecy i słabi zostają w domach , c’est la vie .Po czterech godzinach pracy , lekarze w zakrwawionych kitlach opuszczają sale operacyjną z potem na czołach ,  zadowoleni z dobrze spełnionego obowiązku . Tadeusz z resztą ocalałych kolegów [z zburzonej części koszar ]przenieśli swoje łóżka ,na parter 3 kondygnacyjnej fortyfikacyjnej kaponiery .   c.d.n.                                                               

                                                                                              Wojna                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            1 września wybucha  wojna , na całej zachodniej granicy Polski toczą się krwawe walki. Machina niemieckiej potęgi nieubłaganie  łamie opór słabo uzbrojonych polskich jednostek .Tylko chartem ducha Polacy przewyższają Niemców -niestety to za mało ,aby powstrzymać wrogie czołgi,działa szturmowe, samoloty czy zmotoryzowaną piechotę .Andrzej  wraz ze swoim Działdowskim Batalionem Obrony Narodowej -wchodzi w skład Nowogródzkiej Brygady Kawalerii , a od 2 września w skład 20 dywizji piechoty . Już o godzinie 5 rano 3 armia niemiecka pod dowództwem gen.Georga von Kuchlera przekracza  granice Rzeczpospolitej  kierując swe natarcie na Mławę i Przasnysz .Andrzej walczy wraz z jego dywizją osłaniając granicę Rzeczpospolitej . Tocząc zażarte walki z uderzającą z Prus Wschodnich  3 armią niemiecką [w skład której wchodzą Dywizja Pancerna "Kempf ",oraz 11 i 61 dywizje piechoty ].Atak wymienionych jednostek kieruje się na Mławę . Tadeusz wraz z 32 p.p.toczy walki z Korpusem „Wodrig „[w skład którego wchodzą 1,12 d.p. i 1 brygada kawalerii]  pod ich naciskiem wycofują się w kierunku Gruduska . Walki o Mławę trwają przeszło dwa dni ataki Niemców i kontrataki Polaków nie zmieniły w sposób znaczący pozycji obu stron .Niemcy ponieśli znaczące straty w ludziach i sprzęcie -szczególnie duże straty poniosła dywizja pancerna „Kempf”w ogniu krzyżowym polskich dział przeciwpancernych .Kontrataki niemieckich  jednostek pancernych bardzo często toczyły się pod osłoną chłopów[spędzonych z okolicznych wsi] ,a pędzonych  przed atakującymi czołgami . Sytuację skomplikował odwrót jednostek broniących prawego skrzydła Armii Modlin , który odkrył ich prawą flankę zmuszając 20 d.p. do cofnięcia się z tak dzielnie bronionych pozycji. Pozostały pomniki ich krwawych walk w postaci kilkunastu spalonych dział szturmowych i czołgów. Największe straty poniosła nasza dywizja podczas zmasowanego i długotrwałego ataku lotniczego samolotów typu Stukas . Zdziesiątkowana , stale walcząc- wycofuje się z zajmowanych dotychczas  stanowisk ,okupionych setkami zabitych i rannych.Wraz z nimi pod naciskiem zdecydowanie przeważających sił wroga ustępują Nowogródzka Brygada Kawalerii,Mazowiecka B.K.,i będąca w odwodzie 8 D.P. kierunek odwrotu Ciechanów.Podczas odwrotu l B.O.N  kpt.Kazimierza Mordzewskiego miał za zadanie ubezpieczać od wschodu pozycję mławską [szosę warszawską ],którą wycofywały się oddziały niepokonanych obrońców Mławy .Zaatakowany przez wroga nie wytrzymał silnego natarcia i zaczął wycofywać się w kierunku osi marszu odstępujących oddziałów. Pod silnym ogniem niemieckich ckm ginie trzech kolegów Andrzeja w tym jego serdeczny przyjaciel A. Żabiński z Działdowa .Atak Niemców groził przerwaniem i otoczeniem oddziałów ,które nie opuściły jeszcze pozycji mławskich.Sytuację uratował wycofujący się baon majora Schlichtingera i batalion ll/20 pal [polowej artylerii lekkiej] mjr.T.Chciuka , który swą baterię zatrzymał i po sprawnym obsadzeniu stanowisk, skierował ogień ponad głowami wycofującego się  l B.O.N. prosto w nacierające jednostki niemieckie .Do ataku na Niemców przyłączyła się też Samodzielna Kompania Cekaemów , która celnym ogniem powstrzymała natarcie wroga , a potem spowodowała jego wycofanie . Manewr ten uratował ,przed niechybną klęską jednostkę Andrzeja ,która w dwu grupach wycofywała się na Raciąż . W tym czasie Tadeusz z 32 p.p. pod naciskiem przeważających sił Korpusu „Wodrig”wycofuje się na Szydłowo , a potem na Wyszyny , gdzie jego 5 Batalion Strzelców osłania sztab 20 D.P. Niemieckie lotnictwo zachowuje się jak banda zdemoralizowanych bestii , która nie mając innych celów potrafiły atakować szpitale,kolumny sanitarne [oznaczone znakiem czerwonego krzyża],  pojedynczych cywilów,a nawet stada krów na pastwiskach . Już 4 września gen.Przedrzymirski d-ca armii Modlin nakazuje odwrót wszystkim ugrupowaniom wchodzący w jej skład ,w tym 20 D.P. i 32 p.p.- kierunek odwrotu Płock i Modlin .Dnia 6-7 września w miejscowości Brochowo  następuje reorganizacja dywizji z jej struktur zostaje wydzielony oddział pod dowództwem ppłk K.Zaborowskiego , który ma za zadanie wzmocnienie załogi  twierdzy Modlin. Wśród wydzielonego oddziału  żołnierzy jest ppor.Tadeusz Osiecki , który zostaje adiutantem d-cy baonu .Pozostała część 20 D.P. przemieszcza się do Nowego Dworu, a stamtąd do Legionowa i podporządkowana zostaje d-cy armii „Warszawa” gen. Juliuszowi Rómmlowi .W dniach 11 września 20 D.P. w rejonie Zegrza naciera na niemiecką 217 D.P.odrzucając ją w okolicę miejscowości Ryn i okolice rzeki Rządzy .Ataki na Niemców ponawiane są jeszcze w dniach 12i 13 ze zmiennym powodzeniem . Gdy do walki wkrocza niemiecka 32 D.P. przekraczając Bug i Narew ,a z rejonu Radzymina jednostki pancerne .Następuje odwrót 20 dywizji piechoty z lasów białobrzesko- nieporęckich  i przemarsz  jej wszystkimi jednostkami na Pragę . C.d.n.

                                                                       Rodzina                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                Pewnego grudniowego dnia 1911 A.D., gdzieś tam na zachodnich rubieżach Imperium Rosyjskiego w Priwiślańskim Kraju ,nad malowniczą  rzeką Wkrą w rodzinie niezbyt zamożnego ziemianina -rodzi się chłopiec. Na chrzcie dano mu na imię Tadeusz Roman . Ojciec Stanisław Osiecki [weteran wojny rosyjsko -japońskiej], wraz z żoną Heleną z d. Zdzięborską prowadzą 56 hektarowy majątek w jednej z mazowieckich wsi – o nieco śmiesznej nazwie Wylazłowo .Chłopiec ten, będzie jedynym męskim potomkiem rodziny -stąd stanie się oczkiem w głowie Heleny i Stanisława .W niedługim czasie w latach 1915-20 rodzą się trzy córki Maria , Zosia i najmłodsza Hanna  .Hanna w wieku 4 lat i 7 miesięczny Tomaszek umierają na  tyfus [śmiertelną wtedy chorobę ] .Pozostała szczęśliwa trójka rodzeństwa, swe beztroskie życie dzieli pomiędzy , rodzinny majątek w Wylazłowie , a sąsiadujący z nim majątek ciotki Stefanii Tabęckiej w Nicku , leżący w/g słów [Anki Tabęckiej córki ciotki] w takiej odległości ,że jak ciotka Helena woła na kury , czy kaczki to słychać było wszystko u nich w Nicku .Do najmilszych letnich rozrywek rodzeństwa należały kąpiele w czystej rzeczce Wkrze zwanej również Działdówką i zabawy z małym jelonkiem Mitkiem ,który był ich ulubieńcem. Po pewnym czasie ulubieńcowi  urosły rogi i stał się postrachem kobiet, szczególnie tych noszących długie spódnice. Najbardziej prześladowane były Cyganki , które potrafił gonić, a nawet przepłynąć rzekę żeby zaatakować rogami ! Szkołę podstawową cała trójka ukończyła w Płocku-zamieszkując w dwu pokojach na plebanii u jednego z płockich księży , pod czujnym okiem guwernantki pani Więckowskiej .Dziewczyny kończą liceum im.Królowej Jadwigi,Tadeusz Liceum Ogólnokształcące im.Małachowskiego. Po ukończeniu „Małachowianki” podejmuje studia na S.G.G.W. w Warszawie. Równocześnie w 1933 roku w Skierniewicach kończy „Podchorążówkę” i uzyskuje stopień p.porucznika . W latach 1934-35 kończy z wyróżnieniem studia otrzymując tytuł inżyniera agronomii. Wracając do rodzinnego domu podejmuje pracę w majątku rodziców , zarządza również  młynem w niedalekim Zieluniu . Świeżo upieczony agronom , swoje nowatorskie rządy rozpoczyna od budowy dwu stawów rybnych [ zasilanych wodami ] płynącej obok rzeki Wkry. Młody przystojny inżynier staje się obiektem zainteresowania  większości panien z okolicy.Niestety żadna z nich [pomimo licznych zabiegów ] nie wzbudziła w nim większych zainteresowań .Rok 1939 zapowiadał dobry urodzaj. Majowe deszcze -spowodowały piękny wzrost zbóż i roślin okopowych .Maj dla rodziny okazał się równie znamienny , bo najmłodsza córka Zofia [zdała maturę w 1938] wychodzi za mąż za starszego od niej o dobre kilkanaście lat dyrektora Działdowskiej Kasy Chorych Andrzeja Urbana . Uroczystości weselne [zgodnie z tradycją] odbywają się u panny młodej w Wylazłowie . Do Dłutowskiego kościoła para młoda wieziona była bryczką, zaprzężoną w parę szarych koni ze stajni nieżyjącego już naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego. Najważniejszym gościem wesela , był Komisarz Policji Państwowej z Warszawy, a prywatnie wuj Z.T. Gromulski , który był właścicielem koni i bryczki . W dniu 17 września wuj trafia do niewoli Sowieckiej [osadzony w Ostaszkowie] w1941r ginie zamordowany przez N.K.W.D-owskich siepaczy w Miednoje .Po ślubie , który odbył się w dłutowskim kościele -zamieszkali w niewielkim wynajętym mieszkaniu w Działdowie .Nic jeszcze nie zapowiadało wojny.Życie toczyło się w normalnym trybie , aż do pamiętnego sierpniowego dnia ,gdy stosunki niemiecko-polskie stały się tak napięte , że czuło się nieuchronne zbliżanie wojny .Dnia 24 sierpnia zmobilizowano Tadeusza ,28 sierpnia Andrzeja .Pożegnanie z Zosią [będącą w 3 miesiącu ciąży] odbyło się w Wylazłowie , gdzie przeprowadziła się młoda mężatka .Tadeusz wszedł w skład 32 p.p.,której zadaniem była obrona prawej flanki 20 dywizji piechoty, a po odwrocie -twierdzy modlińskiej ,broniącej podejścia nieprzyjaciela do Warszawy.Andrzej wszedł w skład l Batalionu Obrony Narodowej zwanego działdowskim .

Zbliżające się wybory parlamentarne wyzwalają w ludziach pokłady często skrywanych emocji.Prasa , telewizja i internet , aż kipi od ocen  tej czy innej postaci z prawa , lewa czy z centrum . Nie przebierając w środkach -poddaje się  totalnej krytyce postacie sceny politycznej [często , gęsto uzasadnionej ]. Nie ukrywam swoich preferencji politycznych jestem za zdrowym rozsądkiem, rozumem i przejrzystością , a przeciw kunktatorstwu ,obłudzie, zakłamaniu ,chamstwu i hipokryzji.Nie mogę patrzeć jak ludzi [niewyrobionych politycznie ] indoktrynuje prawicowa prasa , telewizja Trwam , czy radio Maryja . Mam pretensję do tych księży , którzy zajmują się praniem mózgów  ŁATWO-WIERNYCH .Każdy ma prawo do swych przekonań , ale na litość Boską powstrzymajcie się od przekazywania swoich poglądów politycznych , bo w niedługim czasie zostaniecie sami w pustych kościołach. Przedsmakiem tego niech będzie msza na której podczas politycznego kazania wszyscy wierni opuścili kościół .Musicie zrozumieć , że ŁATWO-WIERNA grupa wyznawców w sposób naturalny odchodzi z tego świata , a ta która zostaje nie jest od Was głupsza . Ich nie weźmiecie , na tanie plewy ! Kościół powinien być neutralny światopoglądowo -nie tak jak Prezydent Wszystkich Polaków należących do PiS-u Andrzej Duda !! Patrzę z litością na ludzi starszych , którzy przechodzą pranie mózgów dokonywane przez ich GURU i wszystko co im podadzą przyjmują „za dobrą monetę”.Szczerze wierząc w Polskę w ruinie ,dziesiątki wersji „Zamachu Smoleńskiego”, złodziejstwie ekipy rządzącej i inne ewidentne bzdury w postaci łatwostrawnej papki ,podawanej bezpośrednio do ust, aby nie męczyć nadmiernym wysiłkiem umysłu. Jego rolą jest słuchanie, bezdyskusyjna wiara i nienawiść do ludzi inaczej myślących ! Podziwiam jednak za samodyscyplinę , która mobilizuje ich do aktywnego uczestnictwa we wszystkich wyborach .Pójdźmy po rozum do głowy i przejmijmy od Nich tę cechę [a będzie dobrze].Apel do WSZYSTKICH  SIŁ ROZUMU -weźmy udział w zbliżających się wyborach parlamentarnych , abyśmy nie obudzili się w PAŃSTWIE TOTALNEJ INDOKTRYNACJI . Mobilizujmy się na wzór swoich przeciwników politycznych bo w tym leży ich siła ! Boli mnie fakt , że Ci zagorzali „chrześcijanie ” nie potrafią przebaczać nie tylko wrogom, ale i inaczej myślącym . Gwiżdżąc i opluwając uczestników pogrzebu Jaruzelskiego, czy też podczas pogrzebu „żołnierzy wyklętych” na cmentarzu Powązkowskim. W słowach podobno „wierni przykazaniom Bożym „, a de facto słuchający bardziej ich KARŁOWATEGO GURU niż autentycznego wielkiego przywódcy duchowego -papieża Franciszka . Ludzie PiS-u potrafią mieszać z błotem ludzi mających inne zdanie niż Oni , a szczególnie tych którzy im tą demokrację wywalczyli L.Wałęsę, H. Krzywonos-Strycharską , W.Frasyniuka , H. Wujca czy B. Borusewicza .Nie wiem i nie mogę zrozumieć ,skąd się w nich biorą te ogromne pokłady hipokryzji i zakłamania .Widzą w ludziach inaczej myślących ich osobistych wrogów , których autentycznie nienawidzą. Najgorszą rzeczą jaka się może naszej Rzeczpospolitej zdarzyć to prezydentura , rząd , sejm i senat w rękach PiS-u .  Po zrealizowaniu przedwyborczych obietnic możemy się znaleźć w miejscu gdzie obecnie znajduje się teraz Grecja , a to może mieć dla nas i naszych dzieci nieodwracalnie negatywne konsekwencje .Dlatego ,aby przerwać tę spirale nienawiści w dniu 25 października , dla dobra nas wszystkich schowajmy dziadkowi i babci dowód osobisty !! czytaj dalej…

Szczęśliwy Dom w Mieście Marzeń cz. 3

3

Kolejny dzień wojaży zapadł mi głęboko w pamięci ,gdyż tym razem pogoda nie dopisała .Właściwie była typowo angielska mglisto i dżdżysto  . Zawiedziony Bartek- ma wyrzuty sumienia , jakby to On był winny , że pogoda nam nie sprzyja . Pocieszam go , że tutaj nawet Święty Andrzej – patron Szkocji  ma niewiele do powiedzenia – tak tu jest. Jazda samochodem nad malownicze jezioro Loch Lomond  , zabrała nam sporo czasu .Dwie godziny jazdy , w większości wąskimi drogami , otoczonymi kamiennymi murkami  nie należało do najprzyjemniejszych .Mgły trochę się przerzedziły , a więc widok na jezioro jest niezły , choć marzył by się lepszy .Wchodzimy na sąsiadujące z jeziorem wzgórze i pomimo lekkiej mgły jawi nam się zapierający dech w piersiach widok . Jezioro o długości 39 km w najszerszej centralnej części usiane malowniczymi zalesionymi wyspami .Na szczycie wzgórz jakiś zauroczony japoński turysta ,postawił pomnik w postaci stelli  z napisem upamiętniający swój pobyt.Napis  cytuje: Jutro też będzie słońce .Wolałbym , żeby było dzisiaj , ale nie ma co marudzić ,ważne że nie leje . Bajkowy krajobraz uzupełniają malownicze drzewa , pokryte po wierzchołki wiszącymi porostami , jak w tajemniczych tropikalnych deszczowych  lasach .Bartek robi zdjęcia , niektóre naprawdę wspaniałe , można by z nich zrobić masę pocztówek reklamujących ten region .Pozwolę sobie zacytować znanego angielskiego podróżnika i pisarza H.Mortona , który tak pisze -cytuje : Ileż piękna Loch Lomond zawdzięcza swoim wyspom , które pokrywają jak klejnoty jego powierzchnię .Na jednej z nich o nazwie Inchconnachan , żyją przywieziony w 1940 roku z Australii ,niewielkie kangury walabie . Jest to jedyne takie miejsce w Europie .Obecność walabii zagraża rodzimym gatunkom głuszców .Stąd zażarta dyskusja w prasie na temat  ewentualnej eliminacji rozmnażających się tam kangurów  ze środowiska wyspy . Ostatni dzień pobytu to wyjazd w nieznane . Będąc w Queensferry , zaobserwowałem w oddali na drugim brzegu zatoki , dosyć wysokie pasmo górskie – sugerując Bartkowi ,że jeszcze tam nie byliśmy ? Bartek podjął temat i następnego dnia jedziemy .Tym razem skład członków wyprawy poszerzony o Amelkę i jej pupilka pieska Dodo .Nie dziadziuś ,nie  to nie mój pupilek -to piesek rodzinny prostuje Amelka. Kierunek wybrany .Jedziemy przez most w kierunku widocznych z daleka wzgórz Ochil Hills  . Zatrzymujemy się się u ich podnóża, w miejscowości o wdzięcznej nazwie Dollar .Mamy , mały problem z zaparkowaniem . Znajdujemy parking przy lokalnym polu golfowym . Stąd jego skrajem idziemy w kierunku widzianego w oddali  szczytu. Pogoda jak na zawołanie . Amelka i Dodo w czołówce , dzielnie pną się po stoku. W trakcie wspinaczki przekraczamy kamienny płot , to koniec golfowiska.Idziemy przez łąki z pasącymi owcami .Nagle  stajemy jak wryci .Przed nami, w głębi zalesionego stoku , stoi [jak jakaś zjawa] cudownie usytuowany zamek , z daleka wygląda na niezniszczony . Zmieniamy plany , w pierwsze kolejności musimy obejrzeć zamek. Idąc w jego kierunku, napotykamy urwisty żleb z płynącą w dole rzeką ,która uniemożliwia nam dalszy marsz .Musimy zawrócić i zejść prawie na dół stoku , gdzie Bartek wypatrzył mostek na rzeczce .Po przekroczeniu mostku, dostrzegamy  szlak wiodący tym razem na pewno do tajemniczego zamku. W trakcie wspinaczki , w której bryluje oczywiście Amelka i Doduś , mijamy piękne wodospady , przepastne kotliny o zboczach porośniętych zielonym dywanem roślin. Widoki jak z fantasmagorycznych obrazów Teofila Ociepki , brak mi tylko tych fantastycznych zwierząt , które On malował.Jesteśmy pod wrażeniem .Robimy dużo zdjęć  [szczególnie Bartek] upamiętniających piękno tego tak przypadkowo wybranego szlaku.Po godzinnej wspinaczce , z pomiędzy drzew wyłania nam się kamienna bryła zamczyska. Zatrzymujemy się na parkingu przed zamkiem. Z tablic informacyjnych dowiadujemy się , że to siedziba zacnego klanu Campbellów. Historia zamku też nad wyraz ciekawa. W 1556 roku zamek w swych murach gościł współtwórcę Szkockiego Kościoła Katolickiego [prezbiterjańskiego]  Johna Knoxa ,a w 1563 królowe Szkocji Marię Stuart , zamordowaną potem przez jej siostrę Elżbietę .W przewodnikach piszą , że Campbell Castl  jest najładniej położonym zamkiem w Szkocji – trudno się z tym nie zgodzić ! Wstęp na zamek płatny 5,50 funta od osoby . Niestety nie wzięliśmy ze sobą pieniędzy , a więc ze zwiedzania nici. Zgłodniali , na ławeczce u stóp zamku jemy kanapki popijając wodą .Po posiłku ,marsz w kierunku szczytowego pasma Ochil Hills . W dole jawi nam się miasteczko Dollar , a przed nami na przemian widzimy mniejsze lub większe pasma wzgórz .Do tego najwyższego jeszcze kawałek drogi . Po wejściu na kolejne wzgórze widzimy w oddali , na północnym stoku jednego z nich białą rozległa plamę .Nie może to być nic innego jak zalegający  śnieg .Kierunek i cel wyprawy zdaje się być bliski , ale to tylko miraż , za kolejnym wzgórzem przepastny kanion ,który uniemożliwia nam marsz .Musimy trawersem przejść przez żleb i przejść na sąsiedni stok , który mamy cichą nadzieje będzie tym ostatnim . W żlebie, po raz pierwszy spotykam się z leżącym tu śniegiem , przecież to kwiecień. Bartek zjeżdża na butach , jak na nartach [robię zdjęcia]. Amelka próbuje go naśladować , ale nie możemy jej na to pozwolić  z przyczyn wiadomych .Po wyjściu ze żlebu , musimy zaliczyć jeszcze kolejne poletko śniegowe i idziemy w kierunku szczytu. Nasza dzielna Amelka po raz pierwszy mówi , że bolą ją nóżki .Bartek proponuje jej pozostanie na miejscu bo do szczytu zostało może 300 m .Razem z Dodusiem  docieramy do kamienistego nasypu , który jest najwyższym wzniesieniem Ochil Hills. Przed nami niezapomniany widok na całe pasmo górskie , widoczne mosty w Quensferry, zatokę Firth of Fort, miejscowości Stirling i Dollar .Schodzimy ze szczytu w świetle zachodzącego słońca do zaparkowanego auta.Po drodze niestrudzony Doduś dzielnie goni bojaźliwe owieczki . Do czasu kiedy zobaczył bojowo nastawionego barana , naraz odwaga jego jakby zmalała i przeszła ochota na dalszą pogoń za owieczkami. Udaje przed baranem , że nie ma sprawy , on ich nie goni ,tylko one same przed nim uciekają. Zejście po południowym znacznie łagodniejszym stoku nie sprawia już takich kłopotów.Około 20 wsiadamy do auta żeby około 21 zameldować się w Edynburgu .Tak zakończyła się moja ostatnia wyprawa z Bartkiem , Amelką i Dodusiem do górskiej siedziby Szkockiego klanu Campbelów. Jutro żegnamy się na lotnisku i z żalem i łzami  w oczach opuszczamy szczęśliwy dom w mieście marzeń .IMG_1016IMG_1025IMG_0948IMG_0794

Szczęśliwy Dom W Mieście Marzeń ! cz.2

0

Kolejny dzień pobytu wiąże się z zbiorową wyprawą do historycznego miasteczka  Queensferry  ,będącego  obecnie  dzielnicą Edynburga . Stara [zabytkowa]  część  mieści się pomiędzy dwoma istniejącymi mostami kolejowym i samochodowym .Kolejowy to najstarszy most tego typu nie tylko w Szkocji , ale i w Europie .Obok drogowego , buduje się trzeci  most , który ma usprawnić jazdę samochodem .Filary już są zbudowane, trwają prace przy budowie pomostów . Zwiedzaniu miasteczka towarzyszy piesze przemieszczanie się wzdłuż niezbyt długich uliczek położonych na stoku lokalnego wzgórza .Mijamy fantastyczny ratusz z zegarem , liczne sklepiki  i urokliwe kamieniczki tworzące fantastyczny klimat tego miejsca . Nagle staje zaszokowany widokiem pary młodożeńców robiących ślubne zdjęcie .Pan w historycznym kilcie  panna młoda w fantastycznej sukni ślubnej. Nie mogę się oprzeć temu widokowi , żeby go nie uwiecznić ! Chodzimy uliczkami ,tego „zaczarowanego  miasteczka” i odkrywamy jego ciekawostki , a to wąziutkie ślepe uliczki , a to spowite w girlandy kwiatów puby , a to malowniczo usytuowane lokalne pomniki w mini ogródkach , bądź zjazd  motocyklistów przed kolejnym pubem.Wszystko to na tle mostów i potężnej zatoki Firth of Fort. Podczas robienia zdjęć uchwyciłem , pewien napis mający bardzo ciekawe skojarzenia dotyczące mężczyzn ? Jeszcze tylko wyprawa do portu skąd odpływa kursujący po zatoce statek , który płynie na wyspę Inchcolm z dobrze zachowanymi ruinami opactwa , a potem wokół akwenu zatoki .Szczęka nam opadła jak zobaczyliśmy cennik takiej wycieczki , nie będę tu straszył czytelników , a szczególnie emerytów dlatego nie podam kosztów. Z  wilczym apetytem zjadamy kanapki sporządzone przez naszą  ”karmicielkę ” popijając jakąś wodą mineralną i nasyceni strawą duchową i fizyczną wracamy do Hutchison House .Kolejną wyprawa-zorganizowana przez Bartka do uniwersyteckiego miasteczka Saint Andrews , leżącego po drugiej stronie zatoki nad Morzem Północnym .Żartuje , że to moje miasto i nie Oni , ale ja Ich do niego zabieram . Cała rodzinka w komplecie sadowi się w Nissanie i ruszamy z kopyta .Nasz słabo opłacany kierowca , prowadzi jak zwykle nad wyraz pewnie .Most w Queensferry  przejeżdżamy w miarę bezpiecznie , choć olbrzymie przydrożne tablice informują o bardzo silnym wietrze ! Siłę tego wiatru poznajemy dopiero na miejscu nad Morzem Północnym .Zakładamy kaptury na głowę bo wieje jak cholera i zaczynamy zbierać muszelki na plaży. Muszle sercówek są znacznie większe niż nasze bałtyckie. Związek przyczynowy bardzo prosty, większe zasolenie morza zwiększa wzrost wszystkich organizmów żywych żyjących w takim akwenie. Odpływ  odsłania znaczną część skalistego brzegu , porośniętego brunatnymi plechami  morszczynów .Wysokie klifowe wybrzeże porośnięte żonkilami , stwarza niepowtarzalny klimat tego miejsca , czego nie może zburzyć nawet nasilający się sztorm , połączony z silnymi szkwałami. Wychłostani potwornym wiatrem , rejterujemy z plaży i idziemy zwiedzać miasto .Pierwsze kroki kierujemy do spalonej [w okresie refomacji  kościoła] katedry. Z przepięknej katedry niewiele zostało .W niebo sterczy kikut wieży katedralnej , niemy oskarżyciel podpalaczy.Zwiedzamy jej wypalone wnętrze i przykatedralny cmentarz .To wszystko co zachowało się do naszych czasów .W drugiej kolejności zwiedzamy muzeum miejskie .W skromnym parku stoi pomnik- jakże bliskiej nam postaci gen. Władysława Sikorskiego. Zatrzymujemy się i czytamy po angielsku i polsku słowa wyryte na jego cokole.Patronat nad pomnikiem objął wizytujący Saint Andrews – prezydent Lech Wałęsa .Spod pomnika idziemy do muzeum , gdzie zapoznajemy się z ekspozycją artefaktów znalezionych w okolicznych miejscowościach .Są tam groty włóczni z epoki brązu , ale też liczny zbiór monet z czasów średniowiecznych królów Szkocji.Jest tam też topór katowski i liczne pamiątki dotyczące męczeńskiej  śmierci świętego Andrzeja , od imienia którego wzięło swą nazwę miasto.Kolejne muzeum akademickie  związane z tamtejszym Uniwersytetem , o znacznie bogatszej ekspozycji pełnej artystycznie wykonanych buław  ze srebra i złota , symboli godności kolejnych rektorów z XV i XVI wieku.Wśród ciekawych eksponatów natrafiam na mnóstwo artystycznie wykonanych srebrnych niewielkich tarcz, upamiętniających kolejne akademickie mistrzostwa w strzelaniu z łuku. Jest też szereg zdjęć i rycin upamiętniających rozwijająca się uczelnię i związanych z nią ludzi, w tym znakomitych jej sponsorów .Podziwiając znajdujące się tam okazy , zapominamy o czasie , o którym delikatnie przypomina nam obsługa . Pełni wrażeń opuszczamy mury muzeum jako ostatni , odprowadzani wzrokiem zniecierpliwionej trochę załogi .Podróż wehikułem czasu zakończona. Czas wrócić do rzeczywistości .Podróż do Edynburga zamyka kolejny dzień szkockich wojaży.IMG_060520150413_171746

20150413_175906

DSC08046

DSC08059

DSC08072

DSC08040

DSC08015

DSC08041IMG_043120150413_17484420150413_172356

Szczęśliwy Dom w Mieście Marzeń!

0

Pisanie dziś o szczęściu ,w świecie toczących się mordów na chrześcijanach w państwie ISIS , ginących Ukraińcach broniących swojej ojczyzny, czy też ginących ludziach w katastrofach lotniczych jest co najmniej nie na miejscu, ba powiedziałbym nawet ,  że jest obrazoburcze .Psuje nam widok świata ogarniętego szałem zagłady – tego co dobre i szlachetne . Zbliżająca się pora odlotu do Edynburga, na tle mordu 149 pasażerów  ARBASA-A320 , którego dokonał szaleniec Andreas Lubitz ,kierując samolot prosto w jeden ze szczytów alpejskich , też nie napawa optymizmem . Szczególne podenerwowanie widzę u żony ,gdy rozmawiamy o tragicznym kroku pilota samobójcy. Po odprawach, rewizjach i sprawdzaniu dokumentów- lecimy.Pogoda na lotnisku L.Wałęsy [nas nie rozpieszcza] zaledwie 4 stopnie C- wiatr i deszcz ze śniegiem  na porządku dziennym. Kołowanie i start ,bez większych niespodzianek. Na pułapie przelotowym wita nas słoneczko , a pod nami biel obłoków. Wypatruję na próżno dziur w chmurach. Po godzinie lotu – gdzieś nad morzem Północnym pojawiły się pierwsze prześwity [w chmurach], baranki rozstąpiły się i zobaczyłem sine wody z kłębkami białych kłaczków które w zbliżeniu okazały się grzywami fal. Po kolejnej godzinie -jesteśmy nad lądem stałym [to już Szkocja] jeszcze tylko zwrot nad zatoką Firth of Fort i kierujemy się w stronę lotniska. Pod nami dzielnica Edynburga – Portobello , port Leith  z jego wizytówką [królewskim jachtem Britannia ] oraz sąsiadującymi wyspami Cramond  i Incholm .Zniżamy się nad lotnisko , silny wiatr rzuca samolotem raz w lewo ,raz w prawo. Przyziemienie dosyć twarde ,ale bez większych problemów. Po odprawie paszportowej – czeka na nas trójka Czekajów .Ktoś pomyśli, że tworzę nowomowę . Nie – tak po prostu nazywa się mój szczęśliwy zięć Bartek Czekaj. Pierwszy dzień pobytu w wieżowcu o wdzięcznej nazwie  Hutchison House [po zjedzeniu posiłku ] spędzamy na pogaduchach o wszystkim i niczym. Kolejny dzień -jedziemy z Bartkiem zwiedzać zamek Craigmillar i wzgórze Calton Hill z monumentalnymi pomnikami w postaci wieży Nelsona i Pantenonem  poświęconym pamięci żołnierzy szkockich, którzy zginęli w wojnach napoleońskich.Dzień następny -to samotna wyprawa do dzielnicy Cramond , sąsiadującej z wyspą o tej samej nazwie. Zaopatrzony przez Gosię  w kanapki i picie, idę w kierunku dobrze widocznych wzgórz Corstorphine Hill [charakteryzujących się dwiema wielkimi antenami nadawczymi] .U stóp wzgórz , leżą wielkie pola golfowe , a szczególnie na jej południowo-zachodnim stoku .Nie zaczepiany przez nikogo wchodzę na pole golfowe i idę wzdłuż płotu, tam gdzie nie grają golfiści . Rozzuchwalony , brakiem jakiejkolwiek reakcji idę na ukos trawiastego stoku pola golfowego .W pewnym momencie staje przed kamiennym płotem  [otaczającym golfowisko ] o wysokości 2 m , który trzeba przekroczyć, ale jak? W pobliżu wypatruje karpę po ściętym drzewie , wystającą ponad podłoże  na 75 cm , która umożliwia mnie dostanie się na grzbiet muru .Stąd tylko 2 m skok w dół i jestem bliżej celu. Z wierzchołka widzę w oddali zatokę Firth of Fort , a więc już nie tak daleko .Kierunek marszu wskazują przelatujące co 2-3 minuty samoloty , kierujące się na pobliskie lotnisko .Przygotowując się do lądowania obniżają lot właśnie nad wyspą Cramond, którą widziałem wyraźnie podczas lądowania . Kierunek marszu wytyczony , jeszcze tylko zrobię zdjęcie przepięknie kwitnących rododendronów , przed uroczą rezydencją bogatego Szkota. Robiąc zdjęcia- zostaje zaproszony ,przez pracującego tam ogrodnika , do wnętrza ogrodu. Z jego wypowiedzi orientuje się ,że tamtejsze rododendrony zaczynają kwitnąć już w grudniu , co nie jest dla mnie zaskakujące , bo byłem tam w grudniu i styczniu 2014-15 r. Podziękowawszy za możliwość zwiedzenia ogrodu idę dalej – wybrzeże zatoki widać coraz lepiej. Jeszcze tylko łąka z pasącymi się owieczkami [białe futra -czarne łebki ] rasy Kent , przechodzę po drutami kolczastymi otaczającymi łąkę i po 15 minutach jestem nad zatoką . Ufffffffffff.  Zgłodniały siadam na ławeczce i zaczynam wcinać przygotowane przez Gosię kanapki , przyglądając się przechodzącym ludziom i nieodległej wyspie Cramond i Inchcolm . Przy brzegu stoi olbrzymi czerwony głaz wyrzeźbiony w kształcie ryby z napisem Cramond Fish .Nasyciwszy się widokami wysp Cramond i Inchcolm [z ruinami średniowiecznego opactwa]. W drodze powrotnej przez pola , łąki i parki  przy Cramond Road odkryłem [opisywany w przewodniku po Edynburgu ]  pałacyk Lauriston Castle . Pałacyk -przepięknie położony w cudownym wielkim ogrodzie , w stylu angielskim , ale znakomita jego część zaprojektowana i wykonana przez mieszkańców japońskiego miasta Kioto [dawna stolica Japonii] dla zaprzyjaźnionego Edynburga . Robię kilkanaście zdjęć [szczególnie ogrodu japońskiego] i marsz w kierunku dzielnicy Haymarket . Zmęczony jak cholera ostatkiem sił docieram do domu. Tym razem przeceniłem swoje siły , pobyt w szpitalu [ jeszcze 2 tygodnie temu ] dał mnie się nieźle we znaki. Sześciogodzinny marsz ze średnią prędkością 5 km/ godz daje w sumie 30 km , a to trochę za dużo jak na moje lata .                                                                                                                                                                                                                     Na zdjęciu 2 -słynna kamienna rzeźba Cramond fish  ,zdjęcie 1 to dobrze zachowane ruiny zamku Cragmiiler Castle ,kolejne to widok na wyspę Cramond z ogrodów japońskich Lauristone Castle .

DSC07830

DSC07914

ogród

Echa wojny-czyli pamiętnik babci Krysi !

0

Tytuł  może i mało oryginalny , ale ostatnio opuściła mnie wena twórcza – być może z powodu okropnych upałów ,który i jej dały się we znaki .Historia ,którą chce opowiedzieć jest niesamowita , ale ab owo. Ostatnio mocno zapracowany [ przygotowaniami do sezonu] mało zaglądałem do swojej poczty e-mail  .Coś mnie jednak tknęło i zajrzałem ! Czytając  notatkę -nagle dostałem potężny zastrzyk adrenaliny a wraz z nią przysłowiowej  ”gęsiej skórki”. Lekko otumaniony, czytam notatkę drugi i trzeci raz jakbym nie wierzył w to co niesie jej treść .Cytuję:” Witam, szukając informacji o rodzinie Osieckich , natknęłam się na Pański blog, przeczytałam większość tekstów jednym tchem . Dlaczego piszę do Pana ? Otóż od 4 lat jestem mieszkanką Wylazłowa . Przeprowadziłam się tu z Działdowa po śmierci rodziców . Długo szukaliśmy z mężem swojego miejsca i tak jakość się złożyło , że po kilku przymiarkach , nie wiedzieć czemu wybraliśmy Wylazłowo. Już tu , przepisując pamiętniki wojenne  mojej mamy [ wcześniej to odkładałam - przerażona drobniutkim pismem , ale musiałam spełnić obietnicę daną mamie przed śmiercią , że tym się zajmę ]. Już w pierwszym zdaniu przeczytałam o Wylazłowie . Okazało się ,że  brat mojej mamy ukrywał się w czasie wojny właśnie u rodziny , od której kupiliśmy chałupkę z ziemią , reszta rodziny poutykana była w okolicy [ historie po trosze  opisał pan Sadowski w swojej książce poświęconej  Dłutowowi  i rodom stąd się wywodzącym], między innymi mama mieszkała w Biernatach u p. Tabęckich , do czasu kiedy przenieśli się do Warszawy , gdy ich dworek  przejęli Niemcy .[Powinno być zostali wysiedleni przez Niemców]. Po wojnie ich losy się rozeszły . Pamiętam , że na pogrzebie kogoś z rodziny Tabęckich  i jeszcze innych okazji – przyjeżdżała  do Dłutowa Agnieszka  Osiecka .Zatrzymywała się u p. Kraśniewskich , bo gospodyni kilka lat po wojnie pracowała u sędziego Tabęckiego  w Warszawie . Ziemia którą kupiliśmy należała do rodziny Osieckich , wdowa sprzedała część Radkowskiemu , który wrócił z Francji i tu właśnie osiedlił się wraz ze swoją rodziną. Pani Osiecka pomagała mojej babci w czasie wojny w ciężkich chwilach-babci  mąż i syn  zostali schwytani w obławie z kilkunastoma jeszcze Polakami i wywiezieni zostali do Oświęcimia , gdzie bardzo szybko jeden po drugim zostali wymordowani. Bardzo interesują mnie losy Pana rodziny , oraz pokrewieństwa z Tabęckimi  i Agnieszką Osiecką , warto by może przywrócić pamięć o nich tu, lokalnie .Będę bardzo wdzięczna  za informacje. Ja jestem  emerytowaną nauczycielką , polonistką  i ekologiem , mąż wiele lat pracował w warszawskich teatrach , m.innymi w Studio, mamy trzy córki . Pozdrawiam . Anka Kamecka ”   Po kilkakrotnym przeczytaniu -doszedłem do siebie .Odpisuję autorce e maila o koligacjach rodzinnych Osieckich i Tabęckich. Helena Osiecka [moja babcia] z domu Zdzięborska , była rodzoną siostrą  Stefanii Tabęckiej  .Ta pierwsza wyszła za mąż za Stanisława Osieckiego i osiedliła się w Wylazłowie ,druga  wyszła za Bonifacego Tabęckiego i osiadła 3 km od Wylazlowa w Nicku. Powinowactwo  oczywiście ” po kądzieli „, jak to się kiedyś mówiło .Najbardziej zaintrygowała mnie informacja o istniejących pamiętnikach mamy P. Anki  -Krystyny Przybylskiej . Poprosiłem o przesłanie i zanurzyłem się  ”całą duszą „w zgłębianie jej treści . Czytam i czytam ,refleksje 18 letniej kobiety z lat 40-42  i przeżywam wraz Nią  tragiczne losy naszych rodzin .Tak mocno splecione ,wydarzeniami tamtych dramatycznych czasów ! Pamiętnik przybliża losy ludzi żyjących w Wylazłowie , Nicku ,Biernatach czy Dłutowie na tle toczącej się II wojny światowej.Naraz w zeszycie drugim , czytam informację [która spowodowała szybsze bicie serca] cytuję:” Dłutowo – środa 6 sierpnia 1941 r. Dzisiaj  jest  Przemienienie Pańskie , więc byłyśmy w kościele. Wracając z kościoła napotkaliśmy panią Stasie Osiecką , szła do nas . Jej brat jest w niewoli i przesyła im pieniądze , więc panie Osieckie  uradziły , że te pieniądze  będą posyłały do Stacha do Oświęcimia ,bo nam trudno jest o pieniądze . Niech tym wszystkim  Bóg wynagrodzi .” Stasia Osiecka – to moja matka  [faktycznie ma na imię Zofia , ale w domu nazywano ją Stasia- ma teraz 96 lat].Tak poruszających i pięknych słów o mojej rodzinie , których dowiedziałem się z pamiętnika pisanego 75 lat temu – to nieprawdopodobne , żeby było prawdziwe , ktoś powie , ale to prawda w najczystszej swojej postaci !!

Santa Subito ?

0

Przed chwilą wróciliśmy z pogrzebu żony przyjaciela Jadwigi Żabińskiej .W głowie jeszcze szum kłębiących się myśli , jeszcze nie dotarło do mnie , że jej nie ma wśród żywych.Czuję przemożną chęć podzielenia się refleksjami z ludzmi , którzy czytają mój blog. Prowokacyjny tytuł- ktoś powie .Może i prowokacyjny , ale nie dla mnie ! Ja tak naprawdę czuję ! Te kilka zdań które powiedziałem podczas chowania urny z jej prochami nie oddały prawdy którą chciałem przekazać .Stąd te refleksje , aby przelać na papier to czego nie powiedziałem (zobligowany przez jej męża , aby to co powiem było zamknięte w pięciu zdaniach) Wiem również  to , że Jagoda [ze względu na swą wrodzoną skromność] byłaby nie zadowolona z tego ,że o Niej piszę.Dlatego serdecznie Ją za to przepraszam i wiem , że mi wybaczy bo Ona nie potrafiła się na mnie gniewać (nawet wtedy gdy różniliśmy się znacznie w poglądach na otaczającą nasz rzeczywistość).Była wspaniałym partnerem w dysputach intelektualnych, choć czasami drażniła mnie ta jej prostolinijność.W myślach mówiłem sobie o Niej , że to żywy , chodzący DEKALOG. Ta jej głęboka wiara, przy płytkości wiary reszty społeczeństwa , była porażająca nie tylko dla mnie.Porównałem ją nie bez kozery do wspaniałej wokalistki Edith Piaf , bo jej dzwięczny głos , niewielki wzrost i ta głęboka wiara jako żywo przypominało mi „wróbelka”Paryża. Żyjąc dosyć długo , widziałem wielu ludzi (o różnym stopnia wraźliwości) ,ale gdzie im do skromności, gościnności, uczciwości i wraźliwości Jagody .Moja żona , która nie zna tak dobrze Andrzeja jak ja-powiedziała , źe On nie zasłużyl na tak dobrą żonę? Coś w tym jest ? Bo po głębokim zastanowieniu , na pewno nie zasługujemy na żony -anioły ! W przedzień pogrzebu dostaje od Andrzeja (męża Jagody) dziwny telefon.Pyta mnie czy chcę wraz z Nim odwiedzić Jadwigę i czy mam pół godziny czasu ? Odpowiadam , źe jestem do jego dyspozycji.Po  dwudziestu minutach przyjeźdza pod mój dom swoim autem i tłumaczy mi cel wyprawy.Będzie to pożegnalna ostatnia trasa Jagody po miejscach , które tak lubiła!Podjeżdzamy pod Zakład Pogrzebowy  ”Dąbka ” skąd przynosi urnę z prochami małżonki , które lądują na moich kolanach.Andrzej prowadzi auto i rozmawia z Jagodą.Treści ze względu na szacunek do zmarłej i jej partnera nie przytoczę – bo dałem stosowne słowo.Moja źona po tym co jej przekazałem wyciągnęła stosowne wnioski i zmieniła zdanie co do wrażliwości mężczyzn.ŻEGNAJĄC CIĘ JAGÓDKO DUMNY JESTEM Z TEGO , ŻE MOGŁEM POZNAĆ CIEBIE JESZCZE ZA SWOJEGO ŻYCIA… DO ZOBACZENIA NA TYM DRUGIM – PONOĆ LEPSZYM ŚWIECIE. SANTA SUBITO !!!!

Zdjęcie2053      Co na temat Janka Krasickiego pisze Encyklopedia Wikipedia cytuję:  Janek Krasicki ur.18 września 1919 roku we wsi  Sowlino koło Limanowej.Polski młodzieżowy działacz komunistyczny , agitator  stalinowski, funkcjonariusz Komsomołu we Lwowie. W 1940 roku studiując na Lwowskim Uniwersytecie -będącym w rękach sowieckich komunistów wstępuje do Komsomołu. Będąc w  ich szeregach prowadzi czystki wśród studentów należących przed wojną do Młodzieży Wszechpolskiej. Stawia im zarzuty i oskarża o antysemityzm. Wskazane przez żydowskich studentów osoby najpierw są bite , potem zmuszane do publicznego kajania , a niektóre w/g świadków wyprowadzane na korytarz  i zastrzelone.W 1942 roku przerzucony do okupowanej Polski działa w szeregach K.P.P. między innymi jako bojówkarz do zadań specjalnych [wykonując wyroki śmierci na przeciwnikach politycznych]. To on w 1943 roku [ bez sądu] z polecenia Małgorzaty Fornalskiej – na ulicy Kamienne Schodki w w Warszawie strzałem z pistoletu morduje ówczesnego sekretarza P.P.R. Bolesława Małojca. Postać równie ohydną -bo to w/w zlecił zabójstwo swego poprzednika 1 sekretarza P.P.R. Marcelego Nowotki. Zabójstwa dokonał jego brat Zygmunt Małojec. W świetle tych niewątpliwych faktów ,zadaję sobie pytanie , czy władza nadająca jednej z  ulic w Ustce nazwę Janka Krasickiego znała jego życiorys , czy też nie?    Ciekawostką w tej materii jest to, że kilka lat temu dopiero za burmistrza Jana Olecha pojawiła się  tabliczka ul. Janka Krasickiego . Myślę , że Rada Miejska nie pozwoli na to, aby stalinowski oprawca i szubrawiec  miał  swoją ulicę w wolnej i demokratycznej  Polsce , a  Ustka leży w granicach Rzeczpospolitej . Proponuję , aby nie zmieniać wszystkim dowodów osobistych, a na patrona przyjąć postać Ignacego Krasickiego poety i pisarza Oświecenia , który jest godzien być patronem tej ulicy.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  Andrzej Urban

Jest  dzień 2 listopada 2014 roku  godzina 15-ostry dzwonek telefonu , wyrywa mnie z poobiedniej drzemki i przywraca do rzeczywistości. Przy słuchawce doktor Lewand- przedstawia się grzecznie , ale są to jedyne grzeczne słowa , które w tej rozmowie usłyszałem.                                                                                           -Pan Urban .                                                                                                                                   -Tak we własnej osobie .                                                                                                   Proszę pana-czytałam tą parszywą recenzję książki „Zenon Lewand Legenda Korabia”, którą pan zamieścił na swoim blogu. Uprzedzam pana uczciwie , że  jeśli nie wycofa pan tego paszkwilu  , to będę zmuszona podać  pana do sądu – za obrazę dobrego imienia mojego ojca. W tym momencie wciskam przycisk nagrywania rozmowy telefonicznej . Proszę pani – chciałbym zwrócić uwagę , że już żyjemy w państwie demokratycznym , gdzie  obowiązuje prawo nieskrępowanego wypowiadania swoich poglądów .To prawo dotyczy wszystkich obywateli R.P.  Co do zarzutów -jakie mi pani stawia to chciałbym zwrócić uwagę,    że każdy medal ma dwie strony . Pani widzi tę jedną ze stron , ja tę drugą  i nie pozwolę się zastraszyć  , ani podniesionym głosem ,ani sądem. W niewyszukany sposób szantażuje pani byłego dysydenta -odpowiem pani prosto nie boję się sądu w demokratycznym kraju ,bo pisałem ,piszę i   będę pisał prawdę i to co czułem , będąc szykanowany  przez pani ojca. Być może u pani w rodzinie na porządku dziennym jest straszenie i obrażanie ludzi . Ja jednak wychowany jestem na nieco innych standardach – szacunku do ludzi i mówieniu prawdy.                                                                                                   -Zabraniam panu pisać o moim ojcu , bo książka wydana została dla wybranych ludzi !                                                                                                                         -Przepraszam, a tego nie wiedziałem , że tylko dla wybranych . Na ogół książki wydaje się dla wszystkich.Ponadto , ani na okładce , ani w treści książki  [którą przeczytałem nadzwyczaj uważnie] nie znalazłem akapitu mówiącego , że książka została wydana tylko dla wybranych.                                                             -Ty chamie i prostaku -żeby cię pokręciło- nieustający stek bluźnierstw zakończyłem odłożeniem słuchawki  na widełki aparatu telefonicznego. Nie będę tu pouczał  p. doktor ,że od człowieka po studiach w szczególności medycznych wymaga się nie tyko wiedzy fachowej , ale przede wszystkim kultury osobistej. Ja cham i prostak jeszcze raz przepraszam jaśnie wielmożną panią doktor , że ośmieliłem się zająć tak negatywne stanowisko w sprawie pani ojca. Kończąc życzę szanownej pani dużo zdrowia . Jeśli mogę  coś doradzić – to w najbliższym czasie proponowałbym wizytę u kolegi , [o nieco innej specjalizacji ,którą pani posiada]  celem  poprawy zdrowia  - szczególnie psychicznego.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Andrzej Urban                                   

Nie płacz Ewka- czyli list do emigrantki !!!

0

Pożegnalny obiad , którym uraczyła nas żona miał się ku końcowi. Dania przez nią przygotowane ,jak zwykle nie odbiegały od wysokich standardów – do których nas przyzwyczaiła. Obiadek był bardzo pożywny i smaczny, ale atmosfera -pomimo naszych starań nie była ,tak jak zwykle pełna humoru,pogody ducha i perlistego śmiechu Ewki. Czuło się to lekkie napięcie , że jest to ostatni Jej obiad w Ustce.Toasty  czerwonym winkiem za jej lepszą przyszłość  nieco rozluźniły tą atmosferę , ale na krótko . Nie ukrywamy ,że  jej osoba pełna radości życia , stała się nam bardzo bliska a jej wyjazd jest również dla nas małym dramatem.Pomijam już fakt -kto nas będzie teraz  tak  skutecznie leczył jak robiła to ” doktor ” Ewa – bo byłoby to postrzegane samorzutnie jako wyraz materialistycznego podejścia do życia , a tak nie jest.Czynnik uczuciowy należy postawić tu bezwzględnie na pierwszym miejscu-bo po prostu zżyliśmy się z Nią i stała się dla nas osobą , na wizytę której czekaliśmy z radością i utęsknieniem . Będzie nam Ciebie brak , a Twój pokój i  miejsce w naszych sercach zawsze będzie czekało na   Ciebie .Żegnaj  Ewka [piszę to wzruszony] życząc Ci z całego serca niech się spełni  Twój sen o  WYSPACH SZCZĘŚLIWYCH  do których tak dzielnie żeglowałaś.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Andrzej

Wstydzę Się Za Was „Prawdziwi Patrioci”

0

Natłok prac związanych z przygotowaniami do sezonu , uniemożliwił  mnie komentowanie otaczającej  nas rzeczywistości. Niestety rodząca się brutalna rzeczywistość nie pozwoliła na szybki komentarz tego co się dzieje na naszych oczach!Pogrzeb Jaruzelskiego  wywołał szereg dyskusji na ten temat . Zajścia przed kościołem garnizonowym i na Cmentarzu Powązkowskim – pokazały prawdziwe oblicze niektórych naszych „patriotów”. Uczestnicy mszy świętej [poświęconej jego pamięci] , byli opluwani i obrzucani epitetami typu „pachołki Moskwy” i.t.p.  Doświadczył  tego Daniel Olbrychski . Dziwnym zbiegiem okoliczności  ci , którzy uczestniczyli w mszy świętej i ceremonii pogrzebowej ,to w większości przypadków ludzie pokrzywdzeni przez reżim Jaruzelskiego – Wałęsa , Komorowski, Michnik. Ludzie którzy  potrafili w majestacie śmierci ich przeciwnika politycznego- wybaczyć mu wszystko zło , które im uczynił . Po drugiej stronie [ przy wejściu do świątyni i na cmentarzu ] stały grupy osób  z  transparentami , pełni nienawiści  z pianą na pyskach – żądni  krwi już nie nieboszczyka , ale tych którzy przyszli się z nim się pożegnać. Szczególnie , że On pojednał się z Bogiem i przyjął ostatnie namaszczenie . Pytanie , które ciśnie się na usta-  to skąd w nich tyle  złości , nienawiści i potępienia do człowieka , który im nie uczynił nic złego . Ludzie z transparentami   cytuję: „Zdrajca Ojczyzny „. „Kat Narodu”, „Pachołek Moskwy „-krzyczeli głośno i zajadle obrzucając  epitetami biorących udział w ceremonii pogrzebowej.Ciekawi mnie -co Oni robili w czasie  stanu wojennego? Na pewno  siedzieli cicho jak mysz pod miotłą. Niestety przejście z ustroju totalitarnego do demokracji  ma  również pewne niekorzystne strony - tanieje w sposób zdecydowany odwaga osobista. Wywalczona przez tych  ”zdrajców’ ojczyzna i wolność pozwala im na takie zachowanie. Czy to nie jest paranoja ?  Dlatego  wraz z innymi ludźmi -pokrzywdzonymi przez reżim Jaruzelskiego-wstydzę się za Was!!! Tak za Was, choć każdy uczciwy człowiek -powinien wstydzić się za siebie .Dlaczego -ktoś zapyta ? Bo Wy nie macie moralnego prawa aby Go osądzać , mogą  to robić  tylko jego ofiary , które nie mając w gębie pełnej frazesów o Bogu , honorze i ojczyźnie  okazali się  prawdziwymi chrześcijanami wybaczając w chwili śmierci swemu prześladowcy. Zastanawiam się nad jednym -prawdą jest , że człowiek ten -przekonany o słuszności  swojej postawy wyrządził Polsce wiele zła. Równocześnie po przemyśleniach , których musiał dokonać-doprowadził do pokojowego przekazania władzy. Nie polała się krew rodaków tak jak miało to miejsce w Rumunii i trzeba to dostrzec.Kto tego nie widzi  , zaślepiony jadem nienawiści-  nie powinien w stosunku do siebie używać słowa chrześcijanin.Dziwne jest to życie i jakże przewrotne – nieprawdaż? Ofiary bronią ich prześladowcy , a ci którzy nie doznali żadnych krzywd -opluwają go i złorzeczą! W tym momencie przychodzi mi do głowy tylko jedna myśl , a właściwie piosenka  Czesława Niemena , która oddaje sens tego co się  dzieje  wokół nas : „Dziwny jest ten świat , gdzie jeszcze wciąż ……………”

Telewizja to pożeracz czasu – fakt nie podlegający dyskusji, ale nie udawajmy stanowi część naszego szarego żywota. Seriale – którymi żyjemy. Dzienniki  - dostarczające nam  ciągle nowych wiadomości z życia otaczającego nas świata . Piosenki i piosenkarze , których słuchamy z mniejszą lub większą satysfakcją .To wszystko dzieje się jak w Matrixie, zaprogramowanym przez Najwyższego. Żyjemy niby swoim życiem , a jednak  Ktoś nam je ciągle zmienia  i kształtuje – według własnych upodobań. Nikt tego nie lubi, ale co zrobić  c,est la vie ! Dzwonek telefonu przerywa rozmyślanie . Dzwoni Ewa z komórki informując , że za kilka minut będzie w Ustce. Widzisz jak to dobrze , że odkurzyłeś pokój – informuje mnie żona.Wyjmuje szklanki i wstawia wodę na herbatę. Za chwilę słyszę jej głos -przyjechali , przyjechali! Podchodzę do okna w kuchni i widzę jak  z czerwonego VW wysiada Ewa z Heńkiem. W drzwiach wita ich najgłośniej Figo – ujadając jak cholera . Siadamy przy stole popijamy herbatkę , przegryzamy ciasteczka – prowadzimy niezobowiązującą dyskusję. W pewnym momencie Ewa tajemniczo zwraca się do męża – powiemy im ? Uzyskuje  jego aprobatę ,informują nas , że  Heniek za trzy dni wyjeżdża do pracy w Szwecji.  Magda  [córka ] załatwiła mu legalną pracę .Fakt , że tylko na 7 miesięcy, ale Heniek jest  niepoprawnym optymistą i wierzy , że będzie dobrze. Podziwiam go za to!  Jutro ostatni dzień pracy , a w sobotę promem płynie do Karlskrona. W sobotę  bardzo silny wiatr do 130 km/h  stan morza 9 w skali Beauforta – prom wychodzi w morze.Biedny Heniek , ale go wykołysze-współczuje! Podziwiam jego odwagę i determinację w dążeniu do poprawy bytu . Wyjazd na stałe w wieku 58 lat jest  dosyć ryzykowny – niewątpliwym handikapem  jest kilkuletni pobyt Magdy i głębokie zakorzenienie się jej w szwedzkiej rzeczywistości. Praca ,praca ,praca – kształtuje byt człowieka – szczególnie ta dobrze płatna ! Przypominam sobie stan wojenny ,kiedy pozbawiony jej przez komisarza wojskowego [za podjęcie nielegalnej działalności ]- wylądowałem w szpitalu, żeby nie trafić do więzienia. Po wyjściu ,nie wypadało już człowieka prześladować – bo dostał już za swoje. Siedzę z żoną  przy stole i tak mówię : Gosia, a może by tak napisać ogłoszenie do New York Timesa lub Washington Post ogłoszenie takiej treści- zamienię życie w ciekawych czasach na życie w dobrobycie ! Może znajdzie się jakiś wariat i odpisze na mój anons . Znów trudno nie  odnieść się do otaczającej nas rzeczywistości . Oglądając  ”Szkło kontaktowe ” zapamiętałem jeden z SMS  wysłany przez telewidza  o treści : Raz Lenin , raz Stalin , Rasputin.  Nic dodać ,nic ująć .Bandzior Putin  znów oszukał i wystrychnął na dudka cały świat  [włącznie z USA]. Przeprowadził w stylu Adolfa Hitlera aneksję  Krymu, ba lepiej bo bez żadnego wystrzału – o czym nie  omieszkał się pochwalić w swoim przemówieniu akcesyjnym . Szlak człowieka trafia – jak jeden KGB-ista , robi w konia pół świata,  praktycznie bez żadnych konsekwencji. Oglądam jego „mowę tronową” i reakcję zafascynowanego  tłumu słuchaczy , gotowych poświęcić  swoje życie  dla „cara Putina”. Wszystko mu można zarzucić, ale trzeba przyznać że charyzma jego jest porównywalna do Adolfa Hitlera. Porywa tłumy i staje się ich bohaterem. Dobroczynny Ojczulek Narodu – przywracający  Rosji Krym. Przychodzi czas seriali – „Na Wspólnej „, „M jak Miłość” czy „Prawo Agaty”. Żona w krytycznych słowach  : Znów oglądasz te informacje o Ukrainie – skończyłbyś  z tym , jak można………..Przecież to też serial  tyle ,że autentyczny  a nie wymyślony przez scenografa! Tu ugryzłem się w język. Tak naprawdę , to z tym autentyzmem też nic pewnego. Może  Putin  wraz ze swoimi doradcami – to wszystko wymyślił? Dziś nie wiadomo  - co jest prawdą , a co fałszem . Wierzymy w to co widzimy – oni też tak mówią . Różnica jest tylko taka , że ich informacje są zmanipulowane , a nasze prawdziwe.Dziś wizytuje nas dr Ewa ,  która ostatnio awansowała z funkcji lekarza osobistego na lekarza rodzinnego . Wczoraj min.  Arłukowicz  docenił jej kompetencje i poszerzył zakres  jej obowiązków – równocześnie podwyższając uposażenie. Grzecznie pogratulowałem podwyżki – usłyszałem w odpowiedzi jej perlisty śmiech . Leczenie żony trwa . Zalecona kuracja picia wody z solą i z dodatkiem wody utlenionej – rzetelnie stosowana. Mam tylko obiekcje , czy ta kuracja nie spowoduje utlenieniu organizmu małżonki ,do tego stopnia , że stanie się  niewidzialna. Bo tego bym nie przeżył. Mam solidne zapewnienia ,że nie   „więc śpię spokojnie O.R.M.O. czuwa”. Jak już jesteśmy przy tematach medycznych – przypomina mi się historia pewnej kuracji – przeprowadzonej na znajomym przez jego małżonkę. Pewnego dnia przyszła do mnie  Kasia [ znajoma z sąsiedniej ulicy] skarżąc się na męża , a właściwie na jego alkoholowe hobby. Rozmowa z moją narzeczoną Alicją P. wyglądała tak:                              -Cześć Alicja !                                                                                                                                                   -Cześć Kasiu – wejdź, co Cię sprowadza w nasze progi?                                                                          -Mam problem z którym nie mogę sobie poradzić .                                                                                  -Siadaj – zaparzyć kawę czy herbatę ?                                                                                                          -Może być kawa , ale nie taki „szatan”jak ostatnio .                                                                                  -Dobrze – zrobię Ci kawkę z jednej łyżeczki .Pijesz z cukrem.                                                               -Tak .Jedna łyżeczka wystarczy?                                                                                                                      -Proszę -kawa gotowa – teraz mów jak na spowiedzi  co ci leży na sercu , a ja w miarę    możliwości    postaram się  pomóc.                                                                                                                -Alicja mam problem    z Jankiem !                                                                                                               -Jakiej natury jest ten problem?                                                                                                           –   Skunks od    jakiegoś czasu przychodzi prawie codziennie   „naprany” i wiesz staje się coraz  bardziej agresywny .Jak tylko powiem co myślę o tym – bierze się do bicia.                     -Próbowałaś  zawiadomić  milicję?                                                                                                                 -Próbowałam , ale on ma tam swoich kumpli od kieliszka ,  którzy twierdzą , że w sprawach wojskowych – nie są władni do interwencji. Co by tu zrobić żeby przestał pić!. Odwyk nie wchodzi w rachubę – bo on na to nie pójdzie ! on nie jest alkoholikiem  żeby musiał się leczyć!      -Wiesz Kasiu – myślę , że trzeba mu coś zaaplikować – co spowodowałoby  u niego odruch  niechęci do wódki.                                                                                                                                           -Ale co?                                                                                                                                                          -  Spróbuj podawać mu po  przepiciu tabletkę laxigenu  [lek przeczyszczający]-zobaczysz    jaka będzie reakcja !                                                                                                                                     -Jak mam mu dać tą tabletkę – przecież dobrowolnie on jej nie weźmie !                                              -Na jakim świecie ty żyjesz , kto mówi o dobrowolności, on nie może wiedzieć , że faszerujesz go laxigenem. Weź  zrób kompot z rabarbaru , lub z wiśni  dodaj parę tabletek laxigenu – postaw w lodówce  i czekaj [ na jego  kaca]. Pewne jest jedno, że  ”faszerowany napitek” znajdzie bez problemu . Ponieważ skutek po laxigenie nie jest natychmiastowy , trwa to kilka godzin , to łajza nie skojarzy sobie reakcji przeczyszczającej  z kompotem.                          -Zrobię tak jak radzisz !                                                                                                                                    -Tylko  przyjdź  za jakiś czas i poinformuj mnie o skutkach metody laxigenowej.                    -Masz to u mnie jak w banku.                                                                                                                         Po kilkunastu dniach w drzwiach staje uśmiechnięta Kaśka z pudełkiem czekoladek w ręku.        -Alusia [podając czekoladki] masz prezent za twoją dobrą radę !                                                             -Powoli -wejdź i opowiedz wszystko po kolei.                                                                                 -Dobra , tylko nie mam za dużo czasu , a więc muszę się streszczać. Tak jak mi doradziłaś ugotowałam „kompocik” i wstawiłam do lodówki . Mój  pan i władca przyszedł oczywiście fest zalany . Do tego stopnia , że do domu odwiózł go jakiś trzeźwy znajomy. Następnego  dnia  pyta się  się czy mam coś do picia ,bo kac go męczy . Wskazałam mu kompot w lodówce. Wypił 3 szklanki i po jakimś czasie wylądował w kiblu – z którego nie wychodził  dobre pół godziny. Tak było przez kilka kolejnych dni – wódeczka ,kacyk, kompocik i rewolucja żołądkowa. Któregoś dnia wychodząc z kibla powiedział:Kaśka   kurwa mać, coś jest z moim kałdunem nie w porządku. Jak tylko się napije , to na drugi dzień, tak mnie czyści , że o mało  mnie dupy nie rozerwie. Niestety nie mogę już pić wódeczki, organizm nie przyjmuje……..

Dramatyczna historia Ukrainy [tocząca się na naszych oczach ] mobilizuje nas wszystkich do  przemyśleń . Skończmy raz na zawsze z postrzeganiem Ukraińców przez pryzmat Tragedii Wołyńskiej .  Wiem , że nie można z pamięci wymazać tego co się stało i tak po prostu przejść nad problemem do porządku dziennego. Nie  można jednak tkwić w nienawiści do ludzi , którzy  już odeszli z tego świata , a ich winy przerzucać na ich potomków . Pójdźmy za głosem zdrowego rozsądku -widząc  że dom sąsiada objął  pożar , a wiatr zaczyna wiać w naszym kierunku.  Jedyną  rzeczą co nam zostaje to pomóc sąsiadowi  w walce z pożogą.    Historia pokazała nam co  może spotkać nas jeśli w porę nie zareagujemy . Przypomnijmy sobie rok 1939 kiedy to Francja i Anglia nie chciały umierać za Gdańsk.  Konsekwencją takiego stanowiska była II wojna światowa i śmierć milionów ludzi. Wiem  ,że jeśli teraz Europa i U.S.A. pozwolą na rozbiór Ukrainy  to konsekwencje w najbliższej przyszłości mogą być tragiczne. Nienawiść to granat  rozrywający nie tylko cel do którego jest skierowany , ale również  może zabić rzucającego, szczególnie jeśli stoi zbyt blisko miejsca wybuchu. W naszych czasach – w dobie szeroko rozwiniętych środków masowego przekazu, bardzo łatwo jest skłócić , środowiska , partie, ludzi i narody  przekazując im obraz wypaczony i  tendencyjny. Widzimy to wszystko w przekazie rosyjskich mas mediów . Jawne kłamstwa płynące z ust Putina o żołnierzach z „Samoobrony Krymu”, którzy są de facto rosyjskimi komandosami. Bajki o nacjonalistach, faszystach , antysemitach  i wyszkolonych w Polsce i na Litwie  bojownikach „Majdanu”, praworządnym prezydencie , któremu prawdopodobnie list do Putina napisał  jeden z jego doradców . Jaki  uczciwy prezydent kraju , może wzywać obce wojska  -przeciwko swoim rodakom , którzy go nie chcą ? Szczyt perfidii – bezczelny  hiper złodziej i morderca  niewinnych ludzi na Majdanie – jawi nam  się [w rosyjskich mediach] jako legalny i  praworządny prezydent Ukrainy- PARANOJA!!! Kłamstwo za kłamstwem podawane mediom – w pozie luzaka rozpartego wygodnie  w  fotelu  z przyklejonym do ust perfidnym uśmiechem szydercy.To poza łobuza śmiejącego się ze wszystkich .Nic mi nie zrobicie bo nie stać was na to! To pytanie ma swoje oparcie w faktach – pokrzyczą , pokrzyczą i przestaną [to słowa jednego z deputowanych]. Nie można wykluczyć , że  wypowiedź  ta nie jest pozbawiona sensu. Dlaczego zapyta ktoś? – bo przecież przywódcy zachodu  , są ludźmi inteligentnymi , wychowanymi  w kulturze , która nie pozwala na zachowania knajackie . Są skrępowani więzami obyczajowymi  i nie przychodzi im do głowy taki sposób  reagowania .  Putin – dawny pułkownik K.G.B. – dobrze poznał słabe strony  swych przeciwników politycznych , dlatego tak odważnie stawia pewne kwestie polityczne .  Wie , że ma wsparcie w społeczeństwie Rosjan Krymskich , którzy stanowią  zdecydowaną większość .Śmiało może stawiać warunki słabej ukraińskiej władzy . Sankcje , którymi straszy go zachód , mogą odbić się jedynie niezbyt głośną czkawką  i niczym więcej !Powiązania więzami gospodarczymi są tak silne , że każde z państw w obawie przed perturbacjami gospodarczymi   boi się podjąć zdecydowane kroki. Ameryka najmniej zależna gospodarczo od Rosji  - mogłaby to zrobić , pod warunkiem, że jej prezydentem byłby Reagan , a nie Obama. Prawnik rządzący państwem [ w czasie pokoju ] to osoba ze wszech miar pożyteczna , ale czy to wystarczy , aby przeciwstawić się  podwórkowemu bandziorowi , który rozstawia po kątach wszystkich po kolei -na swoim podwórku? Chyba , że gromada chłopaków skrzyknie się i razem weźmie się za niego ! Tylko czy ich na to stać? Nie chciałbym tu hamletyzować i kogokolwiek straszyć , ale przyszłość [ jeśli nie postawi się go do pionu ] jest nieprzewidywalna. Dlaczego USA wysłały na Morze Czarne jeden okręt wojenny ,  a nie dwa lotniskowce? Bandziora trzeba postraszyć nie patyczkiem ,  lecz  maczuga nabitą ćwiekami. Apeluję do WAS  CHŁOPAKI  Z  AMERYKI   I   EUROPY  weźcie się na poważnie za PODWÓRKOWEGO  BANDZIORA  , żebyśmy nie musieli sobie stawiać  pytania: To be ,or not to be.

Od tygodnia tkwię – jak w transie  wpatrując się w ekran telewizora . Mało jem, słabo śpię. Często budzę  się nocą i włączam TVN-24bis  Biznes i Świat. Informujący co się dzieje na MAJDANIE  NIEPODLEGŁOŚCI. Reakcja żony , na mój stan  duchowy , a właściwie uzależnienie od informacji  jest jednoznaczna. Nie sposób się z nią nie zgodzić !Z drugiej strony , nie mogę tego przerwać i uwolnić się od natłoku informacji . Jestem UZALEŻNIONY. To fakt nie podlegający dyskusji. Otępiały od nadmiaru wchłoniętych informacji. Bezskutecznie próbuję z tym walczyć.Na naszych oczach dzieje się  coś pięknego i zarazem strasznego . Walka ludzi o autentyczną WOLNOŚĆ z oligarchicznym systemem władzy.Tak na naszych oczach , rodzi się [obym miał rację ] NOWA  UKRAINA. Tragiczna historia śmierci dziesiątków ludzi i setek rannych . Umierają od kul snajperów ,strzelających  do nich z dachów i hotelu. Mam łzy w oczach patrząc na to wszystko.Tego nie można oglądać obojętnie , chyba że ktoś nie ma serca! To co się dzieje,  to nie jakiś wyreżyserowany horror . To oczywista prawda. Żal ściska gardło , patrząc na  trafionych pociskami powstańców,ciągniętych po ulicach za nogi lub głowę po twardym bruku , jakby to były szmaciane manekiny, a nie ludzie.BOŻE , co człowiek jest zdolny zrobić bliźniemu.Płonące barykady i wybuchy granatów hukowych . Tarcze -obrońców Majdanu rozrywane przez pociski. Krew rannych i zabitych wsiąkająca w płyty chodnika. Wszystko to na naszych oczach . PIEKŁO PUTINA  to tytuł jednej z angielskojęzycznych gazet – jakże pasujący do tego co dzieje się na naszych oczach! Wojna domowa jest rzeczą straszną . Syn strzela do ojca, brat zabija brata! Za co ? Za przekonania polityczne . Nawet nie za to. To MORDERCA i super złodziej Janukowycz , tak przeprał mózgi swoich zwolenników , że walczą z terrorystami i bandytami. Widać naocznie co znaczy siła sprawcza dobrze podanej sugestii- bez udziału sił zdrowego rozsądku. Tak właściwie , na naszych oczach toczy się walka dobrego ze złem,Unii Europejskiej z imperialna Rosją, która nie może pogodzić się z myślą , że jej były niewolnik , zrywa opaskę z oczu i bez zgody właściciela – mówi jestem wyzwoleńcem.W tych trudnych chwilach Rodacy z Premierem na czele zachowali się godnie najwyższego uznania. Wiem , że to co robimy to także z myślą o sobie,bo złowieszczy  pożar u sąsiada , może zagrozić  i nam! Gesty , ale i realna pomoc , mam nadzieje ,  że kiedyś zaprocentuje. Wiem co to znaczy , mieć granicę z dobrym sąsiadem ,na którego zawsze można liczyć. Homo Sovieticus, przejrzawszy na oczy zaczyna burzyć oznaki zniewolenia-zrywa  gwiazdy  i zwala z cokołów pomniki Lenina . Dowcipnisie mówią , że to nowy nurt w sztuce -LENINOPAD. Padły pomniki w Kijowie , Żytomierzu,Tarnopolu i Chmielnicki.   Narazie komuniści obronili  go w Charkowie-na jak długo ? Julia Tymoszenko [ decyzją Najwyższej Rady ] uwolniona . Przyjeżdża  na Majdan .Tam wygłasza płomienne przemówienie  ,niektórzy płaczą . Mnie też to głęboko poruszyło . Z drugiej strony wiem , że Ona jest też umazana w tym korupcyjnym łajnie! Może odpokutowała już przez te 3 lata odsiadki. Nie wiem?Jedno jest pewne mówi to co chce słyszeć Majdan. Ktoś mdleje , spiker przerywa przemówienie , kierując  tam lekarza. Złapali  ”tituszkę” w kamizelce kuloochronnej . Tymoszenko kończy przemówienie – CHWAŁA UKRAINIE !   CHWAŁA! Słowa  lecą jak lawina z ust działaczy Majdanu.  Chłopiec 13 letni – mówi wiersz , który sam napisał -ludzie wzruszeni niebieskim aniołkiem . CHWAŁA UKRAINIE! Transmisja z Izby Deputowanych trwa .  Konstytucja z 2004 roku przywrócona, minister spraw wewnętrznych odwołany,prokurator generalny również, Janukowycz odwołany. Ustawa za ustawą – głosowane jak w transie , kto jest za – kto przeciw , bo jutro jest niewiadome. Janukowycz helikopterem ucieka do Charkowa, bierze ze sobą 4 ciężarówki rzeczy ze swej pod kijowskiej  CESARSKIEJ REZYDENCJI.  Telewizyjne obrazy ,tak jak ustawy – pędzą w lawinowym tempie, coraz więcej informacji , często sprzecznych ze sobą.Rewolucja ma swoich przywódców – Kliczko,  Jacyniuk, Tiahnibok, Parubin, Bułatow i inni. Grupa radykałów z  ”Sektora Prawego” wygwizduje przemawiającego Kliczkę za co? Za to , że podał rękę podczas negocjacji  Janukowiczowi! Paranoja !!! Obraz zmienia się jak w kalejdoskopie P.I.S- atakuje  Sikorskiego , że przed podpisaniem porozumienia z Janukowyczem straszył opozycję.  Brak mi  słów na opisanie  takiego stanowiska . Przecież to dzięki zabiegom Tuska w Europie i Sikorskiego w  Kijowie doszło do podpisania porozumienia – co dało możliwość zmiany konstytucji, a dalsze sprawy potoczyły się jak lawina.Wybory  na stanowisko p.o. Prezydenta  przewodniczącego  Izby Deputowanych. Hymn Ukrainy śpiewany przez deputowanych  CHWAŁA  UKRAINIE . Deputowany  Kompartii [Komuniści] – apeluje żeby nie niszczyć pomników Lenina. Na Majdanie pogrzeb bohaterów .Jest propozycja żeby ulicę ,na której zginęło najwięcej ludzi, nazwa imieniem  Niebiańskiej Sotni. Odkryte trumny w kwiatach , przenoszone na barkach  przyjaciół i kolegów.Ludzie wzruszeni , część płacze – oddali najcenniejszy dar jakim jest życie w imię oby WIELKIEJ SPRAWY . Jutro wybory Rządu Tymczasowego – zwanego  samobójczym. Podziwiam ich odwagę i determinację ! Bunt na Krymie , Charkowie i Doniecku zamieszkującej tam ludności rosyjskojęzyczne podejmującej próby oderwania się od Ukrainy – budzą uzasadniony niepokój . Krym wita znienawidzony „Berkut” jak bohaterów narodowych . Hasła  -”Berkut  z narodem -naród z Berkutem „. Budzą nienawiść do autorów haseł. Wiece w Kerczu i Symferopolu zwolenników integracji z Rosją. Hasła Rosija , Rosija , Rosija, skandowane przez jednych . Ukraina , Ukraina przez drugich są na porządku dziennym , ale też widać plakaty:   „Jestem Rosjaninem , chcę żyć na Ukrainie „. Na Majdanie ogłoszenie wyników wyborów do Rządu – Premier Jacyniuk, ministrowie – Bułatow, Parubij, Bohomolec,Tarasiuk i inni. Wśród trzymanych haseł  było i takie : „Gdzie byliście jak był szturm”. Przemawiają przyszli ministrowie – CHWAŁA UKRAINIE . CHWAŁA! Entuzjazm wśród zgromadzonych bijący z ich twarzy podczas śpiewania hymnu narodowego. Tak się kończy tragiczna część LUTOWEJ  REWOLUCJI UKRAIŃSKIEJ – CHWAŁA UKRAINIE!!!!

PROWOKATOR część III.

0

Zwiedzamy Liwadyjski Pałac Potockich – przyglądamy się obrazom wielkiej trójki z postacią Stalina w środku . Przewodniczka  [ładna Ukrainka] rozwodzi się nad zaletami -wodza,  ja myślę kiedy to wszystko się skończy ,  bo  noga zaczyna   boleć na dobre . Siadam na najbliższym krześle .Nagle słyszę przerażający krzyk , który zmroził mnie na chwilę . Zrywając się z krzesła odczułem  przeszywający  ból w nodze i przechodzące  ciarki. Nie wiem czy  od krzyku przewodniczki , czy może nieopatrznie usiadłem na krześle Stalina  tego wcielonego  szatana – mordercy mojego stryja [ w Katyniu]. Po zakończeniu zwiedzania całą grupą  udajemy się na promenadę Jałtańską  biegnącą wzdłuż  brzegu Morza  Czarnego . Na nabrzeżu rzucają się nam w oczy dwie długie stojące kolejki.  Pierwsza- do sprzedawanych z przyczepy  traktora arbuzów. Stajemy grzecznie w kolejce , która szybko się przemieszcza i kupujemy – każdy po dwa arbuzy . Nie przygotowani do jakichkolwiek zakupów zmuszeni jesteśmy do transportowania ich pod pachami rąk. Wygląda  śmiesznie  jak tak  duża grupa pań i panów przemieszcza się z dużymi arbuzami do następnej  znacznie dłuższej  kolejki. W tej drugiej stoi  około 90-100 osób w większości  mężczyźni. Kolejka porusza się bardzo wolno . Podchodzimy bliżej i widzimy olbrzymi zbiornik [  na przyczepie samochodu ciężarowego]  z napisem SUCHOJE – młode wino. Przy kranie spustowym stoi facet w przybrudzonym białym kitlu , który do trzech grubych litrowych kufli  do piwa- nalewa winko . Pełna kultura picia ! Stojący w długiej kolejce dopingują tych pijących okrzykami  -  tempo , tempo, tempo!  .Ci chcąc sprostać ich zachętom – piją na czas, kto  szybciej ! Niektórzy podczas picia zachłystują się  i część winka wylatuje nosem . Po wypiciu- kufelek jest elegancko przepłukiwany w stojącym obok wiaderku i dalej jazda . Przez godzinną   obserwacje  kolejki, nie zauważyłem , żeby wodę w wiaderku ktoś wymieniał. Kolejka porusza się w tak wolnym tempie , ponieważ trzy kufle , które trzeba opróżnić – blokują jej szybkość . Mądrzejsi tubylcy przychodzą z litrowymi słoikami i podchodzą bez kolejki,  co spotyka się niezbyt przychylną reakcją kolejkowiczów i wprowadza niepotrzebny ferment. Kochani koledzy stwierdzili kategorycznie, że stanie w kolejce z arbuzami pod pachą jest bardzo niewygodne .W związku z powyższym  [ ponieważ chory pić winka nie może] powierzamy ci bardzo odpowiedzialne zadanie – będziesz pilnował naszych arbuzów. Nie czekali na moją zgodę , posadzili mnie na  ławce i obłożyli arbuzami. Sami stają w gigantycznej kolejce .Obłożony arbuzami  staję się obiektem zainteresowań  przechodniów , którzy myślą , że jestem handlarzem i co rusz pytają  się – po ile są te arbuzy? Muszę  się gęsto tłumaczyć , że  nie sprzedaję – tylko pilnuje. Odchodzą srodze zawiedzeni , a ja mam dosyć  pytań. Po godzinie stania, koleżeńska grupa  zaczyna  tankować winko , również ponaglana do szybkiego opróżnienia kufli  . Jedni piją po jednym kufelku , inni nawet po dwa. Wraz z ilością wypitego trunku , rośnie atmosfera ogólnego rozluźnienia. Palące słońce , w sposób znaczący przyśpiesza ten proces. Picie młodego winka przebiegało w atmosferze ogólnego podniecenia wywołanego nie tylko tempem picia , ale również kłótniami o kufle. Szczególne pretensje miano do  ”repetentów” , którzy kolejny litr napitku spożywali w tempie znacznie wolniejszym od zakładanej normy. Zdarzały się przypadki wyrywania sobie kufli z rąk  i dochodziło do szarpaniny i nieprzyjemnych przepychanek. Harmider i kłótnie  towarzyszyły tej szczególnej atmosferze . Nie była to uczta za stołem w w sali Bachusa ,  raczej w jego chlewie  w towarzystwie  chrumkających , kwiczących , cisnących  się do koryta świnek.  W pewnym momencie – dochodzi do rozłamu [wśród pijących] jedni mają dosyć a  drudzy chcą jeszcze raz stanąć w kolejce po kufelek winka. Sytuację uzdrawia przewodniczka – informując , że nie ma czasu” na  powtórkę z rozrywki”bo autokar do Gurzufu  odjeżdża za 30 minut. Odgłosy niezadowolenia [ grupy niedopitych ]  towarzyszyły nam , aż do drzwi  autobusu.  Towarzystwo zaczyna się zbierać wokół mojej ławki, każdy bierze swoje arbuzy i chwiejnym krokiem zmierza w stronę  autokaru. Witek przychodzi jako jeden z ostatnich , bierze pod paszki swoje kawony i udaje się w ślady  pozostałych.W pewnym momencie jeden z arbuzów wypada mu z rąk  na ziemię. Nie  podnosi go , lecz zaczyna  toczyć po chodniku jak piłkę – wzbudzając u pozostałych falę wesołości . Nagle z stojących , przy barierce grupy Rosjanek odrywa się  jedna  krzyczy , klnie i gestykuluje rękoma – podbiega do Wiktora : To wy Polacy -swołocz takaja- to ja za was w czasie wojny krew przelewałam , a wy tak marnujecie pracę ludzkich rąk ! Pada stek rosyjskich przekleństw [ których tu nie przytoczę]. Riposta  Witka jest natychmiastowa :               -Martw się lepiej babo tymi  tonami winogron , które tam na zboczach [w waszych kołchozach] gniją na krzakach , bo nie ma kto ich zbierać!                                                                                                      Baba klnie jeszcze więcej ,  grupa krokiem trochę chwiejnym , ale co ważne – porusza się do przodu. Na końcu orszaku Bachusa – kulając swojego arbuza idzie nasz prowokator Wiktor. Wsiadanie do autokaru przebiega bez większych problemów – nie licząc trzech rozbitych arbuzów . Witek swojego dokopał w całości . W końcu ‚wesoły autobus” rusza z miejsca. Wewnątrz rozbawione towarzystwo zaczyna śpiewać piosenki biesiadne, a   kulające  po podłodze arbuzy , dopełniają  atmosferę super wesołości. Upalny dzień – nagrzał blachy autokaru – towarzystwo zaczyna otwierać okna . Po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyboistymi drogami [ kilka osób z tych co więcej wypili] zaczyna spłacać dług Bachusowi. „Haftują” w reklamówki  i wyrzucją [na szosę]przez  okna . Zapach taniego wina i wymiocin rozchodzi się po autokarze. Część kobiet , zmienia miejsca siedzenia , widząc jak jej sąsiadowi zbiera się na wymioty. Pomimo otwartych okien i przeciągu , wspomniane  zapachy pozostają wewnątrz autokaru, bo niektórzy koledzy nie trafiali do reklamówek , lub  tylko częściowo. Czas mija z  łbów uczestników libacji , aż się ” kurzy’, a wesoły autobus jedzie dalej. ” Góralu czy ci nie żal ” kończy pijacki repertuar utworów biesiadnych. Po 45 minutach jesteśmy w Gurzufie. Rozbawione towarzystwo  [ trochę chwiejnym krokiem]  wysiada z arbuzami  i tak mi się wydaje, że z jadącej grupy mężczyzn dwóch było tylko trzeźwych – kierowca  i ja.                             Kolejny dzień pobytu jawi nam się  jako  ”dzień trzeźwienia” i leczenia kaca . Następnego dnia wyjeżdżamy do Soczi . W dniu wyjazdu- w ośrodku  ogólny rozgardiasz  autobusy stoją przed wejściem .  Pakujemy torby i lokujemy się w ich wnętrzach. Wśród kolegów biorących udział w wyjeździe  jest Czesiek L. – sympatyczny młodzian , który w trakcie pobytu poderwał recepcjonistkę o imieniu Tania . Imię to w języku polskim ma niezbyt dobre konotacje . W pijanym widzie podczas „tokowania”  , grami wstępnymi  a pójściem do łóżka – obiecał jej [w obecności jej koleżanki ] , że się z nią ożeni. W trakcie pobytu – Czesiek był  dwukrotnie przywoływany do spełnienia  przyrzeczenia . Tania obiecankę ożenku wzięła na serio i twardo obstawała przy swoim . Czesiek też jest spakowany , wychodzi na balkon  z którego chce zrobić pożegnalne zdjęcie okolic ośrodka. W pewnym momencie zaobserwował  stojącą przed  schodami wyjściowymi [swoją ulubienicę]   Tanie  w towarzystwie wujka milicjanta . Milicjant i wściekła  ”narzeczona” – to może być  ”mieszanka wybuchowa”. Sprawa wygląda na tyle poważnie ,  że efekt końcowy jest nieprzewidywalny. Co tu robić? Po szybkim przeanalizowaniu sytuacji podejmuje decyzję . Prosi kolegę [ z pokoju]  o zaniesienie j bagażu do pierwszego autokaru [stojącego najdalej od drzwi wejściowych], sam schodzi na wysoki parter i  z balkonu   na tylnej ścianie budynku skacze  na okalający budynek – kwietnik. Przemieszczając się pod tylną ścianą budynku , wsiada niezauważony do pierwszego autokaru . Tam czeka na niego bagaż – informuje kolegę ,że do chwili odjazdu  będzie siedział w kucki na podłodze pomiędzy siedzeniami . Miał przeczucie bo Tania wraz z wujem  dwukrotnie obchodzili autokary , przed ich ostatecznym odjazdem. Nie zdecydowali się jednak na sprawdzenie  wnętrza. W końcu ruszamy z miejsca – żegnani rozczarowanym wzrokiem Tani i jej wuja. Nie mogli zrozumieć , gdzie się  mógł podziać  Czesiek L. jej „niedoszły narzeczony”. Droga strasznie się dłuży , choć mijane krajobrazy są bardzo malownicze. W połowie trasy , kierowca zatrzymuje się  przed przydrożnym kioskiem z napojami. Wysiadam z Józkiem i  jako pierwsi  podchodzimy do kiosku.  Z wnętrza kiosku wyłania się postać  faceta o ciemnej karnacji [ Gruzin myślę ]. Patrzę w głąb kiosku i oczom własnym nie wierzę – na ścianie w  ramkach wisi portret Stalina.                    -Józek  co to za dziad wisi  na ścianie  - rzekłem z ironią. Gruzin zrozumiał – bo jego twarz w mgnieniu oka zrobiła się purpurowa, oczy nabiegły krwią zmieniły jego oblicze w pysk rozszalałego brytana. Łapie za nóż – gotów do morderczych czynów , tak jak to robił jeszcze niedawno  jego  poplecznik. Widząc taką reakcję [ zwolennika stalinizmu] , dyskretnie ulotniłem się z miejsca zdarzenia ,bo wynik tego starcia byłby nieprzewidywalny. Sytuację ratował Józek , który tłumaczył Gruzinowi , że kolega nie zna historii , a Stalin to wielki człowiek. Masowy  ”wysyp” autokarowych klientów, otaczających kiosk  i zamawiających szczególnie piwko , odwrócił uwagę Gruzina od incydentu. Ruszamy dalej , następny przystanek – to już cel naszej podróży  Soczi. Pawilon mieszkalny – to piętrowy mocno przeszklony budynek , leżący 30 m. od morza . Stołówka i pozostałe pawilony zatopione w zieleni   egzotycznych krzewów , palm i bananowców. Warunki w pokojach 3-4 osobowych dobre – łazienki w pokojach , tworzą  oznaki  ”małego komfortu”  z jakim dotychczas nie spotkaliśmy się. Widoki z okna na góry Kaukazu – niezapomniane , wyżywienie dobre , no żyć nie umierać ! Rozbawione towarzystwo, po zapoznaniu się z „terenem” – rusza do dyskoteki pod gołym niebem .Oczywiście pierwsze kroki kieruje do barku – gdzie serwują niezłe drinki. Towarzystwo międzynarodowe  oprócz  Polaków i Węgrów są tam Rosjanie . Tańcom i drinkowaniu nie ma końca . Poznałem tam nauczycielkę z   Białorusi , a konkretnie z Brześcia , z którą wywijaliśmy na parkiecie. W trakcie zabawy podchodzi do nas młody Gruzin , przedstawia się i siada przy przestronnej ławie . Po chwili ,nie pytając nikogo o zgodę wylewa na posadzkę resztki niedopitych drinków. Chwila konsternacji  [jak towarzystwo zareaguje na taki afront] nie trwa długo – z wewnętrznej kieszeni  marynarki wyjmuje piersiówkę i rozlewa do opróżnionych kieliszków . Na pytanie co to jest za trunek [odpowiedział ] ” czacza”. Próbujemy  [mocny jak cholera] – z tłumaczenia dowiadujemy się , że jest to 70% spirytus winogronowy. Po wypiciu 3-4 drinków i zdecydowanej poprawie humoru-czas na tańce  . Próbuję  wstać od stołu i poprosić nauczycielkę. Niestety – próba nie udała się, bo nogi mam jak z waty i odmawiają mi posłuszeństwa, a rozum jasny i wesoły . Cholera co  robić ?Jak  dojdę do pokoju na takich nogach – to i inne pytania nie dają mi spokoju .  Dochodzę do wniosku , że tylko upływ czasu może mnie uratować . Piję tylko wodę mineralną , aby rozrzedzić  spirytus  i czekam na odzyskanie władzy w nogach . Po dosyć długim czasie dochodzę do siebie . Dzień następny ,[wbrew pozorom] o dziwo bez żadnego kaca.Wszystkie następne dni mało różniły się od siebie , a przebiegały w/g schematu- śniadanko, kąpiel w morzu,opalanie , obiad , kolacja  i dyskoteka . Nie mogę czytelnikom mydlić oczu , że  celem wycieczki  , był tylko wypoczynek . Powiedzmy wprost – celem głównym tak nas  jak i Argonautów było pozyskanie złotego runa. Wyprawa , ze wszech miar udana , czas rozejrzeć się za złotem. Po przeliczeniu zarobionych rubli  dochodzimy do wniosku , że czas udać się do  Jubilera ,żeby zamienić je na złoto.  Doszedłem do porozumienia z  Zbyszkiem B. i kupujemy platynowy pierścionek z brylantem. Po udanych zakupach została nam jeszcze wycieczka na herbaciane pola w Batumi . Ostatni dzień pobytu w Soczi  minął na dyskotece i pożegnaniach z przyjaciółmi. Rano autokary odwiozły nas na  lotnisko w miejscowości Adler , gdzie godzinne oczekiwanie na samolot przerodziło się w nieoczekiwaną kilkugodzinną przerwę.W porze obiadu-  zgłodniali udaliśmy się do miejscowej restauracji. Studiujemy menu i zamawiamy  kurczaka [ kurica II sort] z ziemniakami i sałatą . Po otrzymaniu dania – zauważyłem na talerzu jakiś mały korpusik ptaka o udkach grubości mojego kciuka. Pytam kelnera – co to jest, bo na kurczaka to nie wygląda  [dla mienia eto ptica nie kurica] raczej na popularnego ptaka wielbiciela czereśni- szpaka.Kelner tłumaczy  zawile , że jest to kurczak II kategorii.  Mówię  , że nie słyszałem żeby pisklęta podawać jako danie obiadowe. W końcu zrozumiałem , że kelner w tym przypadku był całkowicie niewinny ,bo  nie on odpowiada za gospodarkę produkcyjną kraju. Nie mieli karmy na dalszą hodowlę kurcząt to zabili je  w takim stadium rozwoju. Po zjedzeniu ptasiego posiłku – lecimy ,  nie do Kijowa  tylko do Doniecka. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest awaria samolotu rejsowego.Tam czekamy na przesiadkę  i  lądujemy w Kijowie, skąd pociągiem jedziemy do Warszawy. Zgromadzeni  w olbrzymim hallu dworca kijowskiego , czekamy na  pociąg. Witek P.  stojący  obok  mnie –  zapalił papierosa , strzepując popiół do pudełka zapałek. W pewnym momencie podchodzi do niego umundurowany milicjant -salutując.                                                          -Wiecie obywatelu , że na dworcu kolejowym nie wolno palić papierosów.                                             -Nie – nie wiem , bo u nas wolno.                                                                                                                               – Kulturalny człowiek – powinien wiedzieć!                                                                                                             -To znaczy , że ja jestem niekulturalny?                                                                                                               – Tak  wygląda.                                                                                                                                                                   – No cóż  [Witek gasi papierosa] muszę się poprawić i dostosować.                                                               Milicjant odchodzi na bok , wkłada ręce do kieszeni spodni i obserwuje nas,   szczególną uwagę skupiając na Wiktorze.                                                                                                                                                     -Popatrzcie wszyscy mówi głośno Witek – oto kulturalny milicjant  idzie a ręce trzyma w kieszeniach .                                                                                                                                                                       Milicjant podbiega do grupy i pokrzykuje:                                                                                                               -Ja  będę telefonować do polskiego Konsulatu, tak tego nie zostawię – zobaczycie Polaczki.          W tym czasie z głośników odezwał się głos spikerki , oznajmiający wjazd pociągu relacji  Kijów – Warszawa . Grupa otoczywszy  Witka zaczęła się przemieszczać  na  peron, zostawiając  na środku hallu złorzeczącego  nam „kulturalnego milicjanta”.

Prowokator . -część II

0

Koniec  ”kijowskiej przygody” –  opuszczamy  niezbyt gościnną stolicę Ukrainy. Wylatujemy samolotem rejsowym  do Symferopola  na Krymie.  Przesiadamy się do autokaru  i przyjeżdżamy do Gurzufu  - położonego  nieopodal znanego ośrodka komsomolskiego  Artek . W oddali widoczny  [opiewany w sonetach krymskich Adama Mickiewicza]  szczyt Ajudahu .  Zakwaterowanie w 2 piętrowym bloku,  50 m. od morza . Pokoje 4-5 osobowe  z  obszernymi balkonami  i łazienkami [ z ciepłą wodą]- mobilizują  panie   do rozpoczęcia kąpieli i oczywiście prania spódniczek, bluzeczek, sweterków i  rajstop , które [w dziwny sposób] nocą znikają ze sznurów rozwieszonych na balkonach. Poranny „szumek” w wykonaniu pań , które protestują i wzywają milicję . Po kilku godzinach z Jałty przyjeżdżają   milicjanci –   spisują protokół i co?  I nic! Wiedzą , że  pobyt w Gurzufie potrwa kilka dni – więc biorą na przetrwanie .  Prawdopodobnie nie wszczynają żadnej procedury  poszukiwawczej. Nękają telefonami najbardziej poszkodowaną  ,wzywają ją co drugi dzień do oddalonej  o 45 minut   Jałty.  Kobieta po dwukrotnym kilkugodzinnym pobycie  w  komisariacie w Jałcie rezygnuje z dalszego dochodzenia w/w  sprawie – co jest wyjątkowo ” na rękę” tamtejszej milicji. Przepiękna lipcowa pogoda mobilizuje nas do kąpieli. Kamienista plaża stwarza pewien dyskomfort przy chodzeniu, zalecane chodzenie w klapkach – z którymi nie wiadomo co potem zrobić. Woda tak ciepła ,  że nie chce się z niej wychodzić – więc siedzimy w niej do oporu. Nasze pluskanie i pływanie przerywa incydent do którego doszło w tracie kąpieli. Jeden z pływających uderzył głową w niewidoczną podwodną skałę . Krzyk i cieknąca z rozbitej głowy krew zalewa mu oczy . Wyciągamy go na brzeg i tamujemy krew ręcznikiem- prowadząc go  do pobliskiego ambulatorium. Sprawa kończy się założeniem kilku szwów na  głowie. Wiktor wraz z kolegami dogadał się z Rosjaninem [właścicielem Moskwicza], który zawiezie ich  za odpowiednia sumkę do dawnej stolicy Chanatu Krymskiego  - Bachczysaraju . Tatarzy  zamieszkujący te tereny w ilości 200 tys,  jeszcze w czasie wojny  w 1944 r zostali przez Stalina wyrzuceni ze swoich  posiadłości  i przesiedleni w większości do Uzbekistanu. Powód –  część tatarów około 20 tys. wstąpiło do Waffen SS i Wermachtu , a 50 tys. Służyło w Armii  Czerwonej . Niestety  rodziny jednych i drugich potraktowane zostały w sposób jednaki – deportacji z rozkazu Berii dokonało NKWD. Witek jedzie do  Bachczysaraju , a ja z koleżanką wybieram się w Góry Krymskie. Konkretnie na najwyższy  szczyt Roman Kosz 1545 m. W drodze na szczyt przechodzimy przez – położoną na  zboczu masywu górskiego wieś zamieszkałą przez pracowników kołchozu , zajmującego się uprawą winorośli. Widoczna z daleka bieda , aż piszczy . Otwory okienne w barakach wyposażone w szyby wklejane za pomocą gliny w  ”niby okna”. Drzwi – to stara kołdra zawieszona na hakach . Wnętrze można sobie tylko wyobrazić . Wchodzimy do sklepu wiejskiego , żeby kupić coś do picia . Pijemy   oranżadę ,  jesteśmy obserwowani przez grupę  stojących pod sklepem dzieci ,patrzących  jak na ludzi z innej planety !  Długo po wyjściu ze sklepu  czujemy na plecach przeszywający wzrok mieszkańców wioski.  Dzieci towarzyszą nam  aż do jej granic. Szczyt jawi się nam  blisko , aby dość do niego trzeba okrążyć 20 metrową  pionowa ściankę  , lub ją pokonać. Koleżanka wybiera wariant dłuższego spaceru wokół ścianki , a ja próbuje ją pokonać. Początkowe 15 metrów pokonuję bez większych problemów.  Do końca wspinaczki brakuje 4-5 metrów i byłbym na górze jako pierwszy. Łatwo powiedzieć –  gorzej wykonać . Te ostatnie 5 metrów to gładka ściana bez  żadnych szczelin , w które można by wsadzić dłonie lub nogę , by się podciągnąć  wyżej. Staję przed trudnym dylematem . Marsz w górę  jest  niemożliwy [choć to tak blisko]. Schodzenie w dół równie trudne. Plecak zaczyna ciążyć jak cholera! Decyduję się zdjąć go z pleców i zrzucić na  dół. Nie jest to takie proste – żeby wykonać tą czynność trzeba zwolnić  z ramion szelki – trzymając się jedną ręką ściany. Pomału udaję mi się uwolnić od plecaka , który spada  15 metrów w dół.  Jest mi    lżej i wygodniej . Mogę względnie swobodnie patrzeć w dół  podczas schodzenia – wyszukując występów lub szczelin. Bardzo powoli krok za krokiem schodzę  do podstawy skały . Biorę plecak , wyrzucam szkła z pobitej butelki.  Dostaję  kilkuminutowego spazmu  łydek !  Tak zareagował organizm  na przebyty stres. Dziękuję Bogu , że to  nie stało się  , podczas trawersu ściany! Po ustąpieniu drgawek idę dalej , śladem mojej towarzyszki. Spotykamy się pod prawosławnym krzyżem wieńczącym wierzchołek Roman Kosz. Podziwiamy  niesamowite widoki  roztaczające się na Góry Krymskie.  W oddali [ na zboczu] dostrzegam  ogród i zabudowania. Postanawiamy  iść  w tym kierunku. Po zbliżeniu  do ogrodzenia widzimy , że zabudowania –  to zrujnowany pałacyk możnowładcy tatarskiego. W otaczającym ruiny zdziczałym ogrodzie,  moją uwagę przykuło jedno charakterystyczne  drzewo  o długich błyszczących liściach i  owocach  w kształcie pomidorów. Ciekawość  przemogła lęk – przechodzę przez wysoki parkan zakończony drutem kolczastym i podziwiam ruiny  saraju z resztkami mozaik na podłogach pomieszczeń [jeszcze nie całkowicie   zniszczonych] i fontannę na podwórzu . Zdziczały ogród – ma za sobą czasy świetności , po którym  w cieniu   drzew przechadzali się  mieszkańcy  o skośnych oczach i wystających kościach policzkowych –  zachował w sobie resztki tajemniczego piękna.  Nie mogę się  oprzeć  chęci zerwania owocu z „drzewa zakazanego”, który mnie  tutaj ściągnął. Wchodzę na drzewo i zrywam 3 owoce o pomarańczowej barwie skórki w kształcie spłaszczonych pomidorów . Próbuję ugryźć – kwaśny jak cholera .Dopiero później dowiedziałem się , że  to niedojrzała hurma . Zbliżam się do płotu , aby przejść na drugą stronę . Powrót okazał się znacznie trudniejszy . W trakcie przechodzenia  zaplątałem się w drut kolczasty i gdyby nie koleżeńska pomoc pewnie porwałbym  ubranie .W nagrodę dostała jeden z owoców hurmy.  Ze względu na późną porę  idziemy w kierunku ośrodka. Przed nami  ładny kawał drogi . Przyspieszamy kroku – myślę , że limit przygód na dzisiejszy dzień został wyczerpany !  Myliłem się – po przejściu kilku kilometrów   nieszczęśliwie staję na  cedrową szyszkę ,  skręcam  w kostce prawą nogę. Zatrzymujemy się obwiązuję  stopę chusteczką do nosa i utykając idziemy dalej , ale  w znacznie wolniejszym tempie . Plecak „pełen przygód” dał znać o sobie jeszcze raz . W pobliżu ośrodka prowadząca mnie pod ramię koleżanka potknęła się o  wystający kamień i złamała mały palec  lewej stopy. Do ośrodka wkraczamy  utykając. Wzbudzamy [ nie wiem dlaczego] ogólne rozbawienie – kulawy prowadzi chromego.  Słyszę  tu i ówdzie  niestosowne uwagi. Przysięgam sobie , że następny dzień pobytu , ze względu na chorą stopę potraktuję ulgowo . Żadnych sportów ekstremalnych , ani długich wyczerpujących  spacerów!  Noga lekko opuchnięta na to nie zezwala. Kolejny dzień pobytu – to wyprawa autokarowa do Jałty  połączona ze zwiedzaniem  Pałacu Potockich w Liwadii , gdzie wielka trójka [Churchill, Stalin i Roosevelt ] podpisała tak haniebny dla Polski Układ Jałtański. Oddając nas de facto w ręce Rosji  i zezwalając na okupację okrojonego  terytorium Polski.  C.D.N.

Prowokator ? część 1

0

Tyle piszesz o różnych rzeczach , czemu nie opiszesz  tej zabawnej historii  -której bohaterem był Wiktor Parwanicki?                                                                                                                                                   -No właśnie czemu? Odpowiadam po chwili . Mobilizuję się wewnętrznie -biorę długopis i zaczynam pisać. Początek jest zawsze trudny- nie wiem jak zacząć.Tytuł już mam i nie zamierzam go zmieniać. Każdy piszący wie , że aby zainteresować swoich czytelników – trzeba im treść podać w takiej formie , która nie tylko będzie interesująca , ale zmusi do pewnych przemyśleń. A to nie jest łatwe.                                                                                                                              Lata 70 w Polsce, a właściwie lata późnego Gierka  - to okres złagodzenia” twardej komuny ” i lekkiego uchylenia drzwi na świat. Wyjazdy – władzy i ludności za granicę [ szczególnie do "demoludów "] zaczynają być – na porządku dziennym.W zakładzie „Korab” Ustka[ w którym pracowałem] J. Sokolnik z ramienia Almaturu organizował wycieczkę  do Gurzufu nad morzem Czarnym. Po drodze mamy zwiedzać Mińsk i Kijów.Przygotowania do wyprawy zaczęliśmy tydzień przed datą wyjazdu – kupując dżinsy , sweterki damskie , koszulki adidasa i.t.p..Wszystko  w celach pozyskania jak największej ilości rubli. Podróż pociągiem relacji  Słupsk -Warszawa minęła bez większych emocji. Przesiadka do kuszetek  jadących do Mińska przebiegła równie sprawnie jak i dalsza podróż . Pierwszy przystanek w Brześciu -tam zmieniają nam podwozia wagonów na te szerokotorowe – przy okazji odprawa celna , która przeszła bezproblemowo.Towarzystwo rozbawione  wódeczką , która sączy się prawie w każdym przedziale – wesołości nie ma końca.Gala piosenki biesiadnej trwa jeszcze przynajmniej dwie godziny do wyczerpania zapasów -wódeczki. Mińsk wita nas niezbyt  ładną pogodą.  Autokar wiezie nas do jakiegoś podrzędnego hotelu i tu przeżywam pierwszy szok. Po rozlokowaniu w pokojach i rozpakowaniu bagaży idę do W.C. Tam zaskoczył  mnie drażniący nos  odór  jakiegoś środka odkażającego – maskujący smród  wydobywający się z  otworu kloacznego , gdzie załatwianie „swoich potrzeb ” odbywało się  w kucki. Po załatwieniu i stosownym użyciu papieru – ten należało wrzucić do stojącego obok drucianego kosza.Tak nakazywał stosowny przepis .W związku z powyższym wizyta w  ”toalecie” jawiła nam się jako niezapomniane  przeżycie [węchowo-wzrokowe]. Dopiero później -dowiedziałem się o co chodzi z tym papierem toaletowym . Rury w ” toaletach”  miały za mały przekrój i  od tego „delikatnego” papieru [ porównywalnego z gramaturą kartonu] -zapychały się tak często , że stąd wzięła się potrzeba tak nietuzinkowych rozwiązań. Następnego dnia nasz rosyjski przewodnik w sali konferencyjnej hotelu informuje , że przyjmuje zapisy osób chcących odwiedzić mauzoleum martyrologii ludności białoruskiej wymordowanej przez hitlerowskich okupantów , a znajdujące się w miejscowości  Chatyń. Po chwili wstaje z sąsiedniego krzesła Wiktor i kierując się w stronę przewodnika wypowiada te słowa cytuję : Do Chatynia to ja nie pojadę – natomiast bardzo chętnie pojechałbym do miejsca pomordowania tysięcy polskich oficerów w Katyniu. Cisza jaka przez chwilę zapanowała  i konsternacja  , zgromadzonych  i przewodnika nie wróżyła nic dobrego. Przewodnik  wybrnął  [bardzo cwanie] z  dwuznacznej    sytuacji  - udając , że nie rozumie co do niego się mówi . Po zakończeniu zebrania w pokojach trwała nadal dyskusja nad prowokacyjną   propozycją Wiktora . Niektórzy   w strachu -snuli czarne wizje , że nas tu wszystkich do” pierdla” wsadzą . W najlepszym wypadku ,  zamiast nad Morzem Czarnym – wycieczka skończy  się w łagrze nad   Morzem Białym! Witek miał inne zdanie w tej sprawie. Twierdził ,  że z  nimi trzeba dyskutować ostro ,bo  są tak „podszyci strachem”  , że nie zareagują  na   żadne tego typu prowokację .  Okazało się, że w tej materii miał całkowitą rację .  Nazwa Chatyń  [po ang. Khatyn] miała na celu zmylenie -niezbyt zorientowanych ludzi z zachodu. Pomnik pomordowanych przez Niemców mieszkańców  polskiej wsi pod Mińskiem   miał za zadanie utrwalenie kłamstwa katyńskiego . Szereg premierów i prezydentów  dało się na to  nabrać – w tym prezydent U.S.A. Nixon , który w 1974 r.[ podczas wizyty w ZSRR ] złożył kwiaty pod pomnikiem.                                                                                                                                                   Po dwudniowym  pobycie odlot do Kijowa . Zatrzymujemy się w hotelu  ”Europa” o nieco lepszym standardzie wyposażenia – normalne są przynajmniej toalety. Na każdym piętrze  sprzątaczka – u której można za niewielką opłatą zamówić herbatę .Tajną rolą sprzątaczki było donoszenie milicji o tym co  dzieje się w hotelu.  Były agentkami  o czym przekonaliśmy się niebawem. Kijów- stolica  Ukrainy  jest miastem  bardzo rozległym , usytuowanym po dwóch stronach Dniepru z dziesiątkami mostów spinających oba brzegi . Dawna stolica Rusi Kijowskiej  ma[ na swym terenie] szereg zabytków klasy światowej, w tym słynną Kijowską Ławrę  ze złotymi kopułami cerkwi i podziemnymi kryptami prawosławnych świętych.Następny dzień pobytu  był czysto  handlowy ,w końcu trzeba zacząć upłynniać  przywiezione „dobra „.                 Z nawiązaniem kontaktów handlowych też  nie było najmniejszego problemu. Przed hotelem znajdowały się osoby , które zaczepiały  wchodzących pytaniem -czy macie coś na sprzedaż?      Z taką propozycją i ja się spotkałem – odpowiadając na nią pozytywnie. Umówiliśmy się na spotkanie ,w najbliższej bramie kamienicy za 15 minut. Przyszedłem z torbą pełną rzeczy na sprzedaż – potencjalny kupiec długo oglądał , pytał się o ceny i  targował się .W pewnym momencie wychylił się z bramy i patrzy na zewnątrz ulicy  mówi cytuję: -Milicjoner  idziot [milicjant idzie ] szybkim ruchem oddał mi torbę z rzeczami  i powiedział -przyjdź tu za 10 minut to ja wszystko kupię. Oddalił się w głąb bramy . Wychodzę z torbą  na ulicę w odległości 30 metrów zbliża się mężczyzna w kurtce,mijamy się nie zwracając na siebie uwagi. Po minionym czasie wracam do w/w bramy i czekam na klienta . Czas płynie  nieubłaganie, a  kupującego jak niema, tak niema. Coś mnie tknęło żeby zajrzeć do torby, a tam nie ma połowy rzeczy –  w mordę jeża , ale mnie skurwiel zrobił. Nie mogłem sobie  darować , że taki chłystek w biały dzień mnie okradł . Po pewnym czasie analizując całą  sytuację  doszedłem do wniosku , że był to  majstersztyk kradzieży . Złodziej był świetnym psychologiem – wykorzystującym w sposób fenomenalny strach przed milicją . Nie zaobserwowałem momentu kradzieży, ale teraz wiem , że odbył się w czasie kiedy  [za namową kupca] wyjrzałem z bramy na ulicę . Łup prawdopodobnie schował pod  luźną kurtką którą miał na sobie . Dzień następny to dzień  mocnych wrażeń . Nauczony smutnym doświadczeniem  [ potencjalnych kupców ]- zapraszam  do hotelu. Trochę się krygują , boją się , że zostaną rozpoznani [ tubylcy mają niepisany zakaz wstępu do hotelu z obcokrajowcami]. Przekonuje ich , że będę mówił do nich tylko po polsku to nikt się nie zorientuje . Biorę klucz z recepcji  i w trójkę idziemy do pokoju . Po zamknięciu drzwi i grzecznościowej wymianie zdań , zaczynamy konkretne rozmowy handlowe. Dyskusję przerywa gwałtowne pukanie – ogólna konsternacja [chowam do szafy torbę z ciuchami] . Podchodzę  do drzwi .                                                                                                                                                        -Kto tam?                                                                                                                                                                              -Atwierajcie  dzwiery – milicja [Otwórzcie drzwi milicja].                                                                               – Szto słucziłoś [Co się stało] pytam dwu funkcjonariuszy milicji -wchodzących do pokoju .            -Nu wsie wy pajedziecie s nami na kamiendu tam pogawarim  [Wy wszyscy pojedziecie z nami  na posterunek tam porozmawiamy].                                                                                                                         Ubieram kurtkę i w asyście  milicjantów schodzimy do stojącej na parkingu  ”milicyjnej suki”,  tam zostajemy zamknięci  [w trójkę] z tyłu na „pace”. Atmosfera nerwowości wkradła się na stałe pośród nas. Ratujemy się dodawaniem sobie otuchy i uzgadniamy co będziemy mówili na przesłuchaniu. Po 20 minutach jesteśmy na posterunku. Tam nas rozdzielają i osadzają w różnych pokojach z lustrami weneckimi. Po chwili do pokoju wchodzi  funkcjonariusz  t.zw „zły milicjant” i zaczyna straszyć konsekwencjami , które mnie spotkają jeśli się  nie przyznam .  Jak mantrę  powtarzam to co uzgodniliśmy podczas transportu i „palę głupa”, że nie wiem o co chodzi.On swoje – ja swoje . Nie zrobiliśmy nic takiego co mogłoby skutkować aresztowaniem nas – rozmawialiśmy owszem o sportowcach i piłce nożnej, a to nie jest chyba zabronione. Po konsekwentnym obstawaniu przy swoim stanowisku – przesłuchujący wyszedł .Do pokoju wkracza „dobry milicjant” , który krytycznie wypowiada się o swoim koledze i sympatycznym głosem proponuje przyznanie się do winy . Jakiej winy- zapytuję ? No nielegalnego handlu! Gdzie widzieliście ten nielegalny handel ? Na to pytanie nie uzyskałem odpowiedzi . Po spisaniu stosownego protokołu i jego podpisaniu – poinformował mnie , że jestem wolny i mogę  iść do hotelu.                                                                                                                                                                                     -Słuszajcie  ja nie pajdu w gastinicu. [Słuchajcie ja nie pójdę do hotelu]                                                     -Pacziemu ?[ Dlaczego]                                                                                                                                                     -Patamu  czto ja nie znaju tak bolszowo goroda kak  Kijew. Nie znaju kuda jesć  maja gaścinica.  [ Dlatego , że ja nie znam tak dużego miasta jakim jest Kijów .Nie wiem gdzie jest mój hotel.] Kak wy mienia prywieźli  tak nada mienia tam odwieźić! [Jak wy mnie tu przywieźliście  to trzeba mnie teraz odwieźć.]  Potworne  zaskoczenie – szczyt bezczelności. Facet nie cieszy się , że został wypuszczony z aresztu , ale ma jeszcze jakieś pretensje i stawia warunki! Coś podobnego.No nie prawdopodobne! Przez kilka chwil stali jak zamurowani. Niesamowite żądanie sparaliżowało ich na chwilę . W końcu do jednego z nich , dotarły sensowne argumenty, że Kijów to metropolia licząca przeszło 2 mln. mieszkańców  i mnie obcokrajowcowi trudno się w niej poruszać. Zawołał kierowcę i kazał mnie odwieźć, ale już nie  z tyłu w zamkniętej budzie , ale   w kabinie obok szofera.      C.D.N.

Zrozumiałem tylko słowo- Moskwa.

2

Opowiadając historię , która się zdarzyła Konradowi Lewandowskiemu muszę czytelnikom przybliżyć uwarunkowania polityczne lat 1939-45 w miejscu jego zamieszkania . Wieś  Jeżewo  -nieopodal  Świecia była osadą stosunkowo  dużą [ 2 tysiące mieszkańców ] mającą statut gminy. Przed wojną  większość  mieszkańców  stanowili Polacy 60%, pozostałe 40% Niemcy. Dwa kościoły  katolicki i ewangelicki  świadczyły o preferencjach religijnych mieszkańców. W roku 1940 skład etniczny uległ diametralnej zmianie. Jeżewo wraz z całym powiatem świeckim weszły w skład Rzeszy.Radykalizujące się rządy Hitlera  zezwalały na zamieszkiwanie w granicach Rzeszy tylko Niemców i Volksdeutshów . Rodziny , które nie zdecydowały się na podpisanie  volkslisty , były pozbawiane majątku i wysiedlane do Generalnej Guberni.  W miejsce deportowanych -osadzano Niemców , których  na mocy porozumienia z Rumunią  sprowadzono z Besarabii.  Luty 45 roku w Jeżewie był miesiącem kilkukrotnych zmian położenia frontu niemiecko – rosyjskiego . Ataki i kontrataki Niemców i Rosjan sprawiły , że mieszkańcy  [starcy i dzieci] spędzali większość czasu w  3 schronach przeciwlotniczych – zbudowanych przez Niemców. Na powierzchnię wychodzili tylko wtedy , kiedy przez dłuższy czas nie słychać było  huku wystrzałów .Bo to oznaczało , że któraś ze stron opanowała Jeżewo , a front przesunął się o kilka kilometrów na północ lub na południe. W jednym ze schronów  u „Ertmańskiego” znalazła się rodzina 11 letniego  Konrada i jego 13 letniej  koleżanki  Wiktorii  Niklas [pseudonim Ika]                                                                                                                                                    -Konrad zobacz -od co najmniej 3 godzin nie słychać żadnych wystrzałów .To świadczy , że front oddalił się od Jeżewa – może wyjdziemy na powierzchnię  i poszukamy coś do jedzenia i picia?                                                                                                                                                                                       – Dobrze Ika -ja jestem gotowy!                                                                                                                                   -No to wychodzimy!                                                                                                                                                         -Uważajcie tam na siebie i nie dotykajcie  żadnych nieznanych przedmiotów -bo to mogą być miny! [pouczała matka Konrada], a ty Konrad weź na siebie tą ciepłą kapotę -jest w tej dużej brązowej walizce , która stoi w prawym rogu schronu.                                                                                       -Dobrze mamo!                                                                                                                                                                      Ubrany w kapotę , szalik i czapkę  wraz z Wiktorią wychodzą powoli ze schronu [błogosławieni przez matki]. Widok jaki zobaczyli po wyjściu -tak już ich nie przeraził .Zmiany w krajobrazie wsi były niewielkie . W odległości 220 metrów dopalała się chałupa sąsiada Wącikowskiego . Ruszyli przez wieś przeszukując opuszczone domy .W jednym z nich Konrad znalazł leżącą na podłodze poduszkę -przyda się w schronie [pomyślał].                                                                                     – Po co ci ta poduszka [zapytała Ika]                                                                                                                         -Przyda się  w schronie.                                                                                                                                                   – Lepiej szukajmy coś do jedzenia.Chodź pójdziemy do chałupy Kempfa może tam coś znajdziemy , pamiętasz w jakim pośpiechu oni opuszczali Jeżewo- to może nie wszystko zdołali zapakować na wóz.                                                                                                                                                             -Dobra myśl -ty Ika  zawsze masz dobre pomysły!                                                                                               -No pewnie.                                                                                                                                                                  Marsz -zajął im kilka minut. Stan chałupy przedstawiał widok opłakany.Widać ,że gospodarz  uciekał w popłochu -pootwierane szafy, poprzewracane krzesła, części ubiorów leży  na podłodze.  W  kuchni porozrzucane naczynia kuchenne i sztućce .                                                             -Konrad- zajrzyj do do spiżarni ,tam  chowa się jedzenie -może coś zostawili. Ja zajrzę do tej szafki pod zlewem.                                                                                                                                                             -Ika  chodź tu- zobacz jest rozerwany woreczek z kaszą , pozbieramy to będzie na obiad.Dość mam już tych kartofli.                                                                                                                                             Pozbieraną kasze, przesypali do poszewki znalezionej przez Konrada poduszki. Nagły krzyk Wiktorii- przerwał panującą ciszę.  Z otwartej kuchennej szafeczki wyskoczył duży szczur i pobiegł do otwartych drzwi .                                                                                                                                           – Ale mnie przestraszył . Konrad choć idziemy stąd.                                                                                    Przeszli do sieni , a stamtąd wyszli na podwórko – kierując się w stronę  schronu. Po wyjściu na główną ulice ,  dostrzegli stojącą kolumnę –  krytych rosyjskich ciężarówek ZIS-5 . Po zbliżeniu się do jednej z nich , z głębi szoferki wyszła kobieta ubrana w wojskową kufajkę w wieku około 30 lat .                                                                                                                                                                                        -Chadzi siuda [chodź  tutaj]!                                                                                                                             Powiedziała Rosjanka i złapała Konrada za rękę . Ten nie protestując podążał za nią – myśląc , że chce go obdarzyć czymś do jedzenia . W pobliżu szoferki – ta nagle ścisnęła go mocniej i zaczęła wciągać do wnętrza kabiny ! Konrad rzuciwszy poduszkę , druga ręką próbował  odgiąć zaciśnięte palce napastniczki. Niestety kobieta była silniejsza od 11 latka i bez większego trudu wciągnęła go do szoferki.                                                                                                                                                 -Co robisz !Puść mnie przecież to boli! Ja chcę do domu!                                                                                Rozpaczliwe krzyki  i płacz chłopca nie zrobił na niej większego wrażenia -wydała kierowcy komendę .                                                                                                                                                                               -Nu pajechali [  ruszaj]. Powiedziała głosem stanowczym do kierowcy .Ten zapalił silnik i ruszyli w drogę . Ulokowany pomiędzy szoferem , a napastniczką  [ rozpaczający ]Konrad nie miał najmniejszych szans na ucieczkę .W trakcie jazdy kobieta rozmawia z kierowcą , który bardzo grzecznie, wręcz uniżenie  -zwracał się do niej  Nadia. W monologu skierowanym do chłopca zrozumiał tylko słowo  Moskwa.                                                                                                                  W  tej dramatycznej sytuacji w głowie Konrada kłębiły się myśli , nie dające mu spokoju , co zamierza z nim zrobić Nadia .  Zaczął rozmyślać nad planem ucieczki   – przy  najbliższej okazji. Po dwóch godzinach jazdy , kierowca zatrzymał się” za potrzebą”  w niewielkim lesie . Z tej okazji  skorzystał  Konrad rzucając się w kierunku otwartych drzwi . Niestety Nadia była szybsza i zdążyła  złapać go za nogę – wciągając z powrotem na siedzenie. Dalsza  jazda odbywała się  już bez większych przeszkód – nie licząc omijanych lejów od bomb, spalonych czołgów i samochodów wojskowych [rosyjskich i niemieckich]. Słońce   zaczęło zachodzić , była godzina 16 -kiedy kolumna dotarła do  miasta i zatrzymała się na  placu. Nadia wysiadła.Kierowcy przekazała – pilnuj go dobrze ! Zmęczony kierowca długą jazdą – przysnął . Zauważył to Konrad -zrozumiał, że ma jedyną okazję do ucieczki. Przesunął  się w stronę  drzwi . Otworzył  i zaczął uciekać w kierunku  odwrotnym do stojącej kolumny samochodów, byle dalej od  porywaczy.  Zrobiło się już ciemno. Wystraszony i głodny błąkał się po ulicach  miasteczka. Dotarł na rynek przed ratuszem , gdzie  zatrzymany został przez rosyjskiego żołnierza . Ten zaczął wypytywać  go [ gdzie mieszka i dlaczego nie idzie do domu].Konrad nie rozumiał co żołnierz do niego mówi -więc nic nie odpowiedział. W głowie miał mętlik -sądził , że jest poszukiwany przez Nadię i że z tego powodu zatrzymał go żołnierz. Wobec niemożności dogadania się – dostał potężnego kopniaka  od sołdata , który odwrócił się na pięcie i  odszedł. Płaczący z bólu Konrad   przysiadł na stojącej w pobliżu ławce .   Zainteresował się nim  rosyjski oficer. Zapytał – co robisz tutaj o tak późnej porze? Zorientował się, że chłopiec nie rozumie, więc wziął go za rękę i zaprowadził do ratusza , gdzie mieścił się sztab rosyjskich wojsk. Zdziwiony niecodziennym widokiem wartownik -salutuje oficerowi ,prowadzącemu za rękę zapłakanego chłopca- do Sztabu Dywizji. Tam wokół stołu przy którym posadzono Konrada zbiera się  grupa oficerów  zaciekawionych pobytem 11 latka w sztabie. Niestety próby porozumienia z chłopcem spełzły na niczym. Jeden z oficerów wpadł na pomysł , aby zawołać  sierżanta  Pawła Siemaszkę -którego rodzice są Polakami .Po jego przyjściu -rozmowy ruszyły z kopyta.                                                                                                                                                                                 -Jak się nazywasz – bo ja Paweł i pochodzę z Lwowa, a ty?                                                                               -Konrad Lewandowski -mieszkam w Jeżewie koło Świecia !                                                                           -Jak się tu znalazłeś?                                                                                                                                                      Tu Konrad  zaczął snuć swoją opowieść o przygodzie , która go spotkała po wyjściu ze schronu. Paweł tłumacząc to na rosyjski-  wzbudził wielkie zainteresowanie siedzących przy stole oficerów.                                                                                                                                                                                 -Pytają się ciebie , czy znasz się na mapie.                                                                                                               -Tak-w niemieckiej szkole mnie tego uczyli.                                                                                                           Pułkownik  zadecydował : Przynieście chłopcu mapę.Po chwili mapę  Polski rozłożono na stole, niestety mapa była w języku rosyjskim ,którego Konrad nie znał. Przynieście  mapy niemieckie- rozkazał  szef sztabu . Konrad bez problemu  rozpoznał [Schwetz]   Świecie ,  a obok [Jeschau ] Jeżewo . – Z  Heiderode  [Czerska] do tego  Jeżewa  jest około 100 km – powiedział Paweł . Pułkownik – sierżantowi rozkazał doprowadzić chłopca do kolumny kilkunastu czołgów udających się jutro na front i powierzyć go dowódcy czołgu .                                                                        -Teraz nakarmcie  jego i przygotujcie jakieś spanie.                                                                                           -Tak jest!                                                                                                                                                                       Wszystko  to Paweł przetłumaczył -mówiąc ,że jutro przyjdzie po niego . Tymczasem  w jednej z przewróconych  szaf zrobił mu barłóg -wymoszczony kufajkami , które miały zastąpić jemu materac i kołdrę.  Natłok myśli i trauma , której doświadczył nie pozwoliły mu zasnąć.                    O godzinie  4 lub 5 rano [ jeszcze po ciemku] Paweł poprowadził  11 latka na przedmieścia  Czerska,  gdzie stała kolumna kilkunastu czołgów T-34. Podchodząc do ostatniego w kolumnie przekazał  rozkaz pułkownika – d-cy czołgu wraz z naszym małym bohaterem.   D-ca  wziął chłopca do środka czołgu , jednak po 2 godzinnej jeździe widząc zły stan fizyczny chłopca wysadził go na pancerz czołgu . Przed wyjściem obdarował go jakimś starym porwanym kożuchem i usadowił pomiędzy  ”sołdatami”. Droga powrotna przez pola ,lasy,dukty leśne,drogi polne zajęła im kilka godzin. W pewnym momencie  mijany krajobraz  wydawać się zaczął jakby znajomy, pewność uzyskał , kiedy w oddali dostrzegł wieże ewangelickiego kościoła w Jeżewie. Serce zabiło mu mocno, tak jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej . Radość , która go rozpierała nie pozwoliła na jakieś przemyślenia . Skok z pędzącego  czołgu -krzyki żołnierzy -trzy kozły i szczęśliwe lądowanie w zaspie śnieżnej.   Łkanie przechodzące  w głęboki szloch  i łzy szczęścia zalewające oczy . To wszystko sprawiło , że poddał się tej fali radości , która go niesie i niesie .Wstaje i zaczyna swój bieg- to bieg ku wymarzonej wolności.        -Maładiec malczik ! Zuch chłopak -krzyczą żołnierze widząc biegnącego. Zdyszany długim biegiem wpadł pomiędzy opłotki pierwszych chałup i zamarł z przerażenia . Dom w którym mieszkał spłonął całkowicie ! Pierwsze kroki skierował do zaprzyjaźnionej  rodziny Doleskich .  Ojciec był woźnym w szkole.Tam wylądował w ramionach -zapłakanej , ale jakże szczęśliwej matki. Tak  zakończyła się traumatyczna przygoda  11 latka . Do chwili obecnej pozostaje pytanie. Pytanie bez odpowiedzi-dlaczego Nadia to zrobiła?

……O Podrzynaniu Gardła

0

Zanim  przejdę do tematu tej niesamowitej historii – muszę rozpatrzyć pewien problem natury etycznej i moralnej. Pytanie brzmi – czy kradzież  złodziejowi  jest kradzieżą?? Odpowiedz na tak postawione  pytanie  jest z pewnością  niejednoznaczna. Analizując jeszcze bliżej tę sytuację zetkniemy się z problemem moralności Kalego : „Jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę to bardzo źle”. Nie kończąc tematu moralności – przejdę do historii , która  zdarzyła się w czerwcu  1946 roku w Ustce.  Miasto liczyło wtedy 3000 mieszkańców w tym 570 Niemców – na ogół  ludzi   starszych , którzy ze względu  na swój wiek i zdrowie nie nadawali się do służby nawet w volkssturmie . Rosyjska okupacja była oczywista – robili co chcieli. Pierwszą poważną rzeczą , której dokonali w Ustce , była kradzież torów kolejowych relacji  Rowy – Sławno , które po demontażu wywieziono do ZSRR. Pozostały tylko nasypy , na których  częściowo przebiega szlak rowerowy   tzw. ” szlak zwiniętych torów”. Równocześnie  wywożono różnego rodzaju maszyny,urządzenia fabryk ,meble, traktory, sprzęt  rolniczy – jak również trzodę chlewną. W czerwcu na łąki-pomiędzy Ustką a Przewłoką [ gdzie dziś buduje się osiedle domków jednorodzinnych ] przypędzono duże stado   „trafiejnych” krów celem wywózki do „Sajuza”. Przepędzanie krów  na wymienione łąki obserwowało wiele mieszkańców Ustki, ale szczególne zainteresowali się nim dwaj nasi bohaterowie -Marian  Zgardziński  i Jerzy Ziarkowski .-Marian popatrz  , tylko dwu ruskich  pilnuje takiego dużego stada .Choć pogadamy z nimi może uda się odkupić od nich jakąś  tłustą krowę, to na mięsie sporo zarobimy.
-Słuszaj drug ,kak ciebia zwód.
-Mienia Aleksandr.
-Aleksandr nie chociełby ty nam prodać adnu korowu.
-Nu szto wy. Nasz oficier eto czełowiek oczeń sieroźny. Ja nie magu wam prodać. Idzicie, idzicie.
Wobec tak niefortunnie zakończonych negocjacji ,sprawa zarobienia niezłych pieniędzy oddaliła się, wtedy Jurek niespodzianie wyszedł z propozycją nie do odrzucenia.
-Marian , a jak byśmy im jedną krowę podpiepszyli z tego stada ,to ruskie się nie doliczą – zobacz ile tu ich jest.
-Jak się nie doliczą? Widzisz ,że na łbie każdej krowy olejną niebieską farbą wypisany jest kolejny numer.
-Jak jednego numeru nie zobaczą to pomyślą , że się pomylili w liczeniu.
-Niegłupi pomysł -może ty masz rację, ale trzeba to zrobić wieczorem, gdyż w czasie dnia zbyt wiele ludzi kręci się po mieście i może nas ktoś przyuważyć?
-Dobra tak zrobimy.
Po dobrym rozpoznaniu terenu zaczęli realizować swój plan. Rosjanie stado krów na noc , trzymali w prowizorycznej zagrodzie z kolczastego drutu, a sami biwakowali na jej skraju.Do przecięcia drutu wystarczyły dobrze zaostrzone obcęgi.Czynności tej dokonali w trakcie robienia przez Rosjan kolacji w namiocie.Przecięty drut nie udało się naprawić ze względu na mocne jego naciągnięcie.Krasulę wybrali okazałą – wagi około 500 kg. Po zmroku przyprowadzili ją do Zakładu Masarskiego usytuowanego przy dzisiejszej ul. Sprzymierzeńców. Szef zakładu i rzeźnik Czarnkowski , którego dobrze znali powiedział:
-Marian ja dziś uboju tej krowy nie mogę dokonać bo popatrz jak jest ciemno.Muszę też zawołać pomocnika a on mieszka na drugim krańcu Ustki. Zrobimy to jutro przyjdźcie rano to pomożecie.Dobra?
-O.K przyjdziemy może być koło dziewiątej.
-Fajnie to jesteśmy umówieni.Cześć.
Rankiem następnego dnia ,dwaj przyjaciele w drodze do ubojni spotykają jadącego na rowerze kolegę.
-Serwus Jurek-dziś rano ruskie szukali po całej wsi krowy, którą ktoś im podprowadził z zagrody na łące.Byli i u mnie w gospodarstwie, jakieś pół godziny temu i z ich rozmowy zorientowałem się , że po przeszukaniu zagród w Przewłoce udadzą się do ubojni w Ustce , bo tam złodzieje też mogli ją przyprowadzić. Wiadomość ta sparaliżowała ich na kilka sekund,ale nie dali tego po sobie poznać.Szybko pożegnali się z kolegą przyspieszając kroku , a potem zaczęli biec.Zdyszani wpadli do ubojni, gdzie Czarnkowski z pomocnikiem już przygotowywali się do uboju.
-Panie Czarnkowski ,panie Czarnkowski-ruskie szukają tej krowy i niedługo mogą tu przyjść.Trzeba ją gdzieś na razie schować -powiedział rozdygotanym głosem Jurek.
-Uspokój się ,co się stało stało, skąd macie taką wiadomość?
Marian opowiedział jemu całą historię usłyszaną przed chwilą.
-Faktycznie sprawa wygląda groźnie ,nie ma co ukrywać , ale gdzie tu ukryć zwierzę -przecież to nie szpilka!
Blady strach padł na wszystkich jak zaczęli mówić , że w tą sprawę może wmieszać się N.K.W.D.
-Może na strychu w stojącej nieopodal parterowej chałupie Czarnkowskiego co?
-Pomysł nie głupi-ruskim do głowy nie przyjdzie tam szukać krowy. Tylko jest jeden problem jak tak dużą krowę wciągnąć po stromych schodach na strych?
-Dwóch musi ją ciągnąć za obrożę na szyi , a dwóch popychać jej zad.Innego wyjścia nie ma.
Łatwo powiedzieć , gorzej zrealizować-szczególnie ,że pośpiech w tym przypadku był szczególnie wskazany. Krowa z przywiązanymi do rogów linami i obrożą na karku ciągnięta przez Czarnkowskiego i pomocnika , a zad krowy popychali Jerzy i Marian. Wobec nieuchronnie zbliżającej się kontroli ruskich i panującego napięcia nerwowego ich język też zaczął się radykalizować.
Trzy pierwsze schody grupa pokonała stosunkowo sprawnie. W ich połowie zaczęły się kłopoty i komplikacje .Ciągnięta za szuję i rogi krowa z wywalonym ozorem i wybałuszonymi oczyma , nie wytrzymała zafundowanego jej stresu .Z głębi trzewi zwierzę wydało głośne pierdnięcie , a potem strugą krowiego łajna obfajdała „straż tylną”.
-Kurwa mać, ale nas urządziła !!!
-Marian trzymaj mocno bo jak puścisz ,to te spadające cielsko nas zabije!!!
-Zachciało się nam pier……wołowiny!!
-Jeszcze tylko kilka schodów-krzyczał Czarnowski.Damy radę !
Dobrnęli do końca schodów i sapiąc z ogromnego wysiłku powoli zaczęli dochodzić do siebie. Widok Jerzego i Mariana był straszny i śmieszny .Obsrane krowim łajnem twarze,włosy,ubrania stwarzało z nich postacie upiorne i wręcz monstrualnie odrażające.    Wszechogarniający smród ,był nie do zniesienia i przyprawiał o mdłości.Jedyną rzeczą względnie czystą ,były ich plecy.
-Idźcie na dół do domu -zmyć z siebie to gówno, my sobie z pomocnikiem jakoś poradzimy.
Po ich zejściu na dół , krowa również doszła do siebie dając znak nieustającym głośnym ryczeniem.
-Musimy ją tu zabić -bo cała nasza robota pójdzie na marne. Jak ruskie tu przyjdą to ją usłyszą! Leć tylko migiem ,po ten długi ostry nóż i przynieś balię na posokę.Pomocnik skoczył do ubojni.Czarnkowski w tym czasie przymocował krowę linką do belki podpierającej dach. Po powrocie pomocnika rozpoczęli jej ubój. Z wprawą zawodowca -ostrym jak brzytwa nożem poderżnął krowie gardło,z którego chlusnęła struga krwi do podstawionej balii. Krowa gwałtownym szarpnięciem zerwała [słabo w pośpiechu] umocowaną linkę i zaczął się taniec śmierci! Rzucająca się zaczęła demolować strych ,uszkadzając więźbę dachową i zwalając w kilku miejscach dachówki.Chlustająca z tętnicy szyjnej krew zbryzgała nie tylko cały strych , ale również uczestników uboju.Po wykrwawieniu krowa padła, a jej oprawcy zaczęli ucinać łeb z numerem , aby całkowicie uniemożliwić jej identyfikacje.Po wykonaniu tych czynności schodzili ze strychu w kolejności jako pierwszy pomocnik z krowim łbem , który miał za zadanie zakopać go w ogródku, drugi Czarnkowski zlany krwią zabitej krasuli.Przy schodach stała jego małżonka ,która zobaczywszy go w takim stanie ,o mało nie straciła przytomności. Sądząc ,że szalejąca krowa poraniła jej męża. Nie było zbyt wiele czasu na rozmyślania. Boss zrzucił przesiąknięte krwią ubranie obmył twarz i przebrał się w czystą odzież. W niedługim czasie do ubojni wkroczyła ruska ekipa dochodzeniowa.Po rozmowach z Bossem i bezskutecznym przeszukaniu pomieszczeń wyszli klnąc i złorzecząc.
Całemu zdarzeniu – zza gęstych firan przyglądali się [siedząc w gatkach i podkoszulkach] dwaj nasi uszczęśliwieni ,obrotem sprawy  bohaterowie Marian i Jerzy.

Wyprawa na grzybobranie.

0
  1. Ten wrześniowy dzień , zapadł mnie głęboko w pamięci  z dwu powodów , ale nie wyprzedzajmy czasu. Wstałem około dziewiątej -zaliczając spacer z pieskiem , potem zjadłem śniadanko i około dziesiątej zbieram się do wyjazdu. Po zapakowaniu roweru i kosza do bagażnika samochodu , jadę do miejscowości  Zimowiska i zatrzymuję się przy głównym dukcie prowadzącym w głąb lasu . Wyciągam pomału rower-mocuję drucikiem     [ do bagażnika ] wiklinowy koszyk i jadę.                                                       -Dzień dobry -pozdrawia mnie wyprzedzający mnie rowerzysta.                                                   – Dzień dobry -odpowiadam , ale się – śpieszy myśli pewnie , że więcej grzybów nazbiera jak  szybciej będzie na swoim miejscu! W tym momencie słyszę głośny trzask i głuche uderzenie w  ziemię . Podjeżdżam bliżej i widzę leżącego  na drodze  rowerzystę , który mnie  [przed chwilą ]  wyprzedzał!  Przestraszony- zatrzymuję się . Próbuję nawiązać kontakt z leżącym , ale bez  rezultatu. Podbiega do mnie mijany zbieracz  i razem podejmujemy decyzję o zawiadomieniu pogotowia ratunkowego. Po dłuższej chwili leżący- zaczyna dawać oznaki życia , a my dzwonimy  na numer 112 . Rower w fatalnym  stanie lampa rozbita , kierownica pogięta , wiaderko  plastikowe [na grzyby] rozbite  na kawałki. Poszkodowany jęcząc – prawą ręką zaczyna  obmacywać ramię -O Jezu , o Jezu  mam chyba złamany obojczyk ! Pomagam mu wstać na nogi i  delikatnie otrzepuję z kawałków szlaki  którą utwardzona jest droga. Równocześnie  wyjmuje  [powbijane w głowę] kawałki żużla , które w kilku miejscach poprzebijały jemu skórę- z której sączy się krew . Tymczasem kolega dodzwonił się do pogotowia:                                                                                                                 – Jak się pan nazywa?                                                                                                                              -Kozub -odpowiedział  tak cichym głosem, że ten nie zrozumiał i mówi :                                    - Kożuch !                                                                                                                                                    -Kozub  [powtarzam głośno] -mieszka  na ulicy  Wczasowej w Ustce.Tłumaczymy  dyspozytorce , że stoimy na leśnej drodze jakieś 1,5 km od szosy . -Panie kolego zostań pan z poszkodowanym ,a ja pojadę rowerem po samochód i dowiozę go do szosy , a tam niech czeka karetka pogotowia – przekaż  pan to dyspozytorce .                                                              -Dobrze -przekaże jej to co pan powiedział.                                                                                        -Jadę  rowerem po samochód [tam zostawiam go pod drzewem] i samochodem jadę po rannego . Tam przy pomocy kolegi – usadawiam go  na siedzeniu  i jadę  do karetki. Po drodze widzę jadący z naprzeciwka  samochód- ranny informuje mnie , że to auto  jego syna -zatrzymuję  się . Ranny wysiada i przy pomocy syna ściąga z siebie kurtkę i bluzę  [przygotowując się  do prześwietlenia i badań] . Rozebrany , tylko w podkoszulce – wsiada do samochodu, a syn jedzie w głąb lasu , aby zabrać uszkodzony rower . Podjeżdżam do  do stojącej  karetki -przekazując pasażera w ręce lekarza. Parkuję auto -biorę rower i pedałuję  , mając nadzieje ,że tym razem nic nadzwyczajnego się nie wydarzy.  Po przejechaniu 4-5 kilometrów  zatrzymuję się w znanej  części lasu bukowego , przypinam rower kłódką do cienkiego drzewka, a sam idę penetrować znajome miejsca , gdzie w ubiegłym roku zbierałem prawdziwki.Zaskoczenie zupełne, ktoś był szybszy i znajduje tylko ścięte korzonki borowików. Zaczynam tracić wiarę  widząc  to , że ktoś był przede mną – trudno idę dalej może nie wszystkie wyzbierał? Wchodzę w niewielki zagajnik bukowy -sąsiadujący z uprawami leśnymi [ogrodzonymi wysokim płotem] .Idę  wzdłuż płotu i nagle staję jak wryty! Przecieram okulary , czy to nie miraż , ale nie przede mną  stoi prawdziwek  tak duży , że w życiu takiego nie widziałem! Stawiam  kosz przy okazie i wyjmuję telefon komórkowy, aby uwiecznić takie znalezisko . Nie ukrywam , że jako  zapalony grzybiarz lubię się pochwalić osiągnięciami , ale to przecież nic złego.Po zrobieniu kilku zdjęć, wykręcam trzon z ziemi  i tu zaczyna się problem  -jak takiego olbrzyma zmieścić w koszu. Nie ma wyjścia w koszu ląduje gruby i duży trzon  grzyba, kapelusz pozostaje poza jego obrębem. Po takim ulokowaniu borowika muszę uważać -szczególnie przy przeciskaniu się przez zarośla ,aby nie uszkodzić takiego okazu.  Po kilku krokach  , za ogrodzeniem dostrzegam jeszcze dwa dorodne prawdziwki. Wracam się do miejsca , gdzie zapobiegliwi  leśnicy zrobili prowizoryczne przejście przez płot i udaję się w miejsce rośnięcia „bliźniaków”. Znowu robię zdjęcie -zabieram prawdziwki do kosza i idę dalej. Kieruję się w stronę „mojej wyspy” , gdzie co roku znajdowałem kilka prawdziwków. Wyspa -to  30-40 cm wzniesienie na terenie wysychającego bagna w 99% porośniętego  olszyną i paprociami. Nikt tu nie chodzi -bo grzybiarze wiedzą , że w olszynie grzyb  nie rośnie. Na wyspie rośnie jeden rozłożysty buk, pod którym zazwyczaj rosną prawdziwki. Idę i szukam „wysepki” nie mogę jej znaleźć , kręcę  się w kółko – przecież tu powinna być , przedzieram się przez paprocie i widzę  samotnie rosnący buk.  Widok , który ujrzałem  przyprawił mnie o gwałtowną  palpitację serca . Na polance pod bukiem rośnie [liczę]  2,5,8,12,15  dorodnych borowików i 6 malutkich 1-2 cm. Dorodne wykręcam z miną zdobywcy -przynajmniej Mont Blanc , maluchy zostawiam  niech podrosną.Dzwonek  telefonu komórkowego  wyrywa mnie ze stanu euforii i sprowadza na ziemię .Dzwoni żona z prozaicznym pytaniem , kiedy mam zamiar wrócić do domu.Mówię jej , że za 45 minut będę w Ustce.Idę do „zaparkowanego” przy drzewie roweru  ,mocuję kosz do bagażnika i jadę do samochodu .Po drodze myślę za co mnie Stwórca obdarował takim pięknym  zbiorem -chyba nie za ten samarytański uczynek?

Wartime Love Story -cześć II

Powiadomienie o wypisie z oddziału zamkniętego , wprowadziło mnie w doskonały nastrój. Przyjąłem to również z wielką ulgą.
-Jurek i Czesław przyszedłem się z wami pożegnać – dziś wychodzę.
-Wychodzisz?
-Tak przed chwilą byłem w gabinecie lekarskim , gdzie przygotowują mnie „żółte papiery”, które uchronią mnie przed najgorszym scenariuszem , który mógłby mnie zafundować Jaruzelski ze swoją bandą!Człowieka chorego , a tym bardziej wariata nie wsadza się za kratki.
-Szczęściarz z ciebie !
-To się jeszcze okaże .Mam do was jedną prośbę – nie przerwijcie tej działalności samarytańskiej , którą tak długo ciągnęliśmy.
-Masz to u nas jak w banku.
-Zabieram klamoty i jadę do domu. W końcu się wyśpię w swoim łóżku , bez faszerowania psychotropami.
-Coś taki radosny jak wiosenny skowronek ?
-Głupie pytanie , a ty byś się nie cieszył?
Rzeczy spakowane w torbę ,a ja z uśmiechem na twarzy żegnam się z lekarzem dyżurnym i pielęgniarkami.Jadę szczęśliwy do domu.Na progu domu wita mnie siostra Hanka.
-Nawet specjalnie nie schudłeś, na tym szpitalnym wikcie.
-Wiesz jedzenie było kiepskie to fakt,ale brak ruchu powodował , że człowiek nie tracił kalorii stąd taki stan rzeczy.
-Opowiedz jak tam było? Umieram z ciekawości.
To długie opowiadanie siostro o tym co czułem i przeżywałem, o traumie związanej z pobytem wśród ludzi popularnie zwanych świrami,czubkami,wariatami. Na prawdziwą opowieść siostro musisz poczekać .Daj mnie trochę czasu , abym mógł to wszystko ogarnąć.
Rankiem dnia następnego jadę do Słupska i melduję się u kierowniczki Oddziału Nerwic psycholog Krystyny M. Po dopełnieniu stosownych formalności zostaję przyjęty i wprowadzony na salę zajęć terapeutycznych . Przedstawiam się grupie liczącej kilkanaście osób kobiet i mężczyzn.Pierwszą osobą , z którą nawiązałem bliższy kontakt psychiczny ,był mój imiennik Andrzej Miodek. Podobieństwo imion i charakterów sprawiło , że staliśmy się nierozłączni jak bracia syjamscy [bardziej męscy niźli damscy].
Andrzej -wysoki ,przystojny,elokwentny – typ pożeracza damskich serc. No moje odbicie w lustrze -w młodszym wieku i lepszym wydaniu. Odtąd nieodłączny towarzysz -rozumieliśmy się bez słów no taki „brat łata”.Po kilku dniach pobytu, któregoś dnia poznaję Gosię-szczerze wzruszył mnie jej życiorys – do tego stopnia,że postanowiłem jej to powiedzieć.
Kilkuminutowa rozmowa wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie -ciepła , wrażliwa,odpowiedzialna ,ładna to tylko niektóre z jej zalet . Życie też ją nieźle pokiereszowało – dwa nieudane małżeństwa odbiły się w sposób nieodwracalny na jej postrzeganiu świata , a szczególnie jej męskich przedstawicieli. Pomimo wszystko – sprawiała jak najlepsze wrażenie na tle innych kobiet .Zaczynam zabiegać o jej względy , przynosząc codziennie z przydomowego ogródka bukieciki kwiatów.Wręczam jej w obecności grupy -to prawie publiczna oznaka sympatii [z mojej strony].Któregoś dnia wraz z wiązanką padają słowa , które są jak nieformalne oświadczyny: Gosia- Ty będziesz moją żoną.
Osłupienie [wobec tak postawionej kwestii ]sprawiło ,że wypowiedziane słowa nie trafiły do niej zupełnie.
-Ty jesteś …. chyba kompletny wariat!Nie zamierzam układać sobie życia. Mam smutne doświadczenie w kontaktach z mężczyznami- niech to dotrze do ciebie!  Zbyszek  chłop na schwał  [ mający w grupie ksywę Fred]  jest na  Oddziale Nerwic z powodu nadużywania alkoholu i problemów z żoną.Właściwie to jego żona ma problemy z nim. Postać sympatyczna- choć podpadł mnie nieźle , adorując Gosię. Jestem po prostu zazdrosny. Podczas ćwiczeń relaksujących leżą obok siebie, a to mnie wkurza .Proponuje Małgosi zmianę miejsca -ta się nie zgadza.  Kolejny Zbyszek  z Lęborka to postać nietuzinkowa – problemy z alkoholem przywiodły go tutaj. Każdy z nas, ma w trakcie pobytu opowiedzieć swój życiorys. Przyszła kolej na naszego  ”Sabałę”. Żadne słowa nie oddadzą atmosfery , jaka zapanowała podczas  jego mentorskiej  mowy! Życiorys opowiadany z taką swadą i humorem , wzbudzał u wszystkich salwy śmiechu.  Śmialiśmy się  wszyscy – włącznie z prowadzącymi  zajęcia terapeutkami. Jąkanie się prowadzącego – jeszcze ten śmiech potęgowało.Wielka szkoda , że nikt  nie pomyślał o nagraniu tej  ”przemowy” byłby to bez jakichkolwiek wątpliwości  hit kabaretowy. To było niesamowite przeżycie -nigdy w życiu tak się nie uśmiałem. Na pytanie  z czego? Do dziś nie potrafię  odpowiedzieć na tak proste pytanie. Zapamiętałem jedną kwestię z jego życiorysu  -opowiadanie o jego pracy na budowie pod nadzorem majstra Karola-Fryderyka Szatanika.                                                                                                                                                                              -To był prawdziwy Szatan, który po zejściu na ziemię i odrzucenia ogona przyjął imiona swych popleczników -Marksa i Engelsa. Nieustający zaraźliwy śmiech , przechodzący chwilami  w ryk -wydobywający się z kilkunastu gardeł słuchaczy , skończył się wraz z  zakończeniem  życiorysu Zbyszka .  Przyszedł czas na  scharakteryzowanie postaci  mojego ulubieńca i imiennika Andrzeja M. , który znalazł się na Oddziale Nerwic z  powodu zaburzeń emocjonalnych – to oficjalna diagnoza lekarska. Nieoficjalnie  Andrzej był erotomanem , który nie był w stanie przepuścić  żadnej spódniczce . Stąd problemy jego pożycia z żoną. Krew nie woda i jak się daje to się kraje – to jego  codzienne powiedzonka . W stosunkowo , krótkim okresie  [3 tygodnie] znajomości przeleciał 4 babki. Nie miał żadnych zasad i skrupułów w tej materii. Będąc w Lęborku u w/w Zbyszka  - próbował przelecieć jego żonę! Romans z Ewą – spowodował znaczne zawirowanie w jego małżeństwie . Tym razem cała grupa solidarnie stanęła po stronie jego żony -łącznie ze mną. Cel oczywisty- ratowanie jego związku -szczególnie , że Andrzej miał przesympatyczną córeczkę. Adoracja Gosi trwa w najlepsze-dowiaduję się , że 10 czerwca  obchodzi imieniny . To przecież za kilkanaście dni . Na prezent  kupuję skórkowe letnie rękawiczki  i tradycyjną wiązankę. Imieniny były huczne, było nas 6 osób – Bożena siostra Gosi, Leszek -jej  mąż, Danka R. -jej koleżanka, Ja i Julita córka Gosi. Smaczne ciasta, przystawki , winko,ciekawe rozmowy- wszystko to złożyło się na przemiłą atmosferę , która zapanowała przy stole .W późnych godzinach wieczornych – goście zaczęli rozchodzić się do domu , a ja zostałem  znajdując u Gosi swój drugi dom i tak trwam przy niej już przez 33  dobre lata!!

 

 

In Memory of

1

Wstyd się przyznać, ale o Twojej śmierci dowiedziałem  się 15 listopada w okolicznościach nieco dziwnych. Otóż w dzienniku TV dowiedziałem się , że  polski statek  na  Atlantyku uratował dryfującego na przewróconym jachcie żeglarza. Coś mnie tknęło, aby dowiedzieć się  więcej , o Twojej wyprawie przepłynięcia samotnie Atlantyku – na remontowanym jachcie Holly II. Wpisałem w wyszukiwarkę Google Twoje imię i nazwisko i doznałem szoku !!!.  Żeglarz Edward Zając utonął w wodach Bałtyku w okolicach  Półwyspu Helskiego. Siedziałem  przez chwilę jak  sparaliżowany – wpatrując się bezmyślnie w ekran monitora. Nie  to niemożliwe -różne myśli przebiegały mnie przez głowę? Edek to nie możliwe – ty Tak nie mogłeś skończyć!!! W końcu czerwca  będąc u Ciebie w domu z uwagą i zaciekawieniem słuchałem Twoich planów o samotnej wyprawie przez Atlantyk, znalezieniu sponsora wyprawy, oraz przebiegu prac remontowych Holly II jak również o najniebezpieczniejszych chwilach w Twoim życiu. Opowiadałeś  jak po dwudniowym sztormie [ fizycznie wyczerpany ]  zasnąłeś  za sterami  i o mały włos nie zostałeś  rozjechany przez znajdujący się na kontrkursie transatlantyk.  O tym,  jak  w nocy , pod Gotlandią wylądowałeś  jachtem Holly I  na nieoznaczonej mieliźnie  i dramatycznej sytuacji  zejścia z niej. Podziwiałem Twoją odwagę  nie tylko samotnego wilka morskiego, ale człowieka  dzielnie zmagającego się z przeciwnościami życia. Nigdy nie usłyszałem  z Twoich ust skargi na to co przynosił Ci los , a życie Cię nie hołubiło, rzucając pod nogi kolejne kłody. Pamiętam Twoje powiedzenie  cytuję:  Życie trzeba brać takie jakie jest, bo nikt nie da nam lepszego. W  latach  8O razem z nami  organizowałeś  ”Solidarność” w Ustce ,  dokumentowałeś rodzące się przemiany społeczne , często za własne pieniądze. Szczery , otwarty, lojalny, czasami bezkompromisowy. Byłeś redaktorem ” Ziemi Usteckiej” chłoszczącej  bezlitośnie przeciwników burmistrza Graczyka.  Po jego odejściu – poddano Cię  głębokiej krytyce ze strony jego przeciwników politycznych .    Śmierć małżonki w 2009 roku [ z którą przeżyłeś wiele lat] nie złamała Twojego  hardego ducha.  Pozbierałeś się w sobie – oddając się jeszcze bardziej drugiej  swojej   miłości – żeglarstwu. Po latach samotniczego życia – znalazłeś oparcie w przyjaciółce  Jadwidze Kapłan z którą związałeś swój los. Przyszedł czas na ten ostatni rejs lipcowy , w którym oprócz Jadwigi  na pokładzie znalazł się  jej 12 letni niepełnosprawny wnuk. Nikt już nie dojdzie prawdy – o tym jak to się stało , że Edek znalazł się za burtą jachtu. Można domniemywać  [z dużą dozą prawdopodobieństwa], że po zjedzonym w kambuzie obiedzie – Jadwiga zajęła się zmywaniem naczyń, a Ty wraz  z chłopcem wyszedłeś na pokład celem zrefowania żagli. Chłopca posadziłeś za sterem , a sam wszedłeś na kokpit jachtu. W tym czasie nagły szkwał zmienił kierunek wiatru, który wydął żagiel w drugą stronę zwalając Cię z nóg i wyrzucając za burtę. Po drodze prawdopodobnie uderzyłeś w reling , co spowodowało chwilową utratę świadomości. Krzyk 12 latka  zaalarmował Jadwigę , która wybiegła z kambuza na pokład . Oślepiona blaskiem słońca bez okularów [chora na jaskrę] cofnęła się pod pokład, a to kolejne sekundy oddalania się jachtu od miejsca wypadku. Zwrot którego dokonała – rzucenie koła ratunkowego i strzelanie rac nic już nie mogły pomóc. Kontakt telefoniczny z ratownikami i akcja ratunkowa helikoptera nie dała żadnych rezultatów, bo uderzenie w reling [krwiak na czole w okolicach nosa] spowodowały nagłą utratę świadomości i natychmiastowe utonięcie. Żegnaj żeglarzu !!!. Nic Ci już nie potrzeba . Więc przyjmij ode mnie tę modlitwę , będącą parafrazą słów Bułata Okudżawy:

Dopóki ziemia kręci się , dopóki jest tak czy siak,  Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w  życiu brak: Mędrcowi darować głowę racz, żeglarzom łodzi swej .Sypnij grosza szczęściarzom i mnie w opiece  swej mniej .

 

Panie Zielonooki , Boże ,Ojcze Nasz , daj mu to co tak ukochał , żyjąc tu pośród nas. Daj mu wspaniałych rejsów moc , pośród niebiańskich fal , by żyć mógł w  naszej pamięci  i nie zapomnij o   nas.

Andrzej Urban

List otwarty do przyjaciela

0

Motto:
Mądrość nie polega na sprycie , ale na umiejętności
obstawania przy prawdach oczywistych.Ten przetrwa
kto wybrał świadczenie prawdom oczywistym .
Kto wybrał chwilową iluzję , aby na niej zarobić
ten przeminie wraz z iluzją.

Ks. J Tischner

Drogi Andrzeju
Pożyczyłem od Ciebie książkę o jakże fascynującym tytule „Zenon Lewand legenda Korabia „.Książka wydana na eleganckim papierze kredowym zawiera 40 stron – formatu nieco większego niż A-4.Właściwie to książka ta zawiera tylko 20 stron zapełnione tekstem ,lub fotografiami,gdyż każda kartka zadrukowana jest tylko po jednej stronie.
Nie dopatrzyłem się też wydawcy ,ani ceny -stąd nasuwa się wniosek , że książka jest bezcenna.
Na stronie tytułowej jest dedykacja cytuję: Panu Andrzejowi Żabińskiemu współautorowi sukcesów zawodowych Taty serdeczne podziękowania- Jolanta Lewand -Paprocka Słupsk 06.2013r.
Przeczytałem tę książkę z ciekawości, gdyż nie każdemu będzie to dane i nie mogę powstrzymać się od jej skomentowania.Parafrazując słowa piosenki Jerzego Sthura cytuję : Pisać każdy może-trochę lepiej lub trochę gorzej,ale nie o to chodzi jak to komuś wychodzi.Właśnie nie o to chodzi, a więc o co? Zapytałby ktoś postronny. Każdy medal ma dwie strony- córka we wstępie przedstawiła tę jedną stronę. Wspaniałego ojca ,czułego,wrażliwego,opiekuńczego,etycznego et cetera. Ja to wszystko rozumiem i wierzę ,że jest to prawda oczywista-taki był wobec własnej rodziny.Jest jednak druga strona medalu [dla niej być może nieznana], która nie jest już tak jednoznacznie laurkowa, ani tak jednoznacznie świetlana.Książka -laurka pisana przez znaną skądinąd dziennikarkę”Głosu Pomorza”Leokadię Lubieniecką w stylu PRL-owskie agitki.Skupiająca się głównie na rozpamiętywaniu pokładów dobroci dyr.Z.Lewanda-pseudonim „Tata”,dla pracowników i ich żon, oraz nad jego odznaczeniami,orderami i medalami za osiągnięcia produkcyjne i nie tylko.
Wszystko to „prawda” – tylko na usta ciśnie się pytanie -jaka prawda? Przytoczę tu słowa księdza Tischnera, który przybliża nam etymologię słowa prawda.Góralska teoria poznania mówi nam, że są trzy prawdy. Świnta prawda ,tyż prawda i gówno prawda!. Osobiście skłaniałbym się do tego ,że to co napisała nam zacna pani redaktor-zaliczyłbym do tej trzeciej prawdy, gdyż tylko ona oddaje w sposób nie budzący potrzeby większych wyjaśnień sens treści książki -laurki. Pożyczając w/w książkę sam mnie Andrzeju tłumaczyłeś mechanizmy wykonywania planów produkcyjnych osiągnięć.Dla niewtajemniczonych w arkana komunistycznej ekonomii młodych ludzi-podam prosty przykład mechanizmu przekraczania założonych planów.Najpierw zaniżało się możliwości produkcyjne firmy , a potem się je przekraczało-ot i cała tajemnica sukcesu.Proste jak drut, a potem dzięki swoim koneksjom,układom i znajomościom -przekształcało się to w czyn produkcyjny [poświęcającej się dla dobra sprawy] załogi i po pewnym czasie wypinano pierś w celach wiadomych.
Pozwolę sobie zacytować opinię następcy dyr. Z.Lewanda -K.Bussa : Mądry,spokojny,łagodny,zdecydowany,przedsiębiorczy ,dobry dla ludzi.Był bardzo ceniony przez pracowników i przez władze.Miał duże znajomości ,więc potrafił załatwić wiele spraw od ręki.Krzysztof Buss kierował Korabiem do 1991r. Potem zaczął się powolny upadek przedsiębiorstwa,aż do jego prywatyzacji i w konsekwencji likwidacji.Pozwoliłbym tu sobie nie zgodzić się z K.Bussem bo według mnie upadek zaczął się za jego rządów.
Nieładnie oj nieładnie zwalać winę upadku firmy tylko na swych następców nie biorąc za to na siebie żadnej odpowiedzialności. Rzekłbym nawet ,że to bardzo ryzykowna wypowiedź bo żyją jeszcze ludzie ,którzy to dobrze pamiętają.Mimo moich 73 lat mam jeszcze niezłą pamięć i dobrze pamiętam rozmowę przeprowadzoną na przełomie 89 i90 roku w twoim gabinecie „przyjacielu”cytuję:
-Krzysiu nie bierzmy tego kutra rufowca z Usteckiej Stoczni , którego cena w tej galopującej inflacji wzrosła do 3,5 mln złotych ,bo może się to dla nas marnie skończyć .
-Czy ty zdajesz sobie sprawę ,że w tej sytuacji będziemy musieli zapłacić kary umowne.
-Zdaję sobie sprawę, ale lepiej zapłacić karę umowną niż rozłożyć przedsiębiorstwo poprzez zadłużenie w banku.
-Jeśli nie weźmiemy kutra ze Stoczni Ustka-to stocznia upadnie.
-Tak myślisz,a czy wziąłeś pod uwagę to, że my też możemy upaść?
-Zajmij się swoimi sprawami związkowymi i nie wtrącaj się do zarządzania firmą.
Na tym zakończyła się rozmowa przewodniczącego „S” z dyr.naczelnym „Korabia”.
Paradoksem jest to ,że związkowiec bronił interesów przedsiębiorstwa przed jego
dyrektorem- paranoja….
Peany pochwalne J.Mey ,W.Woźniaka ,M.Krotoszyńskiego i C.Wiórkiewicza nie skomentuje
gdyż powielałbym tylko wypowiedź K.Bussa. Zatrzymam się na dłużej przy zwierzeniach
W.Jakubowskiego ,który powiedział coś co zasługuje na głęboką refleksję.Użył określenia , że Z.Lewand jako menadżer przerósł swój czas.Tu dam satysfakcję jego
wszystkim zwolennikom ,że stwierdzenie to jest prawdą oczywistą.Faktycznie jestem przekonany , że gdyby On żył nie doszłoby do upadku „Korabia”.Przekształciłby go w pracowniczą spółkę akcyjną z pakietem kontrolnym akcji znajdującym się w jego rękach.
Kończąc Andrzeju ten list -wybacz , że nie wpiszę się na Twoją listę zwolenników Lewanda. Na pytanie-dlaczego? Odpowiem prosto .Nie widzę w Nim tej wielkości , którą Ty widzisz.Prawda jest taka , że była to postać nietuzinkowa ale takich osób są tysiące i nikt im pomników nie stawia-chyba że na cmentarzu ,ale tam go ma i to całkowicie wystarczy .

P.S.Chętnych do bliższego zapoznania się z sylwetką Z.Lewanda zapraszam do
przeczytania opowiadania „Moja Solidarność”.

Andrzej Urban

Lato tego roku oprócz niesamowitych upałów przyniosło nam prawdziwy najazd wczasowiczów. Szczególnie miło było nam gościć Łodzian ,z którymi silnie związany jestem emocjonalnie – więzami wspólnego zamieszkiwania [w przeszłości].
Na szczególną sympatię w oczach żony, a potem i moich – zasłużyła szczupła kobieta w wieku balzakowskim o przemiłym uśmiechu i jakże ciepłej osobowości.Kobieta -która opowiedziała mnie tę historię- Kasia Grabińska {Wiśniewska}. Pochodzi z rozbitej rodziny.
Ojciec alkoholik – stworzył im w domu piekło na ziemi, którego nie wytrzymała matka Kasi- wyprowadzając się z 3 letnią wówczas córką z mieszkania przy ulicy Drukarskiej. Matka założyła drugi związek z którego pochodzi jej przyrodnia siostra Beata. Mijały lata ,a nasza Kasia z dziewczynki- przemieniła się w osobę dorosłą i wyszła za mąż.
Z tego związku przychodzi na świat córka Karolina.
Kiedy Kasia miała 26 lat – umiera jej mama. Śmierć matki przeżyła bardzo boleśnie – została sama nie utrzymując żadnych kontaktów z byłym ojcem.Jedyne wsparcie – które pozwoliło jej przetrwać te jakże trudne chwile otrzymała od męża,siostry Beaty i córki Karoliny.Ojca po prostu wymazała ze swej pamięci. W wieku 34 lat [po zrobieniu kursu] podjęła pracę sanitariuszki w Łódzkim Szpitalu im.dr.Biegańskiego.
Któregoś dnia – do pełniącej dyżur Kasi Grabińskiej przyszła jej koleżanka Małgosia – będąca pielęgniarką na oddziale wewnętrznym.
-Cześć Kasiu.Popatrz dyżur ma się ku końcowi ,a my dopiero się spotkałyśmy.
-No tak to bywa.Co za papiery przyniosłaś ze sobą?
-Karty chorobowe przyjętych pacjentów, aha mam tu chyba kartę twojego ojca bo wiek, nazwisko i imię Jan zgadzają się z wiedzą która posiadam odnośnie historii twojej rodziny.
Na dźwięk tych słów – wypowiedzianych żartobliwym tonem – Kasię sparaliżowało i przez chwilę nie mogła wydusić z siebie ani słowa.
-Znam Kasiu historię twojego życia nie bój się w razie czego damy mu zastrzyk z Pavulonu i będziesz miała go z głowy.
Kasi jednak nie było do śmiechu i żartobliwe uwagi Małgosi – przyjęła z powagą.Pisząc te słowa jednym uchem słucham radia , a tam wokalista Lombardu śpiewa „Przeżyj to sam ” – jakże te słowa pasują do historii naszej Kasi.
-Na której sali on leży ?
-Na pierwszym piętrze pod 18.
Nurtujące pytanie i natłok myśli – kłębiących się w jej głowie sprawiły, że nie mogła się powstrzymać przed próba dyskretnego odwiedzenia pokoju, w którym leży podejrzany. Adres na karcie chorobowej ul. Drukarska zgadzał się – a więc to jest On. Szok w jakim się znalazła nie pozwolił na powstrzymanie malujących się na twarzy emocji. Zauważył to obserwowany pacjent – przyglądający się uważnie młodej kobiecie . W pewnym momencie zapytał.
- Czy ty jesteś Kasia – moja córka?
- Tak proszę Pana.
Aby ukryć narastające wzruszenie – Kasia postanowiła wycofać się na korytarz .Ojciec za nią – tam pada przed nią na kolana i mówi :
_ Córciu wybacz ,wybacz mi!
Sytuację ratuje będąca w pobliżu Małgosia – podnosząc go z kolan.
-Wstań człowieku! Kasia pomóż mi go podnieść – bo On może dostać drugiego zawału!
„Sprawa Kasi”- w szpitalu była szeroko komentowana przez personel medyczny. Zdania na temat ewentualnych kontaktów -były podzielone , jak to w życiu. Dyżur Kasi miał się ku końcowi ,kiedy człowiek mieniący się jej ojcem – poprosił ją żeby następnego dnia przyszła nieco wcześniej na dyżur i przyniosła zdjęcie jego wnuczki Karoliny.W domu mąż zaobserwował niecodzienne podekscytowanie żony i po usłyszeniu historii , która się jej przytrafiła – zrozumiał jak trudną decyzję musi podjąć Kasia.
-Jeśli nie pije to należy dać mu szanse – takie jest moje zdanie.Każdy powinien mieć szanse do naprawienia błędów ,które w życiu popełnił.
To zdanie męża przeważyło szalę dywagacji nad problemem , które zgotowało jej życie.
Następnego dnia – koleżanki tak zorganizowały sobie pracę [przejmując jej obowiązki], że mogła swobodnie z nim pogadać. Rozmawiali całą noc – do białego rana. Opowiedział , że po odejściu mamy pił jeszcze parę lat , aż do dnia w którym znalazł się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Pomyślał sobie Boże – jak tu umrę to nikt nawet nie przyjdzie na mój grób. Tam podjął decyzję!!!
-Panie Boże jak wyjdę z tej choroby to rzucę palenie i picie – przysięgam!
Słowa dotrzymał – znalazł pracę w ochronie zakładu i ułożył sobie życie z nową partnerką. Tłumaczył Kasi, że po tym co zrobił jej matce – wstyd i obawa przed odrzuceniem spowodowały, że nie podjął próby pojednania z matką i córką.Potem dowiedział się od brata ,że była żona też ułożyła sobie życie z innym mężczyzną i ma z nim dziecko – córkę Beatę. Zosia – druga żona ojca bardzo polubiła cudownie odzyskaną córkę męża i ma z nią bardzo dobry kontakt. Trochę jej matkuje – jakby chciała jej wynagrodzić to zło , którego doświadczyła w młodości.Po roku – po raz pierwszy w trakcie rozmowy telefonicznej powiedziała cześć tato.Teraz po 3 latach kontaktów – spędzają razem zawsze I dzień Świąt Bożego Narodzenia , imieniny i często bywają u siebie.Karolina stała się ulubienicą dziadka. Jest normalnie – tak jak w rodzinie być powinno.

Co się stało z sierżantem Wanią?

3

Marzec 1945 roku w Ustce -po zajęciu jej bez żadnego oporu przez „krasnoarmiejców” i panicznej ucieczce większości ludności niemieckiej wydawał się miejscem wyjątkowo spokojnym. Niemcy , którzy zostali byli na łasce i niełasce zwycięzców. Nieliczni Polacy, którzy tu przywędrowali z przymusowych robót w Rzeszy- zajmowali się przywracaniem działalności portu ,rybołówstwem oraz budową nowych struktur administracyjnych. Najważniejszym budynkiem w Stolpminde nie był organizowany na ulicy Marynarki Polskiej budynek ratusza , a znajdujący się na nabrzeżu portowym , magazyn spirytusu. Całodobowa straż postawiona tam przez rosyjskiego komandira miasta świadczyła o jego nadzwyczajnej ważności. Nie dziwmy się komendantowi bo w owych czasach wartość wódki na czarnym rynku porównywalna była z wartością złota. Za wódkę można było kupić wszystko co tylko chciało się mieć ,począwszy od zegarka a skończywszy na samochodzie – oczywiście za odpowiednią jej ilość.Klucze do dwu kłódek założone na drzwiach do magazynu gorzelni i całodobowa warta – stwarzały barierę nie do przebycia, dla potencjalnych chętnych raczenia się spirytualiami, których bez przesady były setki? Życie kulturalne dowództwa rosyjskiego garnizonu składało się w większości przypadków z organizowania częstych pijatyk w towarzystwie kobiet i miejscowych notabli . Zabawa rozwijała się w jak najlepsze , stół suto zastawiony różnego rodzaju konserwami głównie z UNRR-y, oraz różnego kształtu i rozmiarów butelkami kryjącymi w sobie tą jakże cenną zawartość .Na honorowym miejscu za stołem siedział przełożony naszego majora – dowódca okręgu słupskiego pułkownik Siemaszenko w otoczeniu swoich oficerów i naszego gospodarza majora Dobrynina.Scena jako żywo przypomina fragment filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście” z Kobielą w roli głównej – goście ci sami rosyjscy oficerowie i świta tworzącej się polskiej inteligencji połączonej węzłami przyjaźni z szabrownikami i kombinatorami. Około północy, gdy zabawa rozkręciła się na całego do naszego majora podszedł jeden z jego oficerów – odpowiedzialny za udaną ucztę i na ucho mu szepnął. -Panie majorze napitek zaczyna się kończyć! -Zawołajcie mi tu sierżanta Wanię! -Tak jest ! Oficer trzasnął butami i zrobiwszy w tył zwrot dyskretnie wyszedł z sali. W niedługim czasie przy krzesełku majora zameldował się sierżant Iwan Pietrow -zwany pieszczotliwie przez majora Waniuszą. Miał do niego bezgraniczne zaufanie- dlatego zrobił go swoim adiutantem i kierowcą. Pochodzili obaj z Nowosybirska – prawdopodobnie ich rodziny też się znały ,stąd taki stopień zażyłości. -Waniusza weź samochód jedź do magazynu gorzelni i przywieź 3 kanistry spirytusu – no lepiej 4 kanistry na wszelki wypadek. Masz tu 2 klucze od kłódek. -Tak jest – zameldował sierżant i odwróciwszy się na pięcie opuścił salę. Po około 45 minutach wraca [ meldując wykonanie zadania ]- oddaje klucze majorowi. Po rozrzedzeniu w sąsiadującej z salą główną kuchni i przelaniu ich w butelki alkohol trafia na stoły,a zabawa trwa w najlepsze- do białego rana. Rankiem stoły przedstawiały przerażający widok – poprzewracane puste butelki po napitkach, porozlewane napoje chłodzące,walające się resztki jedzenia i co jakiś czas leżący na stole lub pod stołem uczestnik libacji. Sierżant Wania – prawa ręka majora Dobrynina , oprócz służby w Armii Czerwonej zajmował się jeszcze cichym handlem spirytusem.Miał on jedną z zalet człowieka biznesu – ogromne pokłady pomysłowości .Początkowo podczas częstych libacji – ulewał z przywożonych kanistrów trochę okowity dla siebie , ale doszedl do wniosku , że w ten sposób szybko się nie wzbogaci. Myślał , myślał i wymyślił jak się dostać w sposób bezpieczny do magazynowanego [ 50 tys. litrów] zbiornika spirytusu – przed którym stała całodobowa warta. Przed budynkiem gorzelni-zrobionym z czerwonej cegły pokrytej półkolistym dachem z blachy falistej stała niewysoka dobudówka z drewna ,nad którą było okienko wentylacyjne magazynu spirytusu. Stąd po jego otwarciu – po drewnianych krokwiach można było stosunkowo łatwo dostać się do zbiornika jakże cennego płynu. Nasz pomysłowy Wania regularnie 2-3 razy w tygodniu w nocy, a czasem bardzo wczesnym rankiem podjeżdżał służbowym Jeepem w pobliże gorzelni – parkując go w lesie obok. Wyprawa po „złote runo”- zaczynała się od wyjęcia 2 kanistrów – owiniętych grubym kocem, aby zapobiec ewentualnemu hałasowi – po dojściu do bocznej ściany magazynu dostawał się na daszek przybudówki po olbrzymiej pace [ z piaskiem do gaszenia pożaru].Następnie podstawiał drabinę do okienka i stamtąd do zbiornika. Droga powrotna była nieco trudniejsza , ale cóż to dla naszego pomysłowego Waniuszy? Interes kwitł w jak najlepsze gorzałka na czarnym rynku sprzedawała się znakomicie – oczywiście tylko za dobra materialne takie jak zegarki, pierścionki i inne precjoza. Okres prosperity trwał długie miesiące , ale wszystko ma swój koniec- tak i w tym wypadku „woda ognista” zaczęła się kończyć , a wraz z nią złoty interes sierżanta Wani. Początkowo tankowanie do kanistrów spirytusu nie sprawiało żadnych trudności. Zaczerpnięty wiadrem płyn wlewało się przy pomocy lejka do kanistrów – świecąc sobie latarką zawieszoną na ostatnim guziku munduru..W miarę ubywania trunku lustro płynu zaczęło obniżać się tak mocno że zaczerpnięcie wiaderkiem odpowiedniej jej ilości zaczęło sprawiać duże trudności.Jedną ręką należało trzymać się krawędzi włazu drugą – maksymalnie wyciągając -zaczerpnąć odpowiednią jej dawkę. Życie naszego majora w okupowanej Ustce – to życie jak w przysłowiowym Madrycie. Mając takie możliwości jednał sobie nie tylko życzliwość przełożonych, ale załatwiał to co chciał, w tym dodatkowe przydziały konserw mięsnych – ba miał nawet prywatnego Opla, którym po zakończeniu służby wraz z „zorganizowanymi ” dobrami mięli wrócić do Nowosybirska .Upływający czas pełen wszelakich wrażeń – został brutalnie przerwany w związku ze zniknięciem Waniuszy wraz ze służbowym Jeepem. Major niechętnie zawiadomił – swojego kolegę kapitana Rykowa ze Słupska szefa służb N.K.W.D. o zaginięciu sierżanta. Ten wszczął odpowiednie procedury śledcze i przysłał do Ustki 4 swoich najlepszych NKWDzistów. W krótkim czasie odnaleziono stojący w pobliskim lesie – samochód majora w stanie nieuszkodzonym. Dalsze poszukiwania skupiły się na przeszukaniu pokoju sierżanta i tu natrafiono na prawdziwy skarb gromadzony przez długie miesiące. W sprytnej skrytce w dnie dużej walizy – znaleziono 14 ręcznych zegarków,złote stare monety,biżuterię,pierścionki i obrączki w takiej ilości , że sama waliza bez zgromadzonych ciuchów ważyła przeszło 40kg. Po kilku dniach bezowocnych przepytywań i przeszukiwań kapitan Rykow zakończył śledztwo. Stosowny protokół zawierał oświadczenie, że przyczyny zniknięcia Iwana Pietrowa należy doszukiwać się w utonięciu po pijanemu w nieodległym kanale portowym. Major w oficjalnym liście do rodziny potwierdził zgon Wani, ale za przyczynę zgonu przyjął [ wersję bardziej strawną dla rodziny ] wypadek związany z wejściem na minę – co w owym czasie było śmiercią równie często i prawdopodobną. Na miejsce Wani nasz major wyznaczył innego kierowce , a życie wróciło do ustalonego do tej pory trybu.Gdy w potężnym zbiorniku spirytusu zaczęło prześwitywać dno, a ręczna pompa zaczęła zapychać się osadami zgromadzonymi na dnie zbiornika, kolejny adiutant-pompujący wieczorem pozostałe resztki-postanowił oświetlić jego wnętrze . Widok , który tam ujżał niejednego chłopa zwaliłby z nóg w najlepszym wypadku wprowadził w stan osłupienia i szoku. W głębi opróżnionego zbiornika twarzą do góry z wybałuszonymi oczami i szeroko rozwartymi ustami leżały zwłoki zaginionego sierżanta Iwana Pietrowa- zwanego pieszczotliwie Waniuszą. P.S.Złośliwi twierdzą , że zwłoki sierżanta Wani są lepiej zakonserwowane niż ciało Włodzimierza Ilicza Lenina i przetrwają dłużej niż mumia Ramzesa Wielkiego. Smakosze wódki wypitej znad zwłok naszego sierżanta – nazwali ją „nalewką na Wani” lub Wańkówką.

Poznaj osobiście autora blogu.

0

Czytelników zapraszam serdecznie nie tylko do czytania, ale również na wczasy u mnie w Ustce. Moja strona intern. www.klonowa19.wustce.pl

-
Wartime love story-czyli historia wojennej miłości część 1

Krakanie Jaruzelskiego-szefa W.R.O.Ny na tle polskiej flagi z białym orłem – ze smutno zwieszonym dziobem-uświadomiło mi,że ten stan ducha ,w którym znalazłem się wraz z milionami rodaków -nie zapowiada nic dobrego. Mowa tronowa w T.V. „przywódcy puczu”[według jednych-według drugich ]„zbawcy Ojczyzny”-nie napawała optymizmem?
Ble ,ble ,ble o kraju stojącym na krawędzi przepaści i inne tego typu sformułowania – nie poruszyły mnie tak mocno, jak idące za tym działania.
Następne dni pokazały , że stan wojenny to nie przelewki. Aresztowania -głównie działaczy „S”, militaryzacje -niektórych zakładów pracy [w tym mojego], kartki na żywność,papierosy ,paliwo,cenzura prasy,rozmowy kontrolowane,agresywna propaganda w umundurowanej T.V.-to tylko niektóre z niedogodności , które zafundowała nam nowa władza „szeryfa” Jaruzelskiego.
W zmilitaryzowanych zakładach -szereg idiotycznych przepisów, nocne dyżury, księgi raportów, przepustki, obchody terenów zakładu pracy-ogólna paranoja. Nad wszystkim
czuwa W.R.O.N.a- a właściwie wojskowy zarządca komisaryczny zmilitaryzowanego zakładu pracy kpt. Paweł Gnat. Ten przydługi tytuł idealnie pasuje do jego krótkiego ,a jakże wymownego nazwiska.
Andrzej -kłopoty to twoja specjalność. Usłyszałem kiedyś z ust kolegi .To stwierdzenie jak zły omen miało się niedługo urzeczywistnić.
W przedsiębiorstwie wielkie poruszenie dzień 15.03.82r. przejdzie do historii zakładu.
„Spęd” kierownictwa wydziałów, oddziałów i działów świadczy o ważnej roli -jaką do wizyty Czerwonych Bonzów z ministerstwa Gospodarki Morskiej przykłada dyrekcja i komisarz.
Komplet dyrektorów biega w tą i z powrotem jakby za chwilę, mieli wylądować w kiblu z powodu rozstroju żołądka. Oczekiwana „Świta” z min. J .Korzonkiem na czele w końcu przybywa na salony. Spotkanie otwiera Naczelny Krzysztof Buss- rozpływając się w serdecznościach związanych z powitaniem tak znakomitego gościa i takie tam ble, ble ble. Aktyw partyjny przygotowany do zadawania pytań szczerych i otwartych, a ja myślę -jakie pytanie zadać ministrowi. Strzelam z dubeltówki:
-Panie ministrze od lat pracuje w tym przedsiębiorstwie i nie mogę zrozumieć , dlaczego władza zafundowała nam militaryzację zakładu. O ile się orientuję to my tu produkujemy filety z ryb i ich przetwory, a nie czołgi , czy inny sprzęt wojskowy!W tym czasie dostałem potężnego kopniaka w kostkę od 1 sekretarz P.O.P. Wiesława Jakubowskiego,który miał mnie przywrócić do porządku. Mętne tłumaczenie ministra-nie wywarły na mnie żadnego wrażenia – w przeciwieństwie do komisarza kpt. Gnata , który już wtedy dostrzegł prawdziwe oblicze wroga klasowego.
Wziąwszy mnie na celownik ,tylko czekał na moje potknięcie i w niezbyt długim okresie czasowym doczekał się.
Któregoś dnia wraz z grupą członków Rady pracowniczej wystąpiliśmy do dyrekcji -stosownym pismem o odwieszenie Rady Pracowniczej. Pismo wywiesiłem na tablicy ogłoszeń w dziale administracyjnym.
Burza ,która się rozszalała w 12 stopniowej skali Beauforta, miała najwyższy stopień. Komisarz Gnat uznał to działanie za nielegalną działalność w czasie stanu wojennego .Konsultacje w tej sprawie były prowadzone na szczeblu generalskim .Rozpatrywano -różne koncepcje [w tym otwartą koncepcję procesu politycznego ] a na razie mnie i Jurka Czynsza wyrzucono z pracy .Dziwnym zbiegiem okoliczności tylko my dwaj byliśmy aktywnymi członkami zdelegalizowanej „Solidarności”-pozostali dwaj nie. Chciałbym czytelnikom przybliżyć nieco postać Jerzego Czynsza -szlachetnego człowieka -więźnia obozu koncentracyjnego w Stutthofie, który w niedługim czasie [po wyrzuceniu z pracy] zmarł na zawał serca.
Pamiętam jego pogrzeb, wraz z Narcyzem Goniszewskim nieśliśmy jego trumnę.
Od 32 lat -co roku w Dzień Zaduszny modlę się na Jego grobie i zapalam znicz.
Ostatnio miałem przyjemność spotkać jego małżonkę – z którą serdecznie powspominaliśmy Jurka. Pierwszy dokument informujący mnie o wyrzuceniu z pracy zawierał sformułowanie , że jestem elementem antysocjalistycznym .Drugi, który przyszedł za kilka dni nie zawierał już tych słów .Widocznie komisarz kpt. P. Gnat po kilku dniach
zreflektował się , że popełnił gafę – stąd to drugie pismo. Przecież „Władza Ludowa”nie może zwalniać z pracy swoich przeciwników politycznych ? W międzyczasie doszły mnie słuchy , że sprawa może się nie skończyć na wyrzuceniu z pracy – bo rozważana jest możliwość procesu politycznego.
W tej sytuacji inicjatywę przejął mój szwagier Ryszard L. ,który uruchomił swoje znajomości z lekarzem psychiatrii. Za 20-30 minut pod dom podjechała karetka pogotowia -odwożąc mnie do Szpitala Psychiatrycznego w Słupsku. Tam z braku wolnych łóżek położono mnie w izbie przyjęć-na stole zabiegowym i zaaplikowano mi zastrzyk. Efekt był taki że obudziłem się następnego dnia w południe ,po zjedzeniu obiadu -powtórka z rozrywki , czyli znów zastrzyk. Tak było przez kilka dni. Sądzę , że lekarze liczyli się z możliwością ewentualnej wizyty nieproszonych gości- stąd takie
ich postępowanie. Po upływie trzech dni-dostaję łóżko i zakwaterowanie w pokoju z dwoma pacjentami.
-Cześć – mam na imię Andrzej od dziś będę waszym współlokatorem.
-Jurek Z.
–Czesław W.
–To łóżko przy drzwiach będzie twoje.
–Dzięki.
–Torbę możesz położyć na szafie ,albo pod łóżkiem .
–Chyba położę pod łóżkiem -bo wygodniej będzie sięgać po jej zawartość.
Po wymianie tych kilku grzecznościowych zdań zaczęły się szczere męskie rozmowy.
–Dowiedziałem się , że jeden z nich jest dyrektorem Zjednoczenia Hutnictwa i Metalurgii-drugi bratem byłego działacza „S’ , który niechlubnie zapisał się w historii słupskiej „Solidarności”.Obaj są tu na odwyku alkoholowym. Towarzystwo
znakomite element antysocjalistyczny i dwaj alkoholicy.
Zaczynam poznawać pacjentów.
Stefek – przemierzający [tam i z powrotem ] szpitalny korytarz – snujący ni to monolog ni to modlitwę do Matki Boskiej?
–Matka Boska przyszła do mnie i mówi mi wprost – Stefek ty się musisz jeszcze uczyć ,bo te siedem klas to za mało , żeby zdobyć dobry zawód. Ja jej mówię , ależ Matko ja tę
wiedzę już posiadłem . Ja wiem prawie wszystko i nic mnie nie może zaskoczyć. Ja mogę być nawet ministrem -bo moja wiedza jest absolutna. Te i tego typu rozważania,dialogi,monologi i modlitwy słyszymy codziennie z ust uduchowionego Stefka-odbieranego bardzo pozytywnie przez pacjentów.
Drugi pacjent -to niebezpieczny oryginał- eksperymentator. Jednym z jego przewinień dla których znalazł się u czubków ,były jego zabiegi na dzieciach -polegające na okręcaniu drutem ich głów i podłączaniu do prądu . Zabiegi te w/g niego miały na celu poprawę [ poprzez elektrowstrząsy ] krążenia krwi w organizmie. Solidarna Grupa Pomocy ,którą stworzyliśmy – postanowiła zająć się sprawą okradania kurtek pacjentów i gości przybywających w odwiedziny do nas. Nasze dochodzenie doprowadziło do odkrycia złodzieja , którym okazał się nasz eksperymentator Wacek. Robił to w czasie , kiedy wszyscy pacjenci domu bez klamek spożywali obiad w stołówce.On w tym czasie przeszukiwał w [otwartych] pokojach kurtki i szafki przy łóżkach .Proste jak drut. Wpadł – kiedy zwróciliśmy uwagę na jego wieczne spóźnianie się na obiad rzędu 10-15 minut. Zasadzka udała się – złapany na gorącym uczynku nie wyrywał się i nawet się nie tłumaczył . Kradzieże ustały .Zapytany na co mu były te pieniądze -powiedział , że na kupno herbatek . Wszystko przeznacza na „czajówy”-pół paczki herbaty na szklankę wody.
W jednym z pokoi bez klamek – leżała młoda dziewczyna chora psychicznie i fizycznie. Ofiara jakiegoś wypadku. Całkowicie sparaliżowana – nie trzymająca moczu i kału.Tragiczna postać – tak skrzywdzona przez los. Wraz z dwoma współlokatorami tworzymy solidarną grupę pomocy sparaliżowanej.Pomagamy pielęgniarkom utrzymać Ją w czystości. Dwa -trzy razy dziennie przenosimy ją do umywalni , kładąć w zlew [wformie długiego koryta ] -gdzie pielęgniarki lub wspólokatorki obmywają ją z ekskramentów. Po myciu i wytarciu przenosimy Ją z powrotem do pokoju . Przez cały mój okres pobytu Solidarna Grupa Pomocy działa jak w zegarku. Cenią nas wszyscy [ za tą spontaniczną pomoc] lekarze a zwłaszca pielęgniarki. Moje próby uchylania się od brania lekarstw spełzły na niczym. Pielęgniarki -przygotowane do takich sytuacji -pilnują nas szczególnie .Po każdym podaniu leku , trzeba otwaorzyć usta i pokazać ,że pigułka została połknięta. Pokój -w którym przebywam mieści się na 1 piętrze – tu zgromadzono pacjentów o średnio zaawansowanym procesie chorobowym – nie agresywnych . Wysoki parter – z zakratowanymi oknami – to przypadki najcięższe , tam większość personelu to pielęgnarze, a pacjenci naogół agresywni , często zakuwani w kaftany bezpieczeństwa. Stamtąd -często słychać hałasy , krzyki i jęki jak z piwnic katowni U.B. w Elblągu [w poblżu którego mieszkaliśmy]. Nigdy nie zapomnę tych krzyków : ..gestapowcy- przestańcie się znęcać…przestaaaańcie……
W sąsiednim pokoju leczy się lekarz narkoman uzależniony od morfiny. Nawet tu [ mając pieniądze] -zaopatrywany jest w morfinę . Towar przynoszą mu kurierzy – raz lub dwa razy w tygodniu
[w trakcie odwiedzin] . Pielęgniarki wiedzą o tym i często przeszukują jego pokój , łóżko i sprzęt ,którym dysponuje -niestety bezskutecznie ? Jest wyjątkowo sprytny. SGP w porozumieniu z pielęgniarkami postanowiliśmy przeprowadzić akcję przejęcia morfiny. Sledziliśmy -każdy jego krok , obserwowaliśmy go bez przerwy . Któregoś dnia – po wizycie kuriera byliśmy pewni ,że tym razem nam się uda . Wraz z pielęgniarkami zrobiliśmy „nalot”i przeszukanie i co ? I nic ? Tak sprytnie zakamuflował morfinę , że znaleźliśmy tylko strzykawkę jednorazową. Pierwsza wizyta mojej przyjaciółki Wiesi K. była dla mnie wielkim przeżyciem , a równocześnie zaskoczeniem – skąd dowiedziała się gdzie jestem? Od tej pory jej wizyty były regularne.Wspierała mnie zawsze ciepłym słowem i domowymi kompotami. To byla prawdziwa przyjaciółka – na którą zawsze można było liczyć . Któregoś dnia odwiedził mnie Andrzej Ż., którego niesłusznie posądzałem , że go dyrekcja na przeszpiegi przysłała!Po dwutygodniowym pobycie dostaję pierwszą przepustkę do domu-która o mały włos nie skończyła się dla mnie tragicznie. Będąc pod wpływem psychotropów,o mało co nie wpadłem pod samochód [ przechodząc przez jezdnię ] na ruchliwej ulicy Sienkiewicza. Pamiętam dobrze pisk hamulców i stojący 20-30cm. od mojej nogi samochód ciężarowy , którego kierowca -obrzucał mnie stekiem wyzwisk . Stoję jak sparaliżowany -w spokoju przyjmując lecące na moje głowę wyzwiska. Po kilkugodzinnym pobycie w Ustce wracam do szpitala, a tam „nalot” pielęgniarek na naszego morfinistę. Hura – tym razem przeszukanie udane – znaleziono 4 ampułki morfiny. Chwała im za to . Cieszę się razem z nimi jakbym to ja dokonał tego odkrycia. Następnego dnia – przekonuję jedną z pielęgniarek ,że mój pobyt w szpitalu jest próbą ukrycia się przed procesem politycznym. Ta wyraża zgodę , abym na jej zmianie nie brał psychotropów.Traumatyczny pobyt w Psychiatryku [ na oddziale zamkniętym] dobiega końca. Przenoszą mnie na oddział otwarty.Powiadomienie o wypisie z oddziału zamkniętego – przyjąłem z z wielką ulgą.
- Jurek i Czesław przyszedłem się z wami pożegnać-wychodzę na wolność ?
-Wychodzisz -naprawdę , czy nas podpuszczasz ?
-Przed chwilą byłem w gabinecie lekarskim , przygotowują mi „żółte papiery” , które mnie uchronią przed najgorszym Człowieka chorego , a tym bardziej psychola nie wsadzą za kratki.
- Szczęściarz z ciebie?
-To się jeszcze okaże , czy jestem szczęściarzem. Mam do Was jedną serdeczną prośbę-nie przerwijcie tej działalności samarytańskiej , którą tak długo ciągniemy?
-Masz to u nas jak w banku.
-Zabieram klamoty i jadę do domu -w końcu się wyśpię w swoim łóżku.
-Coś taki radosny -jak wiosenny skowronek?
-Głupie pytanie , a ty byś się nie cieszył? Reczy spakowane w torbę .Z uśmiechem na twarz żegnam się z lekarzem dyżurnym i pielęgniarkami. Jadę szczęśliwy do domu .
W domu wita mnie siostra Hanka .
-Nawet specjalnie nie schudleś na tej szpitalnej diecie ?
-Wiesz jedzenie było kiepskie , jak to w szpitalu, ale brak ruchu spowodował , że człowiek nie tracił kalorii-stąd taki stan rzeczy .
-Opowiedz jak tam było bo umieram z ciekawości?
-To będzie długie opowiadanie siostro o tym co czułem i przeżywałem – o traumie związanej z moim pobytem wśród świrów, czubków , wariatów. Na prawdziwą opowieść – o tym co przeżyłem potrzebuję trochę czasu – żeby to ogarnąć.
Dnia następnego – rankiem jadę do Słupska i melduję się u kierowniczki Oddziału Nerwic psycholog Krystyny M. po złożeniu stosownych informacji – zostaje przyjęty i wprowadzony na salę zajęć terapeutycznych. Grupa liczy kilkanaście osób – kobiet i mężczyzn.Przedstawiam się. C.D.N.

Ustka 26.04.2013r.

Dyrektor Biura Handlowego PGNiG w Gdańsku
Region Północny
Pan Jacek Wojniusz

Wstyd mi za Pana , że podpisuje się Pan pod tego typu tekstami wypisywanymi przez
podległych Panu urzędników, a dotyczącym pisma sygnowanego HP/99/2013 z dnia 23
marca 2013r. Są trzy hipotezy takiego stanu rzeczy :
1. Nie czyta Pan pism , podstawianych przez podwładnych?
2. Nie zna Pan prawdy w tym temacie?
3. Zna Pan prawdę , ale myślicie , że to kłamstwo – my odbiorcy gładko przełkniemy!
W każdym z tych trzech przypadków będąc Pana szefem – natychmiast bym Pana zwolnił
ze stanowiska ?
Ludzie na jakim my świecie żyjemy!
Oszustów z Amber Gold wsadzamy do paki , a Wy czym jesteście lepsi od nich? Może tym,
że jeszcze nie siedzicie za wasze machlojki. Walczyliśmy z komuną i wygraliśmy z Wami
też wygramy – to tylko kwestia czasu !
Do chwili otrzymania w/w pisma sygnowanego przez Pana J .Wojniusza z PGNiG
Gdańsk- myślałem , że jestem Obywatelem uczciwej Rzeczpospolitej – gdzie prawo znaczy
prawo , a sprawiedliwość -sprawiedliwość?
Niestety- coraz bardziej zaczynam wierzyć , że nie ma u nas , ani prawa, ani sprawiedliwości?
W najśmielszych marzeniach [ może byłem naiwny ] nie przypuszczałem , że oszustw
mogą dopuszczać się również zakłady państwowe i to w imieniu prawa? Jakiego -chyba
prawa łupieżcy-bo nic innego mi do głowy nie przychodzi.
Do rzeczy jednak-do rzeczy !
Kilkanaście dni temu do Waszego przedsiębiorstwa wysłałem pismo – udowadniające
oszukańcze praktyki stosowane przez PGNiG- dając przykład z 4 gospodarstw -mie
szkanców Ul. Klonowej w Ustce – gdzie zużycie gazu w roku ubiegłym [przy znacznie
niższych temperaturach dochodzących do -26 stopni C] w okresie zimowym , było o
o dziwo znacznie niższe , niż w analogicznym okresie roku bieżącego [gdzie zima była
łagodniejsza]
Odpowiedz sygnowana jak wyżej , a podpisana przez dyrektora handlowego Jacka Wojniusza
zaskoczyła mnie totalnie. Takich bzdurnych odpowiedzi w życiu nie czytałem !Sugerowanie
, że przyczyna problemu może tkwić w zepsutym liczniku jest przejawem totalnej indolencji.
Informuję , że w 2012 r u wszystkich wymienionych mieszkanców ul. Klonowej zostały
wymienione liczniki .Ludzie trzymajcie mnie – bo nie wytrzymam. Czy Wy myślicie , że my
jesteśmy kompletnymi durniami!
Istotnie w przypadku jednostkowym takie rozumowanie miałoby sens , ale równoczesne
popsucie się nowych liczników u czterech odbiorców gazu jest fizyczną niemożliwością.
Ponadto dlaczego Pan chociaż jednym słowem nie odniósł się do ilości porównawczej
zużycia gazu w ubiegłorocznym przedziale czasowym – do tegorocznego.
Odpowiem za Pana – bo sprawa jest prosta jak drut. Odpowiadając na tak
sformułowane pytanie musiałby się Pan przyznać do jednego, że większe zużycie gazu
w styczniu i lutym 2013 , w porównaniu do analogicznego okresu 2012 roku było spo-
wodowane jego niższą kalorycznością – a opłata została pobrana jak za gaz
pełnokaloryczny, stąd zwyżka rachunków u wszystkich wymienionych odbiorców.

-2-

My biedni naiwni – głupcy myśleliśmy , że w związku z obniżką o 15% cen gazu przez
Rosję rachunki będą niższe, a doczekaliśmy się podwyżek rzędu 20 -30 %.
Okazuje się , że bandyckie łupiestwo jest nie tylko domeną zorganizowanych band
rabusiów i mafii, ale także o zgrozo firm państwowych.
Nie myślcie , że będziecie nam mydlić oczy zepsutymi licznikami -trafimy do U.O.K.i K,a
jak trzeba będzie to i do Międzynarodowego trybunału Sprawiedliwości w Strassburgu.
Przykro mi, że w moim kraju monopolista PGNiG stosuje takie złodziejskie metody.
Sprawę konsultowałem z wnuczką mieszkającą w Edinburgu, która stwierdziła , że w
Szkocji- nie do pomyślenia byłoby , aby ktoś stosował takie nieuczciwe chwyty.
Stąd wysnuwa się jednoznaczny wniosek, że tylko u nas można biednych obywateli
bezkarnie okradać.
Sprawę poruszyłem na spotkaniu z eurodeputowanym T. Cymańskim w Słupsku .
Przeczytajcie na blogach opinie o PGNiG to dowiecie się jak Was postrzegają ludzie.
Czytając wasze firmowe logo cytuję: Firma Przyjazna Klientowi – to chyba jakiś
paranoiczny żart , żeby takie hasło wybrać jako znak promujący firmę.

Andrzej Urban Ustka ul.Klonowa19 ……………………..

Franciszka Czyżewska ul.Klonowa25 ……………………..

Wojciech Lewandowski ul.Klonowa15 ……………………..

Czesław Hałaj ul. Klonowa 27 ……………………

Do wiadomości:
1.Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta W-wa Plac Powstańców1
2.Urząd Marszałkowski 80-810 Gdańsk ul. Okopowa 21/27
3.Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A. 01-224 – W-wa ul.M.Kasprzaka25
4.Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Al.Ujazdowskie 1/3
5.a/a

Moja Solidarność

0

MOJA SOLIDARNOŚĆ

Dzień jak co dzień ,zwykły dzień jak co dzień……płyną z radia słowa tej jakże znanej piosenki,
ale czy on będzie akurat taki zwykły – to się jeszcze okaże ?
Atmosfera jak przed burzą, cisza i oczekiwanie na coś nieuchronnego – zmusza mnie do poszukiwania przyczyn takiego stanu rzeczy ?
Pan Janek Przyłuski -prywatnie wczasowicz- oficjalnie profesor Politechniki Warszawskiej , zaprasza mnie do swojego samochodu -wyposażonego w dobre radio odbierające krótkie fale. Tam wyszukujemy i wsłuchujemy się w przerywane zagłuszarką słowa spikera R.W.E.
W skrawkach zdań , które można zrozumieć – powtarza się [w różnych odmianach ] nazwisko
Wałęsa i strajk w Stoczni Gdańskiej. Wałęsa, Wałęsa- powtarzam w myślach to nazwisko i
staram się je zapamiętać, jakbym wiedział , że w niedługim czasie będzie ono znane i powtarzane w różnych językach na całym świecie.
-Co z tego będzie panie Andrzeju, co z tego będzie? Przecież komuna tak łatwo nie odpuści!
To i inne pytania bez odpowiedzi, będą nas nurtować jeszcze przez długi czas.
Dyskutujemy do późna w nocy przy kawie i herbacie na zajmujący cały świat temat-rozszerzającego się strajku stoczniowego i pozostajemy tak samo mądrzy jak byliśmy, podejrzewam, że nie tylko my wtedy osiągnęliśmy taki stan ducha -nie tylko my?
Następnego dnia idę do pracy i przechodzę przed bramą Usteckiej Stoczni -widzę zamknięte bramy ,a na nich flagi narodowe, a więc to prawda co mówi R.W.E.
Przychodzę do pracy , a tam wrze jak w ulu. Wszyscy dyskutują na jeden tylko temat. Ludzie w mniejszych lub większych grupkach wychodzą z hal produkcyjnych , aby chociaż przez chwilę -popatrzeć na to co się dzieje „za kanałem u sąsiadów”.
Do stojących przy nabrzeżu grupek -podchodzi Andrzej Ż. I sekretarz PZPR w „Korabiu”-rozejść się panowie nie ma tu nic ciekawego do oglądania. Słowa jego nie trafiają do nikogo.
Jakoś nie widać ,aby odniosły oczekiwany skutek.
Ludzie stali się jakby odważniejsi? Stoją i nie reagują na nic -patrzą na Ustecką Stocznię jak
zahipnotyzowani i mnie udzieliła się ta atmosfera wyczekiwania – NA CO?
Nikt nam [nie może] w tym czasie udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie ?
Nikt nic nie wie – to tytuł znanego czeskiego filmu , jakże pasującego do tamtej rzeczywistości. Nic dodać nic ująć ?
Po pracy dalszy ciąg dyskusji w gronie rodzinnym-mam tego dość -idę się zrelaksować w ogrodzie przed domem.
Pielenie ogródka -przerywa przyjazd zdezelowanej „Syreny Bosto” z której wysiadają Tomek i Staszek Wełpa z Usteckiej Stoczni .Tomek udaje się do sąsiadującej z moim domkiem stołówki po zlewki dla hodowanych przez nich „blondynek”, a ja wciągam Staszka w dyskusję na temat strajku w S.G. i u nich w Stoczni Ustka. Dostaję od niego nielegalne
pismo- 4 numer Biuletynu Informacyjnego wydawanego w Stoczni Gdańskiej.
To po lekturze wymienionego biuletynu -rodzi się w mojej głowie pomysł zorganizowania w „Korabiu” Niezależnych Związków Zawodowych.
Pierwsze rozmowy , na intrygujący mnie temat, toczę w Biurze AOR [Armatorski Ośrodek Remontowy] z moim przyjacielem Zbyszkiem Badowskim , Kaziem L. i Zbyszkiem Bryńczakiem, a potem idę na stołówkę , gdzie podczas przerwy rozmawiam z robotnikami.
Temat rozmów w tym czasie jest tylko jeden. Większość pracowników – tak jak ja solidaryzuje się ze stoczniowcami, ale są też głosy krytyczne.
-Jak się to skończy ?
-Czy zdaję sobie z tego sprawę?
Mówiąc szczerze -nie zdawałem sobie sprawy ,ani z konsekwencji tego co robię , ani jak daleko będzie się można posunąć , w tej nieświadomie rozpoczętej grze?
Podbudowany rozmowami z pracownikami -organizuję zbiórkę pieniędzy na pomoc Stoczniowcom.
-Pierwsze kroki stawiam w biurowcu administracji [robię listę osób], ,które dają pieniądze ,
a tym samym popierają strajkujących stoczniowców.
Zebrane pieniądze przekazuje uroczyście zebranym w jednej z hal -stoczniowcom .Dostaje oklaski i podziękowania. Sam też deklaruje w imieniu „Korabia” swoje poparcie dla nich. Nikt i nic nie odda atmosfery tamtego wiecu – setki głów widziane z [ zaimprowizowanej] mównicy i ich oczy wpatrzone w tych , którzy chcą coś zrobić, o czym sami jeszcze nie mają pojęcia. To jak droga ślepca idącego po omacku – do nie określonego bliżej celu.

-2-

Jest jeden czynnik , który niewątpliwie ich łączy -to atmosfera podniecenia i więzi,,że są w tłumie osób podobnie myślących. Ten stan ducha -uskrzydla człowieka i dodaje siły do dalszego działania. Nikt z nas wtedy , ani myślał o możliwych konsekwencjach.
Wiedzieliśmy jedno, że uczestniczymy w ogólnopolskim patriotycznym zrywie społecznym,który później zostanie nazwany Wielkimi Przemianami Społecznymi ,lub Bezkrwawą Rewolucją-która w niedalekiej przyszłości doprowadzi do upadku komunizmu w Europie wschodniej. Targany uczuciami bezsilności,tremy,żalu, złości,podziwu,obawy ,odwagi wszystkie te uczucia w różnych konfiguracjach i zestawieniach przewalały się po mojej skołatanej głowie.
Tej nocy nie spałem , ani godziny moc wrażeń , których doświadczyłem ,oraz kłębiące się w głowie myśli nie pozwoliły mi zasnąć.
Strajk stoczniowców trwa, a ja organizuję NSZZ w „Korabiu”.
Wszystko zaczęło się od „korabiowskich stoczniowców” bo AOR to nic innego jak stocznia remontowa kutrów .
Tu zresztą miałem najbliżej ,znałem najwięcej ludzi ,z którymi razem jedliśmy śniadania.
Werbunek do nowych związków idzie nieźle. Na wyrwanej z zeszytu kartce papieru- zapisuje
nazwiska osób deklarujących chęć zmiany przynależności z reżimowego ZZMP do NSZZ, które jeszcze wtedy nie mały nazwy „Solidarność”.
W trakcie kolejnego spotkania i rozmowy przy śniadaniu, któryś z pracowników zadał mi
ciekawe , a zarazem zaskakujące pytanie:
Czy tak naprawdę zdajesz sobie sprawę z tego co robisz? I czy rozważasz możliwość spędzenia „przymusowego urlopu” w krainie białych niedźwiedzi?
Delikatną aluzju poniał- odpowiedziałem, ale przyznam się szczerze nigdy takiej opcji nie
rozpatrywałem.
Jak do tej pory – nie było żadnego zainteresowania dyrekcji tym co się działo w zakładzie.
Przestraszona-napiętą sytuacją – siedziała jak przysłowiowa mysz pod miotłą, czekając na nieprzewidywalne ruchy kota.
Następnego dnia w towarzystwie Stasia Misiewicza jem jak zwykle stołówkową zupkę z
wkładką , a potem namawiam nieprzekonanych do wstępowania do związku.
Naraz -na sali zapada śmiertelna cisza- do stołówki wkracza sam dyrektor naczelny Lewand. Sala zamarła ,a my wszyscy czujemy się jak uczniacy , złapani przez nauczyciela na paleniu papierosów .
-Siadaj Urban.
-Pozwolisz ,że i ja zamienię kilka słów z tu obecnymi?
-Co ja tu mam zezwalać -Pan tu jest gospodarzem.
-Dziękuję Ci. Naczelny – będąc dobrym oratorem, zaczyna powoli i spokojnie stopniując argumenty na potwierdzenie tezy wielkiej zażyłości z rybakami , których [ bezinteresownie ] na wesela swoich córek zaprasza? Z tą bezinteresownością -to mógłbym podyskutować.
Jest tylko jako człowiek [odpowiedzialny za zakład i załogę ] skłonny nas poinformować ,
że to co robimy jest niezgodne z prawem i tym samym nielegalne, a On jako „ojciec” nie może pozwolić nam na takie ekscesy !
Ton spokojnego przemówienia- zaczyna się radykalizować i w końcu znalazł w mojej osobie kozła ofiarnego .Daje mi popalić , wylewając na moją głowę kubeł za kubłem z maksymalnie zagęszczonymi pomyjami…!
Kogo to wyście wybrali na swego przywódcę?
Człowieka o wątpliwej wartości moralnej -rozwodnika , który porzucił żonę i dziecko!
Te i podobne tego typu inwektywy płynęły z jego ust przez dobre pół godziny. Czułem , że tracę dotychczasowe zaufanie załogi-jeszcze trochę , a uwierzą w to co mówi Lewand.
Kolejne pytanie do załogi [zadane przez niego] doprowadziło mnie do szewskiej pasji.
-Kim jest Urban?
-Człowiekiem panie dyrektorze -człowiekiem!
-Przepraszam , że przerywam panu tą tyradę , ale minęło przeszło 30 minut i jeśli to ma
być sąd nad moją głową , to mam chyba prawo zabrać głos w swojej sprawie -tak czy nie ?
Konsternacja i pełne zaskoczenie malujące się na twarzy Lewanda , pozwoliło mi na kontynuację obrony !
Panie dyrektorze zarzuty , które mi tu pan postawił, to ciosy poniżej pasa i od inteligentnego człowieka na pana stanowisku, nigdy bym się nie spodziewał takiego postępowania?
Co ma wspólnego rozwód – do mojej moralności?

-3-

Rozstanie z Teresą i Jędrusiem to moja wielka tragedia osobista i w takim kontekście prosiłbym spojrzeć na to. Nie fair gra pan dyrektorze nie fair!
Konsternacja na twarzy „wodza”- przemieniła się w zdziwienie , że taki mały szary człowieczek potrafi usta otworzyć, ba bronić się? Nie do wiary?
Ostateczny cios zadałem mu pytaniem :
-Panie dyrektorze -chwali się tu pan przed nami, że na wesela swoich córek zaprasza pan rybaków z żonami , a może pan wymienić chociaż jednego robotnika z którym się pan przyjaźni?
Zapadła głęboka cisza. Wszyscy czekają na ripostę Lewanda ?
-Ja w przeciwieństwie do pana mogę wymienić nawet kilku tu siedzących na tej sali- Czesiek Lesner, Zenek Cnota , Romek Groszek, „Tomek” i inni.
Czuje to – prawie fizycznie , że robotnicy znów są ze mną , o czym świadczą niemilknące przez kilka minut oklaski -od 50 siedzących na stołówce pracowników.
Reakcja Lewanda jest natychmiastowa. Wstaje ze stołka na którym siedział .
- No cóż – ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu -jak go chcecie?Nie mam nic przeciwko temu Wycofując się ku drzwiom-powtarza pod nosem – nie mam nic przeciwko niemu?
Zwycięstwo, zwycięstwo na całej linii na słowa i argumenty.
Zaskoczony takim obrotem sprawy- myślałem ,że nie będzie mi już więcej szkodził, czas pokaże jak się wtedy myliłem.
Taki obrót sprawy udowodnił mi , że z każdym przeciwnikiem można wygrać mając wiarę w sukces , argumenty i poparcie ludzi , a ja to wszystko wtedy miałem!
Kolejny dzień strajku w S.G., a ja nawiązuje bliższe kontakty z Ustecką Stocznią- skąd zaczynam dostawać Biuletyny Informacyjne , które rozprowadzam pomiędzy ludzi. Roli kuriera [na moją prośbę] podjął się Jurek Czynsz, o ile mnie pamięć nie myli był też naszym przedstawicielem w Komitecie Strajkowym S.U.
Pamiętam jak jedną ryzę B.I. Przyniósł mi Jurek po zakończeniu pracy.
Mając uzasadnione obawy że dyrekcja współpracuje z S.B.-może dokonać rewizji w moim biurze-zabieram nielegalne gazetki ze sobą do stołówki Domu Rybaka , gdzie codziennie jem obiad.
Po drodze spotykam moją matkę spacerującą z wózeczkiem , w którym jest kilkumiesięczna Małgosia Lew [córka mojej siostry] To mama jako stara konspiratorka [ poszukiwana przez Gestapo w czasie okupacji niemieckiej] mówi do mnie :
- Daj mi tą „bibułę”, to włożę pod kołderkę Małgosi – tu jej nikt nie znajdzie .
W ten oto sposób 8 miesięczna Gosia stała się najmłodszą konspiratorką w P.R.L.
- Kolejny dzień strajku , coraz więcej zakładów przyłącza się do strajkującej S.G.-
tworząc strukturę Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w skrócie MKS.
Następnego dnia rozdaję bibułę pracownikom „Korabia”, a po pracy na zebraniu w stołówce AOR – powołujemy Komitet Założycielski N.S.Z.Z., który wybiera mnie na swojego przewodniczącego. W skład komitetu wchodzą Zbyszek Bryńczak, Czesław Lesner, Karol Suder, Zenek Cnota i inni.
Następnego dnia rano , zaraz po przyjściu do pracy – telefon z sekretariatu .
Pani Janeczka Mey prosi całą naszą grupę do gabinetu dyrektora naczelnego.
Do tej pory zachodzę w głowę kto, kiedy i jak poinformował Lewanda o składzie naszej grupy. Wiem jedno , że musiał być to ktoś ze składu składu komitetu założycielskiego?

-4-
Po kilku zdaniach grzecznościowych – dyrektor prosi całą grupę oprócz mnie do sąsiedniego pokoju. O czym rozmawiał z nimi dowiedziałem się dopiero niedawno od Zbyszka. W zawoalowany sposób nie wymieniając nazwiska próbował ich przekonać, że na tak ważne stanowisko należy wybierać ludzi odpowiedzialnych nie „jastrzębi”, ludzi z którymi można się dogadać. Oczywiście wszyscy zrozumieli, że chodzi tu o moją skromną osobę. W odczuciu Zbyszka B. i z jego dalszych wypowiedzi dawało się wyczuć lekki strach przede mną. Nie wiedział jednego , że tez się bałem jego nie mniej niż on mnie. To kolejna próba zdyskredytowania mnie w oczach załogi – znów nieudana. Kolejny dzień strajku i kolejna nieprzespana noc. Jak przemówić do załogi konserwiarni, wędzarni, transportu, przetwórstwa, administracji i sieciarni, tak aby trafić im do serc. Zżera mnie potworny strach i trema!. Na sama myśl o wystąpieniu – serce bije mi jak najęte pompując najwyższą dawkę adrenaliny. Nie wiem – czy potrafię przekazać to co myślę i czuję, ale zbieram się w sobie i mówię o Usteckiej Stoczni, o poparciu którego należy im udzielić, w końcu o nadziei i oczekiwaniach na coś nierealnego co odmieni nas i nasze życie, być może na zawsze.
W tym czasie zebrał się czteroosobowy zespół dyrektorów, który deliberuje co zrobić z Urbanem, żeby go uciszyć. Padają różne propozycje. Jedni chcą mnie wysłać w delegację, inni zaś na urlop. W końcu dochodzą do wniosku, że jeśli dostanę urlop, to będę miał jeszcze więcej czasu na działanie!. Zebranie kończy się niczym.
Uważny czytelnik zastanowi się skąd znam te fakty. Otóż w ich szeregach tez byli ludzie którzy pracowali na dwa fronty. Jednym z nich był Krzysztof Buss mój były „przyjaciel”.
Dzień następny niesie nadzieje na zakończenie strajku. To Stocznia Szczecińska po przewodnictwem M. Jurczyka podpisuje porozumienie ze stroną rządową. Za kilkanaście godzin radość zamienia się w euforię, bo L. Wałęsa reprezentujący Stocznię Gdańską podpisuje takie samo porozumienie z premierem Jagielskim. Są łzy i wzruszenie. Porozumienie transmitowane przez radio i telewizję kończy okres napięcia jakim poddawane były tysiące, ba nawet miliony ludzi.
Zwycięstwo, zwycięstwo na całej linii. Jednym z warunków porozumień sierpniowych jest punkt mówiący o możliwości tworzenia w zakładach pracy Niezależnych Związków Zawodowych!
Początek września z nieregularnie dostarczanych Biuletynów Informacyjnych dowiaduję się, że w Gdańsku powstała Ogólnopolska Struktura N.S.Z.Z. „Solidarności”.Zbieram się na odwagę i idę do dyrekcji po delegację do Gdańska -celem rejestracji korabiowskiej „Solidarności”. O dziwo -dostaje ją bez większych problemów . Wraz ze mną jedzie Czesiek ,Zenek i chyba Dunder .
W Gdańsku odnajdujemy siedzibę „Solidarności”- gdzie przyjmuje nas Alina Pieńkowska. Na korytarzu ruch i przepychanki w sąsiednim pokoju urzęduje Lech Wałęsa .Przyjechała kolejna ekipa zagraniczna -chyba z Japonii -sądząc po rysach operatorów. Pokój Wałęsy jest oblegany tak, że fotoreporterzy i operatorzy muszą czekać w korytarzu.
Rozmawiam z Aliną P. na temat strajku skarżąc się , że schudłem przez ten czas , na skutek stresów i przeżyć 3 kg.
Uśmiechnęła się delikatnie:
A co ja mam powiedzieć , kiedy w ciągu dwóch tygodni spadłam na wadze 10 kg.
Faktycznie – dopiero teraz zaobserwowałem szczupłość jej sylwetki. Rozmawiamy jeszcze kilkanaście minut o nastrojach , entuzjazmie i dziesiątkach komitetów założycielskich „Solidarności ” rejestrujących się w Gdańsku.

-5-

Wizyta dobiega końca , jeszcze tylko podpis i pieczątka na delegacji [ którą mam do chwili obecnej] – radośni i podbudowani na duchu wracamy do domu. Wracamy przez Oliwę – proponuję wypad do Palmiarni – na który wszyscy się zgadzaj , a potem wracamy do domu.
Wrzesień jest miesiącem bardzo pracowitym. Pierwsze wybory Komisji zakładowej na których zostaję wybrany na jej przewodniczącego. Kilka dni później jadę do Szczecina na „ resortowy okrągły stół ”, gdzie „Solidarność „ stawia postulaty Zjednoczeniu Gospodarki Rybnej . Stronie rządowej przewodniczy [dyrektor departamentu] w-ce minister T. Nestorowicz , stronie związkowej F. Zegarski z PPDiUR „Gryf” Szczecin. Ja zostaję w-ce przewodniczącym zespołu negocjacyjnego. Z ciekawostek tamtych czasów jest fakt ,że po stronie Mariana Jurczyka , na terenie zakładów produkcyjnych tworzą się struktury Komisji Robotniczych NSZZ „Solidarność- po stronie Lecha Wałęsy Komisje Zakładowe.
Pamiętam – jedną z uroczystości upamiętniających wydarzenia grudnia 1970 roku
w Szczecinie . Maszerujemy w tłumie [ uczestników manifestacji] skandujących -Marian Jurczyk , Marian Jurczyk , Marian Jurczyk , a ja z Jurkiem Borzyszkowskim Lech Wałęsa , Lech Wałęsa . Wkrótce do nas dołączają inni i tak skandując te dwa nazwiska docieramy do bramy Stoczni Szczecińskiej- tam składamy wieniec upamiętniający zabitych stoczniowców i wracamy pociągiem do domu-do Ustki.

.

Koniec wojny i niezamierzony wyjazd do Związku Sowieckiego

Rok 1945 – „wyzwalanie „ Polski spod okupacji niemieckiej , przez Armię Czerwoną i

ustanowienie nowego komunistycznego porządku – znów mocno uderzyło w moją rodzinę.

Po ucieczce Niemców z mająteczku babci wróciliśmy do Wylazłowa. W dworku wszystko

rozkradzione .Mieszkańcy oddali nam parę kur , sprzęty kuchenne ,jakieś meble i zastawy -

to czego nie wzięli uciekający w popłochu Niemcy.

Ludzie z Wylazłowa przyjęli życzliwie trzy kobiety [w tym dwie wdowy] z pięcioletnim

chłopcem – którego rodzinę 4 lata temu wypędzili Niemcy w przysłowiowych koszulach.

„Dziedziczka „ – a prywatnie moja babcia H. Osiecka , była w owym czasie najbiedniejszą

mieszkanką wsi.

Mogliśmy liczyć na Wylazłowian ich wrażliwość i solidarność w nieszczęściu

które nas dotknęło. Niezbyt długo po wprowadzeniu się do dworku, komunistyczna władza

przygotował nam kolejną niespodziankę w postaci reformy rolnej. Wszystkim posiadaczom

majątków powyżej 50 ha należy ziemię skonfiskować , a właścicieli wysiedlić .

„Reformator „ z ramienia władzy ludowej”- otwarcie mówił matce , że jak z nim zostanie to

gospodarstwo da się utrzymać – bo te 6 hektarów przeklasyfikuje się na ugory. Niestety matce

kandydat na męża wyraźnie  nie spodobał się. Znów nas wypędzają tym razem kochani rodacy.

Z tobołkami pakujemy się na wóz i hejta wio – w imię „ sprawiedliwości społecznej”- tym

razem wywożą nas do Działdowa . Tam dostajemy przydział na trzypokojowe mieszkanie ,do

którego dokwaterowują nam pułkownika – dowódcę garnizonu rosyjskiego w Działdowie.

Ten 60 letni oficer – służący jeszcze w carskiej armii  był postrachem krasnoarmiejców .

Powód – dyscyplina ,którą zaserwował swoim sołdatom , a właściwie incydent związany

z zastrzeleniem gwałciciela mieszkanki Działdowa. Bali się go jak ognia. Dla mnie był jak

ojciec, którego straciłem .Szczególnie utkwiło mi w pamięci jego powiedzonko:” Andrejku

popijom czajku „, po którym zza pazuchy wyjmował , zawiniątko z jasnobrązowym cukrem , a

babcia parzyła herbatę.

Nad nami , na drugim piętrze kamieniczki przy ulicy Dworcowej  mieszkał rosyjski sierżant z

„wojennoju żenoj” ,która przed urodzeniem dziecka była tak zwaną reguliowszczycą

[kierującą ruchem ]. Jej obrotny partner wpadł na genialny pomysł jak wykorzystać w

sposób praktyczny pęk hitlerowskich flag [ ze swastyką] zdobytych na Niemcach . Marusia

cięła je na kawałki i wykorzystywała  jako [trudno dostępne wtedy] pieluszki. Pieluszki po

po zużyciu lądowały za oknem na otaczającym dom trawniku. Tam często zbierane były przez

podążających za frontem maruderów – szabrowników [ze wschodu], którzy niejednokrotnie

rozczarowani ich zawartością z obrzydzeniem odrzucali na trawnik.

Miałem w Działdowie kolegę równolatka – Czecha Marka Czerwenkę , którego wojenne losy

zapędziły do Polski. Mieszkając przy dworcu bardzo często buszowaliśmy po stojących na

bocznicy wagonach kolejowych  w poszukiwaniu zabawek. Większość pociągów przewoziła

skradzione Niemcom maszyny, wyposażenia fabryk ,ale również meble i inne dobra

„trofiejne”.Często meble przewożono na odkrytych lorach , bez jakiegokolwiek przykrycia ,

tak że stan ich był niejednokrotnie fatalny.

Któregoś dnia  w trakcie poszukiwania „skarbów”[w głębi zadaszonego wagonu ] pociąg

ruszył i nim zdążyliśmy wycofać się do uchylonych drzwi nabrał pędu uniemożliwiając

nam wyskoczenie z wagonu .

Jedziemy nie wiedząc , że punkt docelowy to Rosja . Sparaliżowani strachem staliśmy przez

chwilę w drzwiach pędzącego pociągu . Następnie zaczęliśmy krzyczeć wniebogłosy widząc

oddalające się przedmieścia Działdowa. Dwu godzinne krzyki i płacz niestety nie przyniosły

żadnego rezultatu. Zmęczeni i zapłakani usiedliśmy w głębi szafy ubraniowej  trzęsąc się ze

strachu i z zimna .Zbliżająca się noc była wyjątkowo chłodna, a my tuląc się do siebie

siedzimy szczękając zębami . W końcu zamykamy drzwi szafy żeby chociaż trochę ochronić się

przed napływającym chłodem. Zimny ranek obudził nas na dobre .Pociąg zaczął zwalniać .

Wygramoliliśmy się z szafy i stoimy w uchylonych drzwiach patrząc na okolice. Widzimy jakieś

zabudowania w końcu pociąg staje. Wyskakujemy z wagonu ,z płaczem biegniemy w

stronę lokomotywy wiedząc , że maszynistami pociągu byli Polacy.

Zmarznięci ,głodni i zapłakani udajemy się z kolejarzami do pomieszczeń dyżurki,gdzie

podzielili się z nami chlebem z kawałkiem słoniny . Pałaszowaliśmy to popijając zagotowaną

na maszynce herbatą.

Po śniadaniu zaczęli nas przepytywać skąd jesteśmy i w jaki sposób znaleźliśmy się w ich

pociągu. To od nich dowiedzieliśmy się , że mamy szczęście bo pociąg jedzie do Rosji i tu

przejmują go rosyjscy kolejarze. Dzięki temu szczęśliwemu zrządzeniu losu nie trafiliśmy do

Sowieckiego Sojuza , gdzie nasze losy mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.

Powrót do Działdowa w towarzystwie kolejarzy odbył się już bez żadnych przygód. W trakcie

naszej nieobecności matka z babcią rwały sobie włosy z głowy sądząc , że wpadliśmy gdzieś na

miny i zginęliśmy .W tym czasie takie wypadki nie należały do rzadkości.

Kilkanaście dni po wymienionym wydarzeniu [ 8 maja 1945 roku ] rano w mieście wybuchła

straszna strzelanina . Strzelały armaty, cekaemy, karabiny  w niebo wzbijały się rakiety

czerwone , zielone ,białe  powoli opadając na malutkich spadochronikach . Przed

obrazem Matki Boskiej klęczą : babcia, matka i ciotka Rysia modląc się żarliwie , a ja płaczę

nie wiedząc co się dzieje .Na tę sytuację wchodzi nasz pułkownik i pyta czemu się tak modlimy i płaczemy .Babcia mu na to ,że chyba Niemcy atakują miasto  bo taka straszna strzelanina . Wytłumaczył im , że żołnierze z radości tak strzelają , bo to koniec wojny. Niemcy podpisały kapitulację. Kobiety uspokoiły się. W jednej chwili smutek przemienił się w radość.Dziś wygląda to śmiesznie [z naszego punktu widzenia] ale wtedy nie było radia ,telewizji ani prasy więc  trudno było niezorientowanym w sytuacji militarnej kobietom połączyć to z zakończeniem II Wojny Światowej.

Andrzej Urban

Ustka 08.03.2013

   List otwarty do Premiera Rzeczpospolitej

Pana Donald Tuska
Reprezentowanego przez Radcę Kancelarii Premiera
Panią Beatę Zuchalską

 

Szanowna Pani jestem głęboko wstrząśnięty listem , otrzymanym z kancelarii mojego Premiera – którego Pani reprezentuje .Nic nie wskazuje ,że przeczytała Pani pismo[ lub Pani
podwładny ], które przesłałem do Waszej kancelarii. Bo w przeciwnym przypadku nie użyto by takich sformułowań jak : proszę udokumentować swoje wykształcenie. Takie podejście do sprawy stawia mnie w sytuacji potencjalnego oszusta i kłamcy ,a to mnie mocno rani. Napisałem ,że ukończyłem studia – widzę że to nie wystarczy ,czy muszę przedstawić  „notarialny odpis dyplomu” z poświadczeniem przez rektora i dziekana uczelni, że dyplom jest autentyczny? Jeżeli obaj panowie nie żyją – to nie mogą poświadczyć jego autentyczności, a więc dyplom jest nie ważny?
Kolejny punkt dotyczący aktywności zawodowej wraz z kopiami świadectw pracy – to istna drwina. Czy uzasadnienie – pisane przez dyrektora , pod dyktando wojskowego komisarza zmilitaryzowanego zakładu pracy-wystarczy’ ,czy musi się pod tym podpisać gen. Jaruzelski– [ bo jeszcze żyje].
– Pytanie – czy posiada pan dzieci,jeżeli tak ,to w jakim są wieku ,gdzie mieszkają i czy może Pan liczyć na ich pomoc.
- Tak mogę liczyć na pomoc syna mieszkającego w Elblągu, który od chwili , gdy dowiedział się ,że zachorowałem na raka zerwał ze mną kontakt.
Kolejne zapytanie :
– Proszę o wyrażenie opinii – „dlaczego właśnie pana działalność opozycyjna zasługuje na szczególne wyróżnienie z grona innych aktywnych działaczy.”
– Odpowiedz moja w tej materii jest stosunkowo prosta – bo tylko ja z grona aktywnych działaczy [ po studiach ] mam emeryturę 1290 zł.
Kolejne pytanie.
-Proszę o nadesłanie wszelkich udokumentowanych informacji, potwierdzających iż w swoim życiu wykazał się Pan szczególnymi osiągnięciami o charakterze wybitnym.
– Moja odpowiedz w poprzednim piśmie [ których nie czytacie] brzmiała.
– W 1989r. Jeszcze za P.R.L 17 września zorganizowałem pierwszą w skali kraju 50 Rocznice Napaści Wojsk Sowieckich Na Polskę.- na którą przybyło setki mieszkańców Ustki i nie tylko. Udokumentowałem to wszystko ksero kopiami dokumentów i odbitkami plakatów zapraszających mieszkańców na w/w uroczystość. Nie czytacie tego,ba nie
dopuszczacie takiej możliwości, żeby w takiej 16 tys. Ustce mogłoby się wydarzyć coś wybitnego na miarę krajową .
Tak proszę Pani historia nowożytna na pewno nas sprawiedliwie osądzi – bez udziału Waszej kancelarii.
Kolejny punkt dotyczy – nadesłania szczegółowych informacji o Pana konkretnych dokonaniach w działalności opozycyjnej , oraz ich udokumentowanie [z pominięciem tych nadesłanych].
– W piśmie poprzedzającym – już o tym pisałem .Uszło to jednak uwadze czytających – a więc powtórzę po raz kolejny .Pomarańczową farbą na blokach S.M. „Korab” w Ustce malowałem antykomunistyczne hasła .Następnego dnia – hasła zostały zamalowane przez pracowników S.M. Z rozkazu prezesa A.Koniecznego, który niestety nie może uwiarygodnić w/w faktów bo kilka miesięcy temu zmarł.  Nie wiem ? Czy mam w formie dowodów przesłać kawały tynków z budynków w/w spółdzielni , popartych ekspertyzą grafologiczną, że to ja pisałem – oraz dostarczyć próbek pomarańczowej farby z 1982r, którą napisy zostały wykonane. Przypuszczam ,że i to by nie wystarczyło – bo nie ma na to świadków .Wymieniony prezes zmarł – kilka miesięcy temu. Żona nie potwierdzi , bo o godzinie 3 w nocy – po tabletce nasennej – spała kamiennym snem. No jeszcze nie wszystko stracone – jest sposób na udokumentowanie w/w faktu [choć bardzo kosztowny]. Można by wyrąbać z bloków w/w spółdzielni te kawały tynku zawierające te antykomunistyczne hasła, ale i tak to byłoby niewiarygodne bo bez potwierdzenia przez I.P.N. Nie ma dowodów – nie ma faktów ! Przy wnikliwości i wrażliwości pracowników Pani kancelarii – Jezus z Nazaretu , też nie miałby najmniejszych szans na uwiarygodnienie swoich cudów. Bo choć cud nakarmienia tysięcy Galilejczyków -nad jeziorem Genezaret, czy cud w Kanie Galilejskiej miał olbrzymie rzeszę świadków . To niestety nie wystarczyłoby kancelarii reprezentowanej przez Panią.             – Na usta ciśnie się pytanie – dlaczego?                                                                                                         Dlatego , że Jezus nie mógłby udokumentować swojego wykształcenia nie mówiąc już o stosownej opinii z I.P.N i Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej {MOPS}.                                        W  związku z powyższym , aby nie przysparzać Pani urzędnikom dalszych kłopotów – związanych z wymyślaniem kolejnych dokumentów i potwierdzeń typu , że nie jestem wielbłądem – a jak stosowny dokument z najbliższego Z.O.O bym dostarczył – to następny informował by mnie , że nie chodziło Pani o wielbłąda jednogarbnego , czyli dromadera – tylko o dwugarbnego – baktriana i najlepiej żeby poświadczył to śp Antoni Gucwiński. Kończąc – przesyłam Pani ksero tak interesującego dyplomu ukończenia studiów wyższych. Równocześnie rezygnuję z dalszych starań [o to Pani chodziło] o emeryturę specjalną, a nie socjalną. Stosownym pismem do Pana Premiera wystąpię o przyznanie Wam wysokich premii pieniężnych za trudy poniesione w Waszej jakże ciężkiej pracy w obronie budżetu – Rzeczpospolitej [Naszej Rzeczpospolitej nie Waszej].  Wolę być honorowym dziadem z dyplomem – Pani Radczyni! Niż toczyć z Panią dalszą polemikę -szkoda zdrowia.

Andrzej Urban

P.S. Serdecznie współczuję Panu Premierowi R.P, że ma tak wrażliwych na krzywdę ludzką urzędników , jednocześnie tak zapobiegliwie dbających o interesy Państwa.
Czuję się dotknięty oceną i wymaganiami , które stawiacie właśnie Wy , którzy dla tej Rzeczpospolitej nic nie zrobiliście . Zapomnieliście , że to dzięki Nam zajmujecie dziś intratne
posadki w kancelariach i ministerstwach , a Nas „wymierający gatunek idealistów” macie za przygłupów, czyż tak nie jest ?
Nie o taką Rzeczpospolitą nam chodziło – nie o taką !! Nie za taką Rzeczpospolitą w 39 roku
oddał swe życie mój ojciec Andrzej Urban wybierając honorową śmierć – zamiast niewoli niemieckiej. Nie za taką Rzeczpospolitą zginął zamordowany w Buchenwaldzie mój wuj Tadeusz Osiecki i nie za taką Rzeczpospolitą zamordowany w Katyniu został mój stryj por. Wacław Zdzięborski . Pamiętajcie o tym wrażliwi i wnikliwi urzędnicy państwowi.
Załączniki;
Ksero dyplomu
List na blog.pl
Ksero świadectw pracy.

Mój życiorys i rys historyczny mojej rodziny

2

 

 

 

 

ŻYCIORYS I RYS HISTORYCZNY MOJEJ RODZINY

 

Urodziłem się w 1940 r w Wylazłowie jako pośmiertny potomek obrońcy Warszawy. Ojciec walcząc w Pułku Dzieci Warszawy -28 września 1939r oddał swe życie wybierając honorową śmierć – zamiast niewoli niemieckiej .

Brat matki ppor Tadeusz Osiecki /1/ obrońca twierdzy Modlin, wzięty do niewoli i zwolniony na mocy umowy kapitulacyjnej. Po jakimś czasie aresztowany i osadzony w obozach jenieckich oflag IIB Arnswalde, IVC Colditz, Murnau, VIB Dossel, z których 5 krotnie uciekał aż po ostatniej ucieczce cyt. Szymona Datnera : „ppor Osiecki zginał dwa lata później, zamordowany w związku z ponowną próba ucieczki z oflagu VIB Doessel. Zbrodnia – wg zeznań żołnierza niemieckiego internowanego w obozie 5 C I C Strumuehle W. Hoeckego została dokonana w Buchenwaldzie.

Brat babci Heleny Zdzięborskiej por Wacław Zdzięborski wzięty do niewoli przez Rosjan w Baranowiczach, ginie zamordowany w Katyniu./2/

Dziadek Stanisław Osiecki umiera w 1944 r na raka płuc, tak więc ja 4 letnie dziecko zostałem jedynym męskim potomkiem w rodzinie.

W 1941 r zostaliśmy wypędzeni z 56 ha majątku przez hitlerowców. W 1945 r wracamy, żeby ponownie zostać wyrzuceni ,tym razem -przez polskich komunistów.

Matka Zofia Urban z domu Osiecka w czasie wojny za przynależność do Związku Zachodniego ukrywała się przed gestapo i szczęśliwie przetrwała okupację.

Po wysiedleniu z Wylazłowa zamieszkaliśmy w Działdowie, potem w Elblągu gdzie ukończyłem szkołę podstawową i średnia – studia w Olsztynie.

Pierwsza praca w Kołobrzegu, stamtąd przeniosłem się do Ustki i podjąłem pracę w PP i UR „KORAB” .

W latach 1980 w czasie strajku STOCZNI USTKA zbierałem pieniądze na wsparcie załogi stoczniowej /3/.

Byłem założycielem i pierwszym przewodniczącym N.S.Z.Z., które potem przyjęły nazwę„SOLIDARNOŚĆ”/4/. Udzielałem się również w tworzeniu struktur N.S.Z.Z. „Solidarność” Regionu Słupskiego jako przedstawiciel Ustki./5/ Byłem też v-ce przewodniczącym i sygnatariuszem porozumień branżowych podpisanych pomiędzy N.S.Z.Z. „Solidarność:, a Komisją Rządową w Szczecinie./6/

W czasie stanu wojennego za podjęcie nielegalnej działalności politycznej zostałem wyrzucony z pracy. Po wyrzuceniu z pracy doszły mnie słuchy, że wojskowy komisarz chce zrobić mi popisowy proces polityczny. Koledzy lekarze, żeby temu zapobiec umieścili mnie w Szpitalu Psychiatrycznym w Słupsku, gdzie przebywałem 2 miesiące /7/. Przeżycia tam, których byłem bezpośrednim świadkiem pozostaną w pamięci do końca moich dni.

Po powrocie do domu samodzielnie podjąłem działalność antykomunistyczną malując antyrządowe hasła na blokach S.M. „Korab”.

Moje poszukiwania pracy w czasie stanu wojennego nie mogły dać żadnych rezultatów z przyczyn wiadomych – Służby Bezpieczeństwa już o to zadbały.

W maju 1989 r zostałem przewodniczącym M.K.K. N.S.Z.Z. „Solidarność Podregionu Ustka i jako pierwszy w Polsce zorganizowałem Patriotyczna Manifestację z okazji 50 rocznicy agresji stalinowskiej Armii Czerwonej na Polskę./8/

Byłem też inicjatorem akcji postawienia Krzyża Katyńskiego na miejscowym cmentarzu.

Działałem również na niwie samorządowej w Radzie Miejskiej jako jej v-ce przewodniczący i przewodniczący Komisji ds. Handlu i Porządku Publicznego /9/..

Do skróconego rysu historycznego i mojego życiorysu załączam stosowne ksero dokumentów.

W chwili obecnej będąc na emeryturze walczę dalej z choroba nowotworową i przeciwnościami życia.

List do Premiera R.P.

0

 

Ustka, dn. 07.02.2013 r

 

 

 

Szanowny Panie Premierze.

 

 

 

Kilka lat zmagałem się z myślą czy napisać do Pana. Podjąłem tę decyzje choć przyznam szczerze czuje się trochę jak żebrak wyciągający rękę po jałmużnę. Jestem ofiarą stanu wojennego i wstydzę się, że na starość przyszło mi pisać do Pana o przyznanie mi emerytury specjalnej, a przecież to nie ja powinienem się wstydzić. Rozumiem, że komunistyczna PRL nie hołubiła swoich przeciwników – to zrozumiałe, ale że III RP ukarała mnie za to, że budowałem jej zręby – tego zrozumieć nie potrafię.

Od 1969 r. byłem pracownikiem P. P .i U.R. „KORAB” w Ustce. W 1980 r byłem założycielem i pierwszym przewodniczącym N.S.Z.Z. „SOLIDARNOŚĆ” w „KORABIU”. W czasie stanu wojennego podjąłem „nielegalną działalność” za która zostałem zwolniony ze zmilitaryzowanego zakładu pracy i gdyby nie koledzy , którzy umieścili mnie w Szpitalu Psychiatrycznym w Słupsku – skończyłbym jak mój zastępca /Zygmunt Goliński – 4 lata i 6 miesięcy w więzieniu/. Po 2 miesięcznym traumatycznym pobycie w szpitalu, wróciłem do domu z myślą o podjęciu jakiejkolwiek pracy – niestety znalazłem się na „czarnej liście” S.B. I moje starania nie przyniosły żadnych rezultatów. Przez pozostałe 10 lat byłem na utrzymaniu żony /obecnie schorowanej emerytki/.

W 1989 r Sejm ustawą z dnia 24 maja 1989 r o przywróceniu praw pracowniczych osobom pozbawionym zatrudnienia za działalność związkową, samorządową, przekonania polityczne i religijne /Dz. U. Z z dn 31 maja 1989 r/ przywrócono mnie do pracy zaliczając okres 1982-1989 r. do stażu pracy.

Ustawodawca ustawy o emeryturach nie przewidział jednak, iż staż pracy bezskładkowy nie daje możliwości /osobom starszym/ naliczenia 20 kolejnych lat. W dniu 09.03.2005 r po ukończeniu 65 lat naliczono mi emeryturę w wys. 645,86 zł netto, potem przyznano mi 831,11zł, kiedy to moi prześladowcy funkcjonariusze S.B. – pracujący oczywiście znacznie ciężej niż ja mają emerytury /już po obniżce/ rzędu 2500-3000 zł.. Oczywiście ja się tak Rzeczpospolitej nie zasłużyłem, aby otrzymać aż taką emeryturę. Wstydzę się też kiedy moi koledzy z dawnej pracy dogryzają mi ….. i po co ci była ta działalność związkowa – masz za to nagrodę w postaci emerytury.

Nie będę już pisał o 2 letnich próbach walki o podwyższenie emerytury w sądzie , ani o moich chorobach – walce z rakiem prostaty, zakrzepicy krwi, przebytej gruzlicy, bo są to sprawy drugorzędne .Przykro mi tylko, że człowiek z wyższym wykształceniem i były działacz związkowy i samorządowy ma emeryturę 1290 zł. I musi uciekać się do takich środków, ale została mi już tylko taka droga..

 

W załączeniu:

l/mój życiorys na tle rysu historycznego

rodziny

2/zaświadczenie o chorobie nowotworowej

3/urywek z art.”MOJA SOLIDARNOŚĆ”

4/ksero delegacji z 1989 r o rejestracji w N.S.Z.Z. Gdańsk

5/ksero pisma „OKO”

6/zezwolenie na organizację Manifestacji Patriotycznej

w 50 rocznicę napaści wojsk stalinowskiej Armii Czerwonej

na Polskę

7/pismo do Sądu Okręgowego w Słupsku

 

 

Podpis

Andrzej Urban

 

 

Piesek pod krawatem

0

Jadąc do Słupska nie przypuszczałem, że po wizycie u onkologa trafię do schroniska dla zwierząt. Myśl o piesku zrodziła się w autobusie w trakcie rozpamiętywania historii związanej z rakiem wątroby, na którą odszedł Filonek.. Fakt jestem w schronisku i szukam szefowej – znajduje pokój w którym zastaję korpulentną ale niezwykle sympatyczną panią
_ Dzień dobry!
– Co pana sprowadza do nas?
– Przyszedłem zobaczyć jakie państwo macie pieski w schronisku, bo niedawno odszedł od
nas nasz czworonożny przyjaciel – jamnik długowłosy- Filonek.
- Marysiu! Podeszła młoda kobieta z obsługi.
- Słucham szefowo.
-Marysiu przynieś tego czarnego jamnika z boksu.
- Dobrze.
- Zaraz przyniesie – zobaczy pan jaki śliczny.
-Przepraszam, ale ja przyszedłem tylko żeby zobaczyć jakie państwo macie u siebie pieski. Nie jestem jeszcze gotowy aby wziąć następnego pieska. Wchodzi pani z obsługi schroniska trzymając na rękach pięknego gładkowłosego jamnika.
- Ładny – podoba się panu?
- Podoba się bardzo, ale proszę pani ja mam żonę i takie decyzje winniśmy podejmować razem.
Da mi pani gwarancję , że jak go wezmę- to mnie żona z domu nie wyrzuci? Jeśli tak to go
wezmę bez zbędnych ceregieli .
- Płakała jak ten pana Filonek odszedł?
- Trzy dni płakała.
- To niech się pan nie martwi – na pewno pana nie wyrzuci.
-Ma pani rację – biorę go!
-Ma pan obróżkę i smycz?
-Jak mam mieć kiedy ta wizyta u pani była tak spontaniczna i wynikała z chęci zorientowania się jakie macie pieski do adopcji.
-No tak – rozumiem, coś tu znajdziemy. Po chwili przychodzi Marysia i podaje szefowej
niebieska obróżkę, ale smyczy nie mamy.
- To może macie jakiś sznurek, lub miękki drut czy kabel?
- Nic takiego nie mamy.
Wchodzi lekarz weterynarii, zabiera pieska do swojego gabinetu i daje mu zastrzyk przeciw
wściekliźnie. Za kilka minut przychodzi z pieskiem, który zamiast sznurka ma uwiązany do
obroży niebieski krawat.
- No teraz jesteś elegancki „ chłopak pod krawatem . Dowcipkuje śmiejąc się rubasznie. Śmiech
ogarnia całą czwórkę siedzącą u kierowniczki.
- Wszystko fajnie – tylko jak ja będę prowadził pieska na tym krawacie przez miasto? Jeszcze
tylko podpisuję list adopcyjny – podaje dane z dowodu osobistego i dumny jak paw opuszczam
mury schroniska z „Figusiem „ pod krawatem. Idziemy na przystanek autobusowy do Ustki,
mamy jeszcze ok. 30 m, macham ręką do kierowcy – niestety zostaliśmy na drodze sami.
Klnę w duchu jak szewc – następny autobus za 45 min.. Próbuje zatrzymywać jadące do Ustki
samochody, lecz widok faceta z psem na krawacie – wzbudza ogólną wesołość
/u przejeżdżających kierowców/, żaden nie zatrzymuje się.

Co robić? – przestałem już machać ręką, pogodziłem się z faktem czekania jeszcze ok. 30 min.
Nagle – elegancka Toyota ostro hamuje przed przystankiem.
– Pan do Ustki?
– Tak, a pan chyba miłośnik psów.
– No pewnie. Siadaj pan, pieska na kolana i jedziemy. Robię to co „zbawca” mi każe. Miła rozmowa -oczywiście o pieskach-
w trakcie 10 minutowej przejażdżki – zamienia się w szczegółowe pytanie.
– Gdzie pana wysadzić?
– Przy Klonowej. To druga ulica w prawo od wjazdu do Ustki. Kierowca zatrzymuje się
zgodnie z naszą rozmową. Wysiadam z samochodu wzbudzając u przechodniów
i sąsiadów kolejną falę wesołości. Dotarliśmy do domu, wchodząc do przedpokoju i słyszę
w głębi dużego pokoju telefoniczna rozmowę żony z córką. Puszczam psa z krawatem, ten
wpada do pokoju.
– Chwileczkę Julita, poczekaj muszę wygonić jakiegoś psa na krawacie, który wpadł do pokoju.
– Kochana żono – będziesz musiała nas obu wygonić z domu, bo to jest nasz piesek – wziąłem go ze schroniska. Pokazuje żonie list adopcyjny. Mocno zaskoczona żona przyjmuje nas na łono rodziny. /bo co ma zrobić – kocha pieski/ Kończy rozmowę z Edynburgiem
i zaczyna poznawać historię adopcji. Figo – imię nadała mu siostry córka – Małgosia , również wielbicielka jamników . Jej jamnik wabi się Luis – to już wszystko wiadomo.
Przez 2-3 tygodnie Figo jest idealny, posłuszny, ułożony. Załatwia się tylko poza domem.
Daje łapę – no wzór psa. Po tym okresie zaczyna się walka o przywództwo w stadzie.
Piesek otoczony czułą opieka żony zaczyna pokazywać różki. Powarkuje jak mu się coś nie
podoba. Zaczyna wymuszać posłuszeństwo na mnie gryząc mnie dotkliwie / do krwi/ w rękę. Zaczyna się bezpardonowa walka o władzę. Mały ale zażarty jamnik kontra niemniej
– zdeterminowany właściciel. Pozorna walka byka z parowozem – czyżby?
– Oglądam w TV na Animal Planet program „zaklinacza psów” – tam dowiaduję się o próbach
zdominowania właścicieli przez pieski. Wyciągam daleko idące wnioski z lekcji udzielanych przez Cesara Miliana. Przy kolejnej próbie ugryzienia przyciskam mu łeb do podłogi i trzymam tak długo, aż przestaje warczeć. /trwa to dobre 25 min./Po tym długim czasie Figo wstaje patrzy na mnie i udaje się na swoje posłanko. Zwycięstwo odniesione kosztem mojej przelanej krwi odmieniło nasze relacje. Figo zrozumiał, że nie tędy droga i od tej pory nie ugryzł mnie. Odwiedzający nas ludzie często pytają.
– Czy piesek gryzie? Odpowiadam im uczciwie i stanowczo.
– Nie – obcych nie gryzie – gryzie tylko gospodarza /co jest bezwzględną prawdą/.
– Często z żona wspominamy jego poprzednika Filonka, który zgodnie z hinduską religią i jej elementem reinkarnacji był chyba w poprzednim wcieleniu – „angielskim bankowcem”.
Odpowiedzialny, szlachetny i wrażliwy. Miał tylko jedną wadę – nikt nie mógł go ruszać jak był u mnie na kolanach – szczególnie moja wnuczka Martusia, która zajmowała w hierarchii stada ostatnie miejsce.
– Masz ładnie napisać o Figusiu- słyszę polecenie od małżonki, bo to jest mój pupilek . Mój kochany malutki przyjaciel.
– Idziemy spać Figo? Piesek macha ogonkiem i kieruje się w stronę swojego spanka -staje i czeka aż Gosia wyrówna mu posłanko i nakryje go całego kocykiem .

 

 

Tak okryty zwija się w kuleczkę i zasypia .
– Następnego dnia w domu „przewrót majowy” ,bo małżonka wybiera się się do dzieci mieszkających w Edynburgu. Wielkie kilkudniowe pakowanie i ważenie walizki nie ma końca. Co i rusz przybywa [bardzo ważnych prezentów] z których nie można zrezygnować. Niestety torba nie może ważyć więcej niż 10kg , gdyż za nadwagę linie lotnicze Ryanair biorą sowitą opłatę. Jak tu zmieścić wszystko dla Amelki ,Martusi i Bartka ,kiedy torba pęka w szwach- wszystko jest niezbędne, a waga dochodzi do 11kg.
– Gosia przeżywa męki Tantala – próbując rozstać się z jakąś niezwykle [ważną rzeczą].
– W końcu wpada na genialny pomysł i część rzeczy upycha w kieszeniach kurtki. Jazda na
lotnisko w Rębiechowie przebiega nadzwyczaj spokojnie.
Zostałem na gospodarstwie sam z Figusiem. Dni wloką się niemiłosiernie -jakoś sobie
radzimy. W niedziele- zaproszeni jesteśmy na obiad do przyjaciół Tereni i Grzesia Kardasów
mieszkających od kilku lat w Jarosławcu.
– Figo – jedziemy na spacerek! Na słowo spacerek piesek reaguje spontanicznym machaniem ogonka- pysk rozradowany widać ,że cały jest w skowronkach.
Po wspaniałym obiadku – idziemy na zasłużony spacerek nad morze. Figo spuszczony ze
smyczy ,buszuje w nadmorskich krzakach i biega po piasku. Z naprzeciwka widzę zbliżającą
się parę spacerowiczów z dwoma dużymi psami. Zbliżywszy się na jakieś 15-20 metrów
jeden z piesków [prawdopodobnie suczka] podbiega do Figusia i obwąchuje go. W ułamku
sekundy podbiega drugi i rzuca się zębami na moją psinę. Ten broni się jak może ,a ja stoję
jak słup soli i patrzę się na to. W końcu właścicielka napastnika rzuca się między walczące
psy i odciąga go na bezpieczną odległość, a ja i Tereska zabieramy się za ratowanie
poszkodowanego. Wygląda to strasznie ! Na zadzie wygryziony kawał skóry – rana o
średnicy 4-5 cm – krew się leje. Rana upaprana w brudnym piasku , który okleił ją
dokumentnie – okropieństwo.
Po chwili milczenia – atak słowny rozpoczyna właścicielka agresora stwierdzając, że
powinienem psa prowadzić na smyczy to nic by się nie stało. Ludzie trzymajcie mnie
bo nie wytrzymam!Trzeba być wyjątkowo bezczelnym , żeby za pogryzienie obarczać winą
poszkodowanego. Bąkam coś pod nosem , że to nie mój pies zaatakował -tylko pani i jak się
ma tak agresywne zwierzę to trzeba je prowadzić na smyczy, ale to do nich nie trafia i
widząc mnie zszokowanego – po prostu odchodzą.
– Co to za ludzie Grzesiek ? Pyta Tereska .
– Coś mi się widzi , że to miejscowi .Zawracamy do domu z krwawiącym psem na ręku. W domu oczywiście – przemywanie rany i szczegółowe jej oględziny. Na zadzie odkrywamy jeszcze liczne ślady po zębach napastnika. Krew przestaję płynąć-pies próbuje lizać zranione miejsce ,ale rana jest tak niefortunnie usytuowana
– że nie może pyskiem do niego dostać.
– Wracam do Ustki zrozpaczony – nie tylko stanem pieska ,ale jak tu zawiadomić żonę co się stało z jej pupilkiem. Następnego dnia rankiem jestem w przychodni
– weterynaryjnej -na zabiegu. Czyszczenie rany i zastrzyk , kończą naszą wizytę w gabinecie. Po kolejnych odwiedzinach widać wyraźną poprawę .Rana zaczyna się zabliźniać i pokrywać strupem. Po kilku dniach rozmawiam przez skype z Edynburgiem – opisuję przeżytą historię i pokazuje poranionego pieska .Żona zrozpaczona – wytyka mi, że jak tylko wyjedzie to zawsze coś złego musi się stać! Ripostuję modlitwą : „Aniele Boży stróżu mój – Ty zawsze przy mniej stój rano we dnie , oraz w nocy bądź nam zawsze ku pomocy i nigdy nas nie opuszczaj nas aż do śmierci. Kochany Aniele Stróżu . Amen

Serce Kobiety

0

SERCE KOBIETY

Jestem w Słupsku w biurze Regionu „Solidarności”w sprawie listu do premiera. Od przewodniczącego Staszka Sz.. dowiaduję się o stanie zdrowia Jurka B.

-Staszku przyrzekam Ci, że jutro postaram się odwiedzić go w domu.

-Pozdrów go ode mnie i życz mu dużo zdrowia.

-Masz to u mnie jak w banku.

Następnego dnia idę na ulicę Zieloną i szukam domu w którym mieszka .Od pani stojącej przy budynku o numerze 3 dowiaduję się ,że to właśnie tu . Dzwonię jeden raz ,tak jak jest napisane na wizytówce /bo do jego byłej żony / dzwonić 2 razy. Po dłuższej chwili słyszę człapanie.

-Jurek to ja Andrzej – mówię przez drzwi. W otwartych drzwiach staje zgarbiony i chudziutki staruszek z laseczką i w kapciach. Wchodzę witając się z nim.

- Jurek czy ty mnie poznajesz?

-No pewnie „wychrypiał”

Słów dobrze nie dosłyszałem, raczej się domyśliłem. Głos a właściwie rzężenie przerywane „delikatnie mówiąc” chrapaniem.

O Boże- co się z niego zrobiło? Wchodzę do środka pokoju, zdejmuję kurtkę, rękawiczki, siadam na krześle i zaczynam rozmowę.

Widząc go w takim stanie pytam:

- Jurek co mogę dla ciebie zrobić? Patrzy na mnie dziwnie. Widzę ogromny wysiłek, żeby wyrzucić z siebie kilka słów. Dwa chrapliwe oddechy i trzy bełkotliwe słowa, które rozszyfrowuje jako:

- Masz samochód ?

- Mam.

-Tu bełkotliwa jego wypowiedź, nic z tego nie zrozumiałem. Przesuwam krzesło jeszcze bliżej niego,siedzę w odległości 50 cm – może będę lepiej słyszał, bo wstydzę się powiedzieć mu, by powtórzył mi to co mówi. Pokazuje mi swoją „ostatnia wolę „.Wśród 7 punktów napisanych na maszynie największe wrażenie wywarły na mnie punkty dotyczące

pochówku,informacji o udziale delegacji i sztandarów „Solidarności”, jak również precyzyjnie sformułowana treść napisu na nagrobku cytuję: Ś. P. Jerzy B. urodzony 27.05.1946r…………. Ostatni Przewodniczący „Solidarności”w Stoczni Ustka .Prosi o pamięć i modlitwę.

Wykonawstwo mojej ostatniej woli powierzam moim synom Arkadiuszowi,Markowi i Sebastianowi. Potem w krótkich żołnierskich słowach- pada rozkaz -synkowie wykonać.

Niestety Sebastian już nie wykona woli Ojca bo ginie w 2012 roku w wypadku samochodowym.

W trakcie rozmowy dowiaduję się, że pojednał się z Panem Bogiem, przyjął komunię i ostatnie namaszczenie.

W spokoju opowiada, że pogodzony jest ze światem i nie boi się śmierci.

Podziwiam jego spokój i postawę wobec nieuchronnego odejścia.

-Jurek czy ktoś Cię odwiedza – pytam?

Z bełkotu wydobywającego się z jego gardła domyślam się, że nie. Trudno wyrazić co czuję. Patrzę na odchodzącego w niebyt działacza – społecznika, którego w tych najtrudniejszych

chwilach życia wszyscy opuścili. Szlag mnie trafia jak widzę schorowanego, samotnego starca, którego los nikogo już nie obchodzi! Wielu ludziom był potrzebny, kiedy był w pełni sił – a teraz?

Wstaję z krzesła, prostuje nogi i oglądam ścianę pełną różnorodnych podziękowań, dyplomów i fotografii. Skupiam się na jednej, tej z Lechem Wałęsą.

-Gdzie zrobiono Ci to zdjęcie z Wałęsą?

W Słupsku „wybełkotał”. Na zdjęciu profilem stoją Jurek B. z brodą i Wałęsa z charakterystycznym wąsem.

Jurek powiedz mi prawdę – tak jak na spowiedzi. Dlaczego zrobiłeś mi kilka świństw w okresie jak byłem przewodniczącym MKK „Solidarność” Podregionu Ustka? Wiesz, że Cię bardzo lubiłem.

- Za co ty mnie lubiłeś?

- Nie wiem. To trudne pytanie, na które nie umiem racjonalnie odpowiedzieć.

Zastanawiam się przez dłuższą chwilę i dochodzę do wniosku ,że pomimo dużych różnic w spojrzeniu na wiele nurtujących nas spraw – łączyła nas jedna zasadnicza sprawa -wrażliwość na krzywdę ludzką.

-Podziwiam go za odwagę i spokój w podejściu do sprawy nieubłaganego odejścia i pogodzenia się z losem. Nie pasuje mi to do jego osobowości – wiecznego nieustępliwego wojownika ciągle walczącego z wrogami- niejednokrotnie urojonymi.

Drżącymi rękami bierze papierosa i zapala go. .Po zaciągnięciu się dymem – następuje gwałtowny atak kaszlu – oczy wychodzą mu z orbit. Nie może złapać oddechu

okropne rzężenie , bije się mocno w piersi i macha gwałtownie rękoma – chcę dzwonić po pogotowie sądząc ,że to agonia. Rękoma daje mi znaki, żebym nie dzwonił. W końcu odkrztusza duży kawał flegmy. Z ust kapie mu ślina – wyciera usta chusteczką . Powoli uspakaja się. Długo dochodzę do siebie – to było straszne !

-Jurek po co ci te papierosy, ty oddychać nie możesz, a palisz jakbyś był całkowicie zdrowy?

-Będę palił ! Do końca dni moich.

-Wracając do tematu , kto się tobą teraz opiekuje – bo widzę ,że masz porządek, jesteś umyty

i zadbany.

Spojrzał na mnie trochę dziwnie . Z bełkotu zrozumiałem tylko tyle, że prawdopodobnie wymienił imię swojej byłej żony.

-Myje mnie i ubiera.

Pamiętam te czasy- jaki Ty byłeś dla niej niedobry, ba mało powiedziane niedobry?

-Popatrz – ile ta drobna i niepozorna kobieta okazała ci serca ile w niej bezgranicznej dobroci.

Wiesz teraz dobrze ,że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie .

-Ile ty masz emerytury- rozmawialiśmy kiedyś to wiem że1700-1800.

-Mam1100.Bo 600 zabiera komornik.

-Za co ci zabiera te 600zł .

-Zaciągnąłem w bankach kredyt 28000 zł ,który na skutek niesystematycznego spłacania rat urósł do kwoty 50000.Mam zajęcie komornicze również pokoju w którym mieszkam. Szlak człowieka trafia jak zgodnie z literą prawa -stojącemu nad grobem człowiekowi bezduszny komornik zabiera

prawie połowę emerytury , ale c`est la vie.

_Muszę już iść jestem tu u Ciebie prawie trzy godziny, jeżeli pozwolisz to skseruję twoją ostatnią wolę i informację o twojej nieuleczalnej chorobie. Wpadnę do Ciebie za 2 dni i przyniosę Ci fragment rozdziału „Opatrzność czy przeznaczenie”.

-Dobrze.

Zgodnie z umową -odwiedzam go powtórnie – dając do przeczytania część rozdziału „Opatrzność czy przeznaczenie”- idę porozmawiać z jego byłą żoną.

-Dzień dobry.

-Witam – proszę niech pan spocznie, może herbatkę zrobić?

-Nie dziękuję bardzo.

-Pani Kazimiero .Piszę książkę , której roboczy tytuł brzmi -cytuję: „Ślad na piasku”, chcę część jednego z rozdziałów poświęcić Jurkowi, ale żeby jak najbardziej zbliżyć się do prawdy muszę poznać zdanie drugiej strony , czyli jego byłej żony.

Jaki On był naprawdę w stosunkach rodzinnych. Uprzedziłem jego , że będę o nim rozmawiał również z panią. To co usłyszałem-wstrząsnęło mną dogłębnie.

-Wiem , że nadużywał alkohol .

-Ale nigdy w domu?Przychodził podpity lub pijany- bił mnie wtedy – o byle co. Raz uszkodził mnie górną szczękę .Innym razem ,będąc w ciąży tak mnie pobił ,że Marek urodził się w 8 miesiącu.

Rozmawiamy o jej losach -o rozwodzie ,o jej życiu prywatnym,tragicznym wypadku syna Sebastiana ,o pozostałych synach Marku i Arkadiuszu. Oglądam oprawione w ramki ich zdjęcia ślubne. W końcu zdobywam się na odwagę i zadaję jej to pytanie?

-Dlaczego pani opiekuję się człowiekiem ,od którego doznała pani tyle krzywd, tego zrozumieć nie potrafię?Popatrzyła na mnie tym rozczulającym wzrokiem i powiedziała.

-Przecież to jest ojciec moich dzieci!

Podczas kolejnej wizyty -oddaję jemu skserowane dokumenty ostatniej jego woli i historii choroby.

-Andrzej -mam do ciebie prośbę , a właściwie dwie. Jedna dotyczy pochówku na cmentarzu w Ustce.

-Nie rozumiem?

-Ty masz znajomego Edka R. on jest zarządcą usteckiego cmentarza.

-Jurek mogę Cię zapewnić ,że pójdę do niego i porozmawiam, ale nie jestem władny Ci to załatwić ,bo to nie ode mnie zależy.

-Druga sprawa dotyczy Biura Opieki Społecznej-czy mam szanse na jakąś zapomogę?

-O.K. jutro tam pójdę .Żegnam Cię ,bo śpieszę się na obiad. Zdrówka życzę. Trzymaj się.

Po obiedzie -rozgorzała zażarta dyskusja z małżonką na jego temat.

-Wiesz-dziwię się ,że tak się litujesz nad pijakiem ,który tyle krzywd zrobił swojej żonie i dzieciom. Zapomniałeś ile świństw zrobił tobie ,a ty się nad nim tak rozczulasz . Wiem co to życie z pijakiem. Mam prawo tak mówić!

-Wiesz Gosiu,żyjemy w kraju demokratycznym i każdy ma potencjalnie prawo do swobodnego wypowiadania poglądów na każdy temat. Twoje zacietrzewienie nie pozwala ci jednak na sprawiedliwą ocenę jego osoby. Pozwolisz , że przytoczę tu pewne motto życiowe mojej nieżyjącej już wspaniałej polonistki cytuję:Każdy człowiek składa się z pół świni i pół orła.

Ważne jest tylko to , aby część tego szlachetnego ptaka była znacząco większa od tej drugiej.

-Odkryłaś jego drugie oblicze pijaka i damskiego boksera ,krzywdzącego żonę i dzieci. Każde z nas inaczej Go postrzega ,ale sprawiedliwy sąd nad nim wyda tylko ten co nad nami.

Obrońca i norka patriotka

1

Obrońca i norka patriotka

 

Piękny poranek – pogoda ustabilizowała się na tyle, że nie padało od kilku dni. Niewielkie połacie śniegu leżały tylko w głębokich zagłębieniach gruntu i gęstych krzewach.
– luty tamtego roku był wyjątkowo ciepły i nic nie wskazywało na to ,że spacer z moim jamnikiem zapadnie mi tak głęboko w pamięci.
– Idziemy na spacerek piesku! Na dźwięk słowa spacerek Filonek zaczyna swój radosny taniec „Świętego Wita” i dopiero po założeniu smyczy uspakaja się nieco. Idziemy raźno po chodniku, dopiero przed przejściem dla pieszych musimy się zatrzymać na dłuższą chwilę.
– Piesku, pieseczku nie denerwuj się tak – widzisz jaki ruch na szosie – musimy poczekać.
Idziemy dosyć szybko, w dobrym tempie zalecanym przez lekarzy – 3 mile na godzinę. Filon jest w swoim żywiole, buszuje w krzakach raz go widzę po prawej, raz po lewej stronie ścieżki. Ile on kilometrów zrobi na tych swoich krótkich nóżkach. Na ścieżce od czasu do czasu omijamy niezbyt liczne kałuże, potem przejście przez tor kolejowy, ostry skręt w lewo i wchodzimy do lasu bukowego. Długi odcinek ścieżki prowadzi nas wzdłuż torów do omurowanego zagłębienia ujścia lokalnego strumyka do Słupi. Rzeka dziś dość niespokojna, a jej stan dość wysoki. Brunatne wody mają stąd jeszcze tylko 3 km meandrów, do ujścia w morze. Na środku rzeki utworzyła się wysepka ze splątanych korzeni zwalonych drzew, na której nawet porastają jakieś chwasty? Wkraczamy do Rezerwatu Buczyny Nizinnej.
– Filonek zachowuj się jesteś w rezerwacie. Tu „bracie” kopanie nornic i kretów jest prawnie zabronione.
– Co protestujesz? Głośne hau, hau nic tu nie pomoże. Widziałeś tablice.
– Co nie ma tablic? Przedwczoraj jeszcze były. Dostrzegam tylko dwa dołki po wyjętych słupkach. Szlag człowiek trafia patrząc na taki wandalizm! Idziemy dalej, dróżka prowadzi
teraz z górki. Filon rozpędzony mija mnie jak burza. Idziemy dalej, jeszcze tylko przejście przez niewielki strumyczek, który tworzy małe bagienko na dróżce. Dla ułatwienia przejścia – chyba leśnicy położyli kilka kołków brzozowych. Niestety upływający czas i woda zrobiły swoje. Drzewo zaczęło gnić i trzeba dobrze uważać, żeby się nie osunąć w niezbyt miłe błotko. Szczególną ostrożność /przy przechodzeniu/ zachowuje Filonek. Głowa nisko spuszczona. Pomalutku łapka za łapką stawia na palikach. Najlepiej widać z jakim skupieniem wykonuje tę czynność – boisz się Filonku? Oj! Chyba tak. Jasne, bo na ścieżce miałeś postawę – luzaka. No, ale przejście przez bagienko za nami, jeszcze tylko mała górka i zbliżamy się do drewnianego mostku na Słupi. Stojące duże tablice grożą konsekwencjami wejścia na kładkę! Filonek tym razem biegnie pierwszy na drugi brzeg. Tak to jest jak ktoś czytać nie umie? Nie wie co mu grozi. Idę w jego ślady, pal diabli konsekwencje i Urząd Gminy , który biedny nie ma pieniędzy na jej naprawę.
Z jednej strony brak środków na odbudowę kładki, z drugiej podejrzenia o wzięcie łapówek przez wójta. Kilka spraw w sądzie. Centralne Biuro Śledcze prowadzi dochodzenie – to wszystko szara rzeczywistość! Po drugiej stronie Słupi – krótka prosta i jesteśmy w Wodnicy. Droga główna w tym miejscu jest już droga polną. Skręt w lewo. Idziemy do Kolonii Wodnica. Kilka domków n górce, oddalonych jakieś 1,5 km od ostatniego domu tej długiej wsi. Dochodzimy do domków – widok przerażający, po obu stronach drogi stoją rozkładające się szczątki jakiś maszyn. Istne składowisko złomu. Coś strasznego! Idziemy dalej. Filon trzyma się przy nodze, bo straszliwie obszczekały nas psy zagrodowe. Niektóre nieuwiązane zbliżają się do nas na niewielką odległość i ujadają.
Filonek drapie mnie w nogę. To znak, że chce na ręce. Oj ty mój odważny pieseczku. Mijamy ostatnie domostwo Kolonii. Ucichło ujadanie, idziemy po łące wzdłuż rowu melioracyjnego do najbliższego lasu bukowego. Naraz drogę do lasu zagradza nam spora /jak na nasze możliwości/ rzeczka Potynia. Odbijamy w prawo w poszukiwaniu mostku.

 

Trudno to nawet nazwać mostkiem -studzienna cembrowina przykryta dwiema betonowymi płytami. Omijamy liczne kałuże i jeszcze liczniejsze koleiny , po jeżdżących traktorach.
Glina lepi się do butów. Mój „niskoskopodwoziowiec” wcale się tym nie przejmuje i brnie odważnie po tym błocie. No pieseczku będziesz ty miał w domu eleganckie kompanko – którego tak nie lubisz. Las bukowy kończy się -przed nami duża polana, a na jej skraju domek. Nigdy bym nie przypuszczał , że w tej głuszy może ktoś mieszkać.
-Domek z muru pruskiego przypomina mi raczej chatkę „baby jagi”. Trochę krzywy, przygarbiony jak wiekowy starzec -pochylony pod ciężarem przebytych lat. Szyby w oknach i jakieś szmatki imitujące firanki -świadczą , że ktoś tu mieszka.
Przed domem ogródek, parę rachitycznych drzewek owocowych- ogrodzonych zardzewiałą siatką. Na podwórku wala się sterta gałęzi, część porąbana na mniejsze kawałki-przygotowane do palenia.
Na drzwiach domu – skobel i potężna kłódka świadczą, że gospodarza nie ma w domu.
Zaglądam przez brudne jak cholera szyby do środka. Niewiele widać- jakieś sprzęty kuchenne i szafki. Z sufitu zwisa ,równie czysta jak szyby okienne -lampa. Jeszcze raz lustruję chatkę i widzę w narożniku numer-Pęplino 86 ,a więc jestem u celu naszej wyprawy. Zaciekawiony zadaję sobie pytanie – kto tutaj mieszka? Idziemy dalej, rozjeżdżona przez traktory /wożące z lasu drzewo/ droga przypomina mi poligon wojskowy.
Skręcam na równolegle idącą do drogi ścieżkę, wijącą się przez zagajnik bukowy. Po przejściu /100-150m/ za kolejny zakręt staję jak wryty. Na środku ścieżki w odległości 4-5 m stoi olbrzymi dzik. Locha w głęboko zaawansowanej ciąży. Patrzymy na siebie zaskoczeni tą niecodzienną sytuacją. Przez głowę w trybie super ekspresowym przelatuje mi dziesiątki myśli.
– Co robić?
– Rozwiązuje problem dzik, skręcając w las.
– Po przebiegnięciu dwu kroków, pada jak ścięty piorunem. Dopiero teraz zauważam, że dzik
ma w miejscu gdzie u człowieka jest szyja zaciśniętą pętle z linki stalowej. Linka uwiązana jest do dość grubego / jak na zagajnik/ buka.. Jeszcze kilka, może kilkanaście szarpnięć i locha leżąc na grzbiecie zaczyna się dusić. Wpijająca się w ciało stalowa linka – odcięła jej dopływ tlenu do tchawicy. Straszliwy charkot i przebieranie nogami, świadczy o agonii zwierzęcia.
_ Patrzę na to jak zamurowany.
_ Kierowany nie wiem czym, chyba litością w ułamku sekundy podejmuję decyzję o ratowaniu ciężarnej samicy, która już się nie porusza! Ściągam rękawice i próbuję poluzować pętlę.
_ Próba się nie udaje, gdyż napięta linka na to nie pozwala.
_ Zmieniam taktykę. Podskakuję do drzewa i odplątuje miedziany drut, którym owinięte są
końcowe zwoje stalowej linki. Uwolniony ostatni zwój linki gwałtownie rozpręża się i jej ostre zakończenie uderza mnie w rękę.
_ Krew się leje ze skaleczonej dłoni /biorę leki przeciwzakrzepowe/, lecz nie ustaję w próbach ściągnięcia, głęboko wżynającej się w ciało dzika linki.
_ Kolejna próba daje efekt. Poluzowałem linkę może 5-7 cm. Zwierzę odetchnęło głęboko . Kolejne oddechy głośne,lecz spokojniejsze. Żyje hura, hura! Zaczynam tamować krew płynącą z ręki, robię to chusteczką od nosa, bo nie mam nic lepszego. Nagle locha zrywa się na nogi. Widzę jej przekrwione oczy i zakrwawiony pysk, którym próbowała przegryźć linkę. Otwiera go nieznacznie i zaczyna szarżować na mnie!
Cofam się do tyłu ciągle patrząc na nią. Potykam się o gęsto rosnące młode buki. Kolejny atak lochy! Podbiega w moim kierunku. Widząc to Filon, wchodzi ostro do akcji i rzuca się w kierunku dzika. Odżył w nim instynkt myśliwski , czy może solidarność z zagrożonym panem?
Atak Filona pozwolił mi na wycofanie się na bezpieczną odległość. Dzik atakuje psa, który chowa się za krzaczkiem obszczekując go zajadle! Nigdy nie przypuszczałbym, że mam takiego dzielnego pieska.

 

Malutki jamnik długowłosy ratuje swego pana. To temat na artykuł w czasopiśmie, ale to fakt.
Przerażony dzik, spojrzał na mnie. Stoję jakieś 10 m od niego i na psa, który ujada jak cholera. Odwraca się i biegnie w głąb zagajnika.
– Szukam rękawiczki, która gdzieś mi się zapodziała,jak wycofywałem się z miejsca ataku. Znajduję ją obok drzewa do którego kłusownik umocował linkę. Dopiero teraz mogę się przyjrzeć spokojnie temu miejscu. Wokół 20 cm pnia buka wszystkie mniejsze drzewka są wyrwane lub wycięte zębami dzika. Musiał stać w tej pętli dłuższy czas, żeby tego dokonać. Pierwsze myśli, które mnie nachodzą – „masz zapłatę za uratowanie jej życia”. Ty ją ratujesz, a ona zamiast być wdzięczny -atakuje. No tak ,ale skąd locha mogła wiedzieć ,że to nie ja zastawiłem na nią wnyki?
– Jest wytłumaczalne jej zachowanie . Pomału dochodzę do siebie, po tym gwałtownym i
dużym przypływie adrenaliny. Głaszcze mojego jamnika – chwaląc go za odwagę i „wielkie serce”, które okazał w obronie pana. Krew z ręki jeszcze się sączy, choć nieco mniej. Serce już tak szybko
nie bije. Uspakajam się.
_ Zmiana decyzji nie idę dalej – postanawiam zawrócić do domu. Idę inna drogą, niż tą, którą szedłem. Skrajem lasu dochodzę do polnej drogi Pęplino – Wodnica i tą już spokojnie wracam do Wodnicy. Stąd przez mostek, bukowy las do Ustki.
Jesteśmy w domu. Zanim opowiem żonie nasza przygodę słyszę…
– Jak ty wyglądasz Filonku? Jedna kupa błota, aleś go urządził. Spod warstwy brązowego błotka jawi się mordka, korpus oraz ogonek dzisiejszego bohatera .
Dopiero teraz po przemyciu i dezynfekcji dłoni mogę opowiedzieć żonie o naszej nieprawdopodobnej przygodzie.
Za kilka dni jestem z wizytą u Andrzeja Ż.. W trakcie „private relatione” opowiadam mu moją historię. Umawiamy się na wycieczkę rowerową. Proponuję wyprawę do Pęplina – szlakiem niedawnej przygody.
-Przy okazji pokażę ci miejsce „przestępstwa” z wyrwanymi drzewkami-wokół pnia ,do którego zamocowano pętle. Dobrze-nie ma sprawy,przyjadę do ciebie o 10 .
-No to jesteśmy umówieni. Andrzej jak zwykle przyjeżdża punktualnie ,pompujemy koła w moim rowerze szykując się do jazdy.
-Filonek -wdzięczy się i merda ogonkiem sądząc , że zabiorę go na kolejny spacerek. Brutalne słowa -musisz zostać-wypowiedziane zdecydowanym głosem sprawiły, że piesek odwraca się i ze spuszczonym ogonkiem oddala się na dwa kroki. Odjeżdżając- widzę śledzące mnie smutne i zawiedzione ,lecz jakże wierne psie oczy. Jedziemy szlakiem rowerowym do Wodnicy. Ścieżka już przeschła na tyle, że jazda jest bardzo przyjemna. Po drodze ,a szczególnie na prostych odcinkach,
ucinamy sobie gadu-gadu w tematyce o wszystkim i o niczym.
-W Wodnicy jak zwykle skręt w lewo -długa prosta i ostry podjazd pod górkę.
Tradycyjnie obszczekani przez psy – jesteśmy na dróżce do Pęplina. Jazda przez łąki rozjeżdżone traktorami okazuje się niezbyt przyjemna. Co chwilę schodzimy z rowerów, bo koleiny i błoto uniemożliwiają nam spokojną jazdę. Koła miejscami oblepione glina, że „nie idzie jechać”. Jesteśmy przed domkiem „Robinsona”. Z domku wychodzi gospodarz. Jowialny pan o czerwonej twarzy i mocno zaokrąglonym brzuchu – istny Pikwick z powieści Dickensa.
– Dzień dobry! Poznaj Andrzej gospodarza „leśnej głuszy”
– Leopold jestem!
– Bardzo mi miło A.Ż.
Po krótkim wstępie rozmowa potoczyła się na tematy nurtujące wszystkich Polaków.
_ Jak pan tu żyje?
Widzicie jakoś leci – prąd jest, opał też, a mało to zwierzyny w lesie?

– Wie Pan mój kolega miał w tu w lesie taka przygodę! Lekki kopniak, który zaserwowałem Andrzejowi w nogę, przywrócił mu zdolność kojarzenia. Przecież do cholery to kłusownik myślę sobie – tym powiedzeniem przyznał się do wszystkiego!. Andrzej też „zaskoczył” i zmienił temat rozmowy. Dalszą drogę pokonaliśmy nie skupiając się już na „drażliwym temacie”, dopiero po rozstaniu się z Leopoldem rozgorzała dyskusja na temat kłusownika.
– No niewiele brakowało, abyś mnie wydał.
– Popatrz no nie wygląda na kłusownika.
– Jak na bezrobotnego – żyjącego z 50 zł zapomogi tez nie wygląda. To prawda „rzucająca
się w oczy”.
_ Szkoda, że nie mogliśmy obejrzeć miejsca zdarzenia.
_ Trzeba było nie prowadzić emocjonującej dyskusji z kłusownikiem, to byś zobaczył – zripostowałem. Dyskurs na temat kłusowania trwał jeszcze przez długi czas drogi powrotnej i oscylował pomiędzy skrajnym potępieniem, a próbą wytłumaczenia jego zachowania. Z tematu egzystencjonalnego przeskoczyliśmy na temat patriotyczny.
_ Opowiem ci Andrzeju historię o przemiłym zwierzątku zwanym norką.
_ Co to ma wspólnego z patriotyzmem?- Poczekaj na zakończenie opowieści, strasznie jesteś niecierpliwy. Do mojej sympatii Haliny Ś. Ze Słupska przyjechała rodzina z Rosji. Ciotka z córką Walą. Było piękne lato – czekając na sympatię poszedłem w głąb ogródka do klatek z hodowanymi przez jej rodziców norkami. Tam zastałem oglądającą zwierzątka Walę.
_ Zdrastwuj Wala.
_ Zdrastwujcie.
_ Nu szto tiebia nrawitsa eti zwiery?
_ Da oczeń.
_ Nu paczemu ty nie gawarisz po polsku? Mat twaja Polka, aciec toże Polak.
_ A ja Ruska! Odparowała Wala.
Odpowiedź Wali zaskoczyła mnie do tego stopnia, że przez chwilę stałem jak zamurowany. Swoja stanowczością dowiodła jak silną indokrynację przeszła, że ona drugie pokolenie nie mówi po polsku. Wyjąłem z klatki jedną z norek wiedząc, że jest obłaskawiona i nie gryzie. Trzymam ją na ręku i głaszcze jej bardzo miłe w dotyku futerko. Wala również zapragnęła pogłaskać zwierzątko i wyciągnęła rękę w stronę norki.
Błyskawiczny ruch głowy i palec Wali znalazł się w dobrze uzębionym pyszczku małego drapieżnika. Wala krzyczy w niebo głosy, a nasza norka szarpie palec i nie puszcza. Za każdym szarpnięciem zęby wbijają się w kciuk coraz mocniej. Schylam się ciągle trzymając norkę na ręku, a ze mną Wala, którą trzyma za palec norka. Znalezionym patykiem podważam mały pyszczek, który w końcu uwalnia nieszczęśliwy palec. Wpuszczam norkę do klatki i oglądam ranną Walę.
_ Dlaczego ona mnie ugryzła – wredna!
_ Bo to jest norka patriotka.
_ Co to jest patriotka?
_ No wiesz Wala – jak Ci to prosto wytłumaczyć?
_ To jest polska norka – wychowana w duchu patriotycznym. Ona po prostu Ruskich nie lubi!

OPATRZNOŚĆ czy PRZEZNACZENIE?

6

Jadę do Warszawy, pociągiem relacji Kołobrzeg-Kraków. Na peronie żegna mnie Małgosia ze łzami w oczach-pocieszając, że wszystko będzie dobrze, wierzę w to głęboko choć cel wyjazdu Instytut Onkologii nie budzi dobrych skojarzeń.

W Słupsku większość przedziałów prawie pusta,wsiadam i zajmuję miejsce przy oknie . Naprzeciwko siedzi młoda kobieta – niezbyt urodziwa, ale jak się potem okazało o gołębim sercu.

Po wymianie zdawkowych uwag o celu podróży , poczułem lekki głód i zacząłem szukać przygotowanych kanapek .Rozczarowany poszukiwaniami , dzwonię do żony  z komórki i dowiaduję się , że kanapki zostały w domu.

Słysząc to sąsiadka zadeklarowała swoją pomoc .

-Podzielę się z panem – szepnęła.

-Dziękuję nie odmówię.

-Proszę bardzo-powiedziała podając mi jedno ze swoich kanapek.

Następne przystanki wypełniają przedział, jedną z pasażerek jest starsza zakonnica, siedząca w drugim końcu przy wejściu.

Drzwi do przedziału otwiera steward z wózkiem .

-Kawa,herbata,czekolada, kakao.

Zakonnica zamawia kawę dla siebie i siedzącej obok sąsiadki.

-A pan co pije?

-Ja poproszę herbatę.

Przy płaceniu- zakonnica nie chce wziąć pieniążków, mówi,że jeszcze dziś nie zrobiła żadnego dobrego uczynku.Ten będzie pierwszy.

-Dziękuję bardzo,tyle tylko mogę zrobić- no może będę mógł jeszcze siostrze opowiedzieć nieprawdopodobną historię, która wydarzyła  się w moim życiu.

Był rok 1967 studiowałem wtedy w Olsztynie ,wraz z moją pierwszą żoną Teresą, któregoś dnia zapytała mnie ,czy pojadę z nią na ślub jej kuzyna Tadeusza Mrówki do Warszawy.

W związku z dużym opóźnieniem pociągu  nie zdążyliśmy na początek ceremonii. Trafiliśmy zatem  na salę z sutą zastawionymi stołami gdzie były 3 wolne krzesła, które zajęliśmy .

Po mojej lewej stronie siedział starszy pan w wieku 50-60 lat.

Toasty wznoszone przez gości- ośmieliły mnie do rozpoczęcia rozmowy z sąsiadem.

-Ja też jestem w jakiś sposób związany z Warszawą zagaiłem rozmowę.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie , ale pozwolił na kontynuację wynurzeń.

-Tu jest pochowany mój ojciec ,który zginął w 1939r. W obronie Warszawy.

-Ja też walczyłem w obronie Warszawy-odpowiedział.

-Mój ojciec walczył na Pradze,w Pułku Dzieci Warszawy ,do którego został wcielony po bitwie pod Mławą, gdzie XX Dywizja Piechoty,w skład której wchodził jego Działdowski Batalion Obrony Narodowej poniosła ogromne straty i jej niedobitki przebiły się do Legionowa, a potem do Warszawy.

-A jak nazywał się pana ojciec, bo ja też byłem w Pułku Dzieci Warszawy i walczyłem w okolicy dzielnicy Utrata na Pradze.

Tak jak ja Andrzej Urban,noszę po nim imię-odpowiedziałem.

Po mojej wypowiedzi zapadła cisza, a sąsiad siedział zszokowany i milczał jak grób. Po upływie dłuższego czasu -cedząc słowa powiedział.

-Ja byłem świadkiem śmierci pańskiego ojca .

Szok tym razem ogarnął mnie,zbladłem nie mogąc z siebie wydusić słowa .W tym momencie czułem się jak bokser po otrzymaniu piekielnego ciosu w głowę -zaniemówiłem.

Siedziałem tak przez dłuższą chwilę w końcu przemówiłem.

-Jak to?

Wiem z relacji mojej matki, której koledzy ojca zwrócili zegarek i obrączkę, że zginął 28 września 1939  r. w ataku na bagnety dostając pociskiem w usta. Dokładnie w miesiąc po rozpaczliwym pożegnaniu w Wylazłowie .

-Niech pan powie jak to było , skoro pan był przy jego śmierci?

-Jest wesele ,nie jest to dobra pora rozpamiętywania tak tragicznych wspomnień.

Proszę mnie nie naciskać, powiem to panu jutro, niech pan przyjdzie do mojego domu na kawę.

Pożyczył od gospodarza długopis i wręczył mi karteczkę z adresem swojego domu. Emocję ,których doświadczyłem uniemożliwiły mi sen [noc miałem z głowy]

Następnego dnia zjawiłem się u mojego weselnego rozmówcy, podawszy kawę zaczął snuć dalszą część opowieści.

W pierwszej kolejności, zweryfikował opowieść mojej matki co do wojskowego stopnia mojego ojca, który według mojego interlokutora miał stopień starszego sierżanta.

-Ja byłem jego podkomendnym, pamiętam dobrze jego wzburzenie po ogłoszeniu decyzji kapitulacji Warszawy. Nie mógł się z tym pogodzić, gdyż na naszym odcinku Niemcy nie zanotowali żadnych sukcesów. Rozkaz jednak to rozkaz i zrobiwszy zbiórkę plutonu odprowadził nas na punkt zdawania broni. Karabiny ustawialiśmy w kozły lub rzucaliśmy na stos, podoficerowie i oficerowie pistolety wrzucali do wiklinowych koszy stojących w pobliżu.

Ojciec pana – wyjął pistolet z kabury i spokojnym ruchem wsadził do ust naciskając na spust. Wystrzał – nawet niezbyt głośny i cichy stuk upadającego ciała wzbudziły poruszenie w szeregach stojących nieopodal oficerów i żołnierzy . W kilka chwil wokół leżącego ciała zaczęli gromadzić się żołnierze otaczając go coraz większym kręgiem .Stojący bliżej pozdejmowali z głów rogatywki ,cisnący się z tyłu dopytywali się -co się stało ,co się stało?

-Ktoś się postrzelił!

-Sanitariusz, gdzie są sanitariusze-rozległy się głosy. Do otaczającego ciało tłumu zaczęli przeciskać się dwaj sanitariusz z torbami. Dobrnąwszy do środka -pokiwali przecząco głowami- jakby chcieli powiedzieć , my tu już nie jesteśmy potrzebni .Do stojącego zbiegowiska podbiega jakiś oficer niemiecki,w stopniu kapitana ,wyjmuje z kabury pistolet i ruchami rąk i okrzykami raus, raus ,raus- zaczął rozpędzać rosnący tłum.Krzyknął do stojących w pobliżu żołnierzy niemieckich żeby przynieśli nosze , na które my Polacy złożyliśmy zwłoki pańskiego ojca. Hauptman wydał kolejny rozkaz o przykryciu ciała kocem i odniesieniu go w pobliże stojących nieopodal ciężarówek. Tłum żołnierzy ponaglany przez Niemców powoli rozchodził się do szeregów i tylko tam prowadzono ściszone rozmowy .Kto to był- kto popełnił to samobójstwo-to nurtujące wszystkich pytanie , przewijało się w różnych konfiguracjach wśród zgromadzonych.W końcu -ktoś z jego plutonu -wymienia nic nie mówiące nazwisko-Urban.Urban nazwisko to jak echo powtarzane w kolejnych szeregach-Starszy sierżant Andrzej Urban. Choć nie urodziłeś się w Warszawie,a w dalekim Galowie, ale teraz już jesteś na pewno pełnoprawnym żołnierzem Pułku Dzieci Warszawy.  Przy śmierci pana ojca było jeszcze wielu kolegów, mam kontakt ze Staszkiem z Siedlec,który ma tam zakład stolarski, może potwierdzić moją opowieść- chce pan jego adres?

-Oczywiście – ołówkiem zanotowałem jego adres na okładce książeczki PKO. Silne emocje, których doznałem spowodowały, że wszystko zaczęło mi się układać w jedną logiczną całość.

Daty zgonu ojca nigdy nie łączyłem z kapitulacją Warszawy, ponieważ wiedza moja w tym temacie nie była wystarczająco dobra.. Przecież to co przekazano matce było tylko półprawdą.

Rozumiem też intencje posłańca, niechcącego przysporzyć jej większego bólu. Podał jej wersję bardziej strawną dla wdowy.

Przez długie lata nie mogłem pogodzić się z decyzją ojca.

Wiem, że wiedział o ciąży żony. Zmobilizowany 28 sierpnia . Matka była  już wtedy w  trzecim  miesiącu ciąży. Ślub majowy grób gotowy – tak mi mówiła moja matka mająca obecnie 96 lat.

Po latach zrozumiałem, że  postępowanie  Ojca wynikło z wychowania w idei miłości Ojczyzny, którą tak ukochał – przecież był zagorzałym piłsudczykiem. Początkowo oprócz informacji o śmierci Ojca nie wiedzieliśmy na jakim cmentarzu złożyli jego prochy. Dopiero siostra Hanka mieszkająca w Warszawie , na moja prośbę wszczęła poszukiwania grobu. W końcu odszukała jego pochówek na Cmentarzu Bródnowskim w grobie NN.

W tej alei są 2 groby NN /w jednym pochowano 18 , a w drugim 11 żołnierzy/. .

Stoję pomiędzy dwoma pomnikami i zadaję sobie pytanie „gdzie leżysz ojcze” ?

Przeczucie podpowiedziało mi , że w tym drugim/11 żołnierzy/.

Przykro mi, że ja Twój pośmiertny potomek nie mogę Ci wystawić nawet skromnego pomnika upamiętniającego Twoja bohaterską śmierć Ojcze.

Niejednokrotnie zadaję sobie pytanie, co sprawiło że znalazłem przy tym weselnym stole człowieka,który opowiedział mi całą prawdę o Twojej śmierci. Prawdopodobieństwo tego zdarzenia jest jak wygrana w Totka , a jednak to niezaprzeczalny fakt , który miał miejsce.

Stąd na usta ciśnie się pytanie? PRZYPADEK, OPATRZNOŚĆ czy PRZEZNACZENIE.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2016 tommek